czwartek, 27 lutego 2014

The capitulation

KAPITULACJA



Odpuściłam sobie definitywnie – rozstałam się z I. już jakiś czas temu. Wybaczyłam Jemu i wybaczyłam sobie do tego stopnia, że nie atakują mnie już momenty słabości, kiedy zdaję sobie sprawę, czego w moim życiu nie będzie…

Nie będzie Jego czujnego wzroku i przeszywających na wylot analiz. Przerażało mnie to w Nim, a jednocześnie fascynowało ze względu na nieomylność i mądrość Jego oceny sytuacji. Nigdy nie poznałam kogoś takiego. Nie mogłam nic przed Nim ukryć, a pod koniec już nic ukryć nie chciałam. Byłam ekshibicjonistycznie szczera. Było mi wszystko jedno.

Nie będzie też tej dziwnej więzi między nami, za którą tak tęsknię. Nieziemskiej siły przyciągania. On mówił, że zna moje myśli, tak jakby była między nami bliskość i pokrewieństwo na wyższym, duchowym poziomie. Chociaż nasza relacja od początku była wystawiona na ciężkie próby, to jednak przez chwilę mogliśmy być razem, wbrew wszystkim przeszkodom, a uwierzcie mi tych przeszkód było naprawdę baaaaardzo wiele. Pamiętam jak cudownie się przy Nim czułam w tych piękniejszych momentach naszego wspólnego życia. Czy może raczej naszego współistnienia? Fundamentalny konflikt między nami właśnie tego przecież dotyczył. On dążył do 100% - owego zespolenia, czego ja nie chciałam się nawet podjąć. Chcę pozostać sobą i budować bliskość w szacunku dla ludzkiej odmienności i indywidualizmu. Przekornie buntowałam się przeciwko Jego miłości bez pamięci i całkowitemu zatraceniu się w drugiej osobie. Nie chciałam być zjedzona żywcem. Nie potrafiliśmy się w związku z tym porozumieć, bo nie słyszeliśmy się nawzajem, mimo desperackich prób. Nie zabrakło nam miłości, zabrakło zaufania. Z perspektywy czasu nie żałuję jednak, że weszłam w ten związek bez przyszłości, bo niektóre chwile z Nim były nieziemskie, bo On był magiczny. Pierwszy raz w życiu tak mocno czułam, że nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko ma jakiś cel i ukryte znaczenie, a na świecie jest pełno duchowości. I to właśnie było piękne.

***


Nauczyłam się, że warto wybaczać ludziom absolutnie wszystko i uwalniać się od wszelkich negatywnych emocji – żalu, zazdrości, złości, poczucia winy i poczucia krzywdy, bo one uderzają przede wszystkim w nas – w adresata, a nie w odbiorcę. Są szkodliwym, zbędnym balastem, który nas unieszczęśliwia, obciąża i nie pozwala iść dalej. Dlatego też wybaczam – innym i samej sobie, starając się inspirować tym, co było dobre oraz wyciągać lekcję z tego, co było złe. Kluczem jest, by być jak tabula rasa w każdej nowej relacji, uczyć się na błędach, ale nie żyć przeszłością. To trudna umiejętność, ale gra jest warta świeczki, co do tego nie mam wątpliwości.

wtorek, 18 lutego 2014

Viking Festival

FESTIWAL WIKINGÓW



Festiwal wikingów jest cykliczną imprezą odbywającą się na norweskiej wyspie Karmøy w Avaldsnes. Co roku na tych malowniczych terenach pojawia się historyczna, tętniąca życiem osada wikingów, która przyciąga tłumy zwiedzających. Nie ma w tym nic dziwnego – wydarzenie jest warte polecenia. Udało mi się odwiedzić ostatnią edycję festiwalu (trwającą od 6 – tego do 9 – tego czerwca) wraz z grupą znajomych ze szkoły językowej. 




Do osady wiedzie wąska żwirowa droga, która zdaje się wić prawie w nieskończoność, ale nawet około 30 – minutowy marsz nie jest uciążliwy, bo zjawiskowe widoki na trasie cały czas umilają wędrówkę. Norwegia jest bez wątpienia przepiękną, zapierającą dech w piersiach widokówką.





Po dotarciu na miejsce przeznaczenia trafiamy do zupełnie innego świata, a ściślej mamy wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie. Naszym oczom ukazuje się bowiem rekonstrukcja osady wikingów, na którą składają się namioty oraz różne drewniane domki, a wokół toczy się codzienne życie wikingów, które bezkarnie możemy podglądać. W ten sposób doświadczamy atmosfery żywej historii z czasów, kiedy na norweskich ziemiach królowali wikingowie. Świetna sprawa, łącząca dobrą zabawę i rozrywkę z pouczającą lekcją historii (stąd też obecność wielu grup uczącej się młodzieży jako odwiedzających). Wolontariusze to pasjonaci, którzy są niebywale dobrze przygotowani do ról, które odgrywają. Są przesympatyczni, z uśmiechem i wielką życzliwością odpowiadają na każde pytanie, które pośle się w ich kierunku. Spotykaliśmy osoby przebrane za rzemieślników, handlarzy, artystów. Był nawet wieszcz, który zgłębił tajemnicę czytania i rozumienia starożytnych run (alfabetu wikingów). Okazał się niezwykle przekonującym, charyzmatycznym człowiekiem, który oczarował moją grupę. Spędziliśmy u niego mnóstwo czasu na wróżeniu z kamieni runicznych. Było absolutnie magicznie i mistycznie.











Ciągle spacerowaliśmy wśród roześmianych zwiedzających, mijając wikińskich łuczników, kowali, żonglerów, handlarzy biżuterią i tekstyliami. W tle rozbrzmiewała folkowa muzyka zespołu składającego się z kilku długowłosych wikingów. Po chwili odpoczynku i zaspokojeniu głodu tradycyjnym wikińskim jadłem (głównie mączne produkty, ku mojej uciesze) oraz tradycyjnym współczesnym hamburgerem i colą (ku uciesze moich znajomych), w końcu trafiliśmy na wybrzeże, gdzie obserwowaliśmy jak do brzegu przybijał największy okręt z czasów panowania Haralda Jasnowłosego – słynny drakkar.








Przy okazji zagłębienia się w historię wikingów w Karmøy, musiałam całkowicie przewartościować moją wizję tej społeczności, którą miałam do tej pory. Wikingowie są przecież owiani raczej mroczna legendą i ukazują się oczom wyobraźni jako okrutni barbarzyńscy wojownicy. Taki ich obraz kreują też media. Jest to jednak krzywdząca opinia. To prawda, że wikingowie byli ekspansywnymi łupieżcami, piratami, ale to tylko jeden z aspektów ich „działalności”. Oprócz tego byli rzemieślnikami, często z artystycznym zacięciem, handlarzami, zarządcami. Uprawiali rolę, hodowali zwierzęta. Byli niezwykle zdolnymi konstruktorami statków (wymyślili np. ruchomy maszt). Potrafili stworzyć piękną i efektowną biżuterię, zarówno ze srebra i złota, jak i z drewna oraz metalu. Pewnie za chwilę zrujnuję dzieciństwo niejednemu zagorzałemu fanowi opowieści o walecznych wikingach, ale wypada wyznać również, że w rzeczywistości charakterystyczny hełm z rogami nigdy nie był atrybutem wojowników. Wikingowie nie mieli tego rodzaju wynalazków. Natomiast zwierzęce rogi były używane jako naczynie służące do spożywania alkoholowych trunków (najczęściej spożywano miód pitny oraz piwo). Taka biesiada musiała robić duże wrażenie.




Na koniec, dla zainteresowanych, kilka innych historycznych faktów i ciekawostek o wikingach:

Era wikingów trwała od 800 do 1050 r.

Pierwszym królem Norwegii był Harald Hårfagre (Harald Jasnowłosy), żyjący w latach 850 – 932, który ustanowił tron właśnie w Avaldsnes, gdzie odbywa się festiwal.

Norweskie słowo viking pochodzi od wyrażenia fara i viking (początkowo tłumaczono je jako: iść, ruszyć na wyprawę, później znaczenie słowa viking uległo zmianie, tak by podkreślało piracki aspekt działalności wikingów, stąd finalne słowo zaczęto tłumaczyć jako inwazję, atak, najazd).

Łodzie wikingów są nazywane langskip, co oznacza po prostu długi okręt. Największe z nich miały charakterystyczną dziobnicę z nasadą w kształcie głowy smoka. Stąd też nazywano je dragskip, popularny drakkar.

Tradycyjny strój skandynawskich wikingów był bardzo praktyczny, podobny do stroju słowiańskich plemion. Dominującym materiałem był len oraz wełna. Kobiety nosiły długie suknie i fartuchy, często ozdobione haftem, a na głowach miały chustki. Mężczyźni zakładali lnianą tunikę na koszulę, którą przewiązywali paskiem oraz wełniane trykoty. Wszyscy nosili miękkie skórzane buty.







Norwegian Viking Festival is a cyclical event, taking place on the Karmøy island in Avaldsnes. Every year, historical and lively Viking settlement appears at these picturesque areas and attracts crowd of visitors. There is nothing surprising - the event is worth recommending. I was able to visit the last edition of the festival (which was lasted from 6th to 9th June), along with my friends from the language school.




A narrow gravel road leads to the village and seems to twist infinitely, but even 30 - minute walk is not troublesome because the phenomenal views of the road entertaining journey all the time. Norway is undoubtedly beautiful and breathtaking picture postcard.




After reaching the destination, we come to another world. We have the impression that we turned back the clock. We saw a reconstruction of Viking settlement, which consists of tents and various wooden houses with daily life of the Vikings around. We can spy with impunity. In this way, we experienced the atmosphere of living history from the days when lands were reigned by Norwegian Vikings. It’s great dealing: fun and entertainment are combining with didactic history lesson (hence the presence of many groups of schoolchildren as visitors). Volunteers are enthusiasts who are extremely well prepared for the roles that they play for us. They were very pleasant and they answered every question that we send in their direction with a smile and great kindness. We met people dressed as artisans, merchants and artists. There was even a soothsayer who fathomed the mystery of reading and understanding of the ancient runes (Viking alphabet). He proved to be extremely persuasive and charismatic man who charmed my group. We spent a lot of time with him on the divination of rune stones. It was absolutely magical and mystical moment.







We walked among the laughing visitors, passing Viking archers, blacksmiths, jugglers, jewelry and textiles traders. In the background, we listened of folk music band, consisting of several long-haired Vikings. After a moment of rest and satisfy hunger with traditional Viking food (mainly flour products, to my delight) and traditional modern hamburger and cola (to the delight of my friends), we finally hit the coast. We saw the biggest ship from the reign of Harald Fairhair - famous drakkar.








By the way of pore over the history of the Vikings in Karmøy, I had to completely re-evaluate my vision of this community, which I had so far. The Vikings are shrouded in dark legend and appeared as a cruel barbarian warriors. This is their image create of the media. However, it is unfair opinion. It is true that the Vikings were expansive plunderers, pirates, but it is only one aspect of their " business ". Besides, they were craftsmen (often with an artistic flair), traders, administrators. They cultivated fields and bred animals. They were extremely able constructors of ships (for example they invented movable mast). They were able to create a beautiful and spectacular jewelry, both gold and silver, as well as from wood and metal. Probably for a moment I ruin childhood of many fans of tales of valiant Vikings, but I must confess that distinctive helmet with horns was never an attribute of warriors in real life. The Vikings didn’t have this kind of invention. But animal horns were used as a vessel for alcoholic beverages (usually mead and beer). Such feast had to make a big impression.




In conclusion, I have a few other historical and interesting facts about the Vikings for those from you who were interested:

Viking Era lasted from 800 to 1050 r.

The first King of Norway was Harald Hårfagre (Harald Fairhair) who lived from 850 to 932 r.. He established the throne in Avaldsnes, where the festival takes place.

Viking is a Norwegian word which is derived from the phrase fara i Viking. We originally translated it as: to go, to move on an expedition. Meaning of the word viking was changed later and stressed the pirate aspect of the Vikings. Hence we began to explain the final word as the invasion, attack.

Viking boats are called langskip, which simply means a long ship. The largest of them had a characteristic stem with the ship cap in the shape of a dragon's head. Hence this kind of ship was called dragskip (popular drakkar).

Traditional dress of Scandinavian Vikings was very practical and similar to the outfit of Slavic tribes. The dominant material was linen and wool. Women wore long dresses and gowns, often decorated with embroidery, and had head – scarfs. Men wore linen tunics over the shirts. They also had stripes and wool hoses. Everyone wore soft leather shoes.










środa, 5 lutego 2014

The heart of the matter

Najtrudniejsze są dla mnie pytania o rzeczy najważniejsze. Włączam wówczas przycisk „wzmożona czujność” i przybieram ochronną, wypracowaną latami, więc skostniałą, ale za to uniwersalną formę.



………………………………..……O – D – D – A – L – A – M


S – I – Ę…………………………………,




………………………U
C
I
E
K
A
M……!




Z drugiej strony, w stanie zbyt długiego oczekiwania, zaczynam wymyślać spiskowe teorie, co całkowicie burzy mój spokój.


Wprowadziłam i zaczynam wdrażać nową zasadę do mojego życia: lepszy straszny koniec niż strach bez końca.





The questions about the most important, crucial matter are the most difficult for me. I switch on the button "increased vigilance" and assume my protective form which I worked out for years, so it is fossilized but also universal.



………………………………I


…………………...……D – R – I – F – T……………………………………………………..


           A – P – A – R – T…………,





...........................……………..I  


……………….…………………………………………………R – U – N……………………………………………………………………………..

                                                     
                                                         A – W – A – Y…………………………!



On the other hand, if I wait too long, my mind starts to create conspiracy theories, which completely disturb my calmness. So I put into practice a new rule to my life: better a terrible end than fear without end.

sobota, 1 lutego 2014

Best friend

Przez jakiś czas mieszkałam nad polskim morzem. Poznałam tam mnóstwo inspirujących ludzi i z perspektywy czasu myślę o Trójmieście w symboliczny sposób, definiując to miejsce jako Miejsce Spotkań. Wiele z takich spotkań, nawet te krótkie, określone czasem jednej rozmowy, niosło ze sobą dalekosiężne skutki, kiedy potrafiły zaskoczyć i zainicjować refleksję na jakiś temat. To kolejna cecha mojego charakteru i odbioru świata – wierzę, że wszystko, co nam się przydarza w życiu ma głęboki sens i ukryte znaczenie, dlatego każdy, kogo spotykam na swojej drodze jest dla mnie w jakimś stopniu nauczycielem. Nawet jeżeli osobowościowo czy też światopoglądowo dzielą nas galaktyki. Przyjmuję wszystko jak woda i toleruję każdy inny punkt widzenia, ale i tak płynę swoim własnym nurtem.

W Trójmieście wszystko zaczęło się od Dyrektora. Miał wielką, obezwładniającą charyzmę. Był pierwszą osobą, która we mnie bezkrytycznie uwierzyła, uświadomiła mi potęgę i potrzebę marzeń. Był też dla mnie inspiracją do zbudowania trwałego poczucia własnej wartości, które w moim przypadku nigdy nie było zbyt duże i zawsze zmieniało się jak hiperbola – od momentów optymistycznej pewności siebie, w których latałam nad ziemią do momentów kryzysowych, w których poddawałam się i spadałam, wmawiając sobie, że przecież wcale nie potrafię latać. Kolejna dramatyczna pętla mojego neurotycznego zachowania, które ubóstwia skrajności, a przecież wiara we własne siły jest jedną z podstaw osobistego rozwoju. Dyrektor zupełnie nieświadomie pomógł mi znaleźć wyjście z tej sytuacji, kiedy to nieoczekiwanie wyspowiadał się przede mną podając kilka traumatycznych faktów ze swojego życia. Opowiadał o swojej pracy i swoich związkach: cyklu nieuczciwości, manipulacji, szarpaniny, zdrad i poczucia winy, po czym stwierdził, że w konsekwencji jedna rzecz pozostaje niezmienna – najważniejszą osobą w Twoim życiu jesteś Ty sam. Na początku to podejście wydawało mi się trochę egoistyczne, ale po dłuższym czasie (i kilku własnych doświadczeniach), wreszcie zrozumiałam, co miał na myśli – człowiek musi sam w sobie odkryć największego przyjaciela dla siebie samego, po to, żeby umieć zostawić za sobą wszystko, to, co jest dla niego w jakiś sposób szkodliwe i umieć zatroszczyć się o samego siebie. Poza tym jeżeli nie czujemy się dobrze sami ze sobą, to czy naprawdę potrafimy czuć się dobrze z innymi i czy potrafimy zbilansować naturalną międzyludzką sferę zależności (przejawiającą się w postaci dawania i brania od siebie nawzajem), z przyjemnością i bez wysiłku, bez manipulowania i bez wyzyskiwania? Trwałe poczucie szczęścia z samym sobą (także w samotności), miłość własna i energetyczna samowystarczalność są trudną sztuką do opanowania, ale paradoksalnie dopiero po odrobieniu tej lekcji, jesteśmy w stanie tworzyć zdrowe relacje z innymi, bez pretensji, uraz i żalu, kiedy druga osoba nie jest w stanie wejść w rolę, w którą chcemy ją obsadzić. Tak naprawdę zadaniem człowieka w wymarzonej przez nas roli jest nic innego tylko spełnianie naszych oczekiwań i zaspokajanie potrzeb, bo nie potrafimy sami wypełnić swoich własnych braków czy też pustki i tylko w uzupełnieniu z kimś innym możemy naprawdę poczuć się kompletni.






I lived at the Polish seaside for a while. I met a lot of inspiring people there so I think of the Tri-City in a symbolic way, defining this place as a Meeting Place. Sometimes it turned out that even a short meeting, one conversation, caused long – term consequences because it can surprise and initiate a reflection on the topic. This is another feature of my character and world perception – I believe that everything that happens to me in life has a deep meaning so everyone I meet on my way is a teacher for me. Even if we are sometimes so different that I feel like we are divided by galaxies. I take everything as water and tolerate each other's point of view, but I go with my own flow anyway.


I think that my story in Tri-City began with the Director. He had a great, seductive charisma. He was the first person who believed in me uncritically, made ​​me realize the power and the need to dream. He was also inspired me to build lasting self-esteem, which, in my case, was never too big and always changed as hyperbole - I was flying over the earth in moments of optimistic self-confidence and then I yielded and fell, telling myself that I can’t fly in moments of crisis. It is another dramatic loop of my neurotic behavior that adores the extreme, but self-confidence is one of the cornerstones of personal development after all. Director helped me find a way out of this situation when he unexpectedly confessed to me giving some traumatic facts of his life. He talked about his work and his relationships: the cycle of dishonesty, manipulation, struggle, betrayal and guilt and he stated that one thing always remains unchanged - the most important person in your life is YOU. At the beginning, this approach seemed to be a little selfish to me, but after a time (and some of my own experiences), I finally understood what he meant – a human being has to discover the greatest friend in himself, just to be able to leave behind everything, what is harmful for him in some way and be able to take care of himself. Besides, if you don’t feel good with yourself, whether you can really feel good with others? And if you don’t feel good with yourself, how could you balance the natural realm of interpersonal dependence (manifesting itself in the form of give and take from each other) with pleasure and without effort, without manipulation and without exploitation? Persistent feeling of happiness with yourself (also in solitude), self-love and self-sufficiency is a difficult art to master but, paradoxically, only after making up for this lesson, we are able to create healthy relationships with others, without pretensions, grudges and grief, which occur when the other person is not able to take the role in which we want to cast him. In fact, this role is create by us to fulfill our expectations and satisfy our needs, because we can’t fill our own lack or voids by ourselves so only complement each other, we really can feel complete. 

czwartek, 23 stycznia 2014

Winter is here...

MÓJ SPOSÓB NA ZIMĘ I ZALETY PŁYNĄCE Z ZIMOWEGO LETARGU

Nie przepadam za zimą, dlatego żałuję, że nie mogę zapaść w sen zimowy, jak niektóre zwierzęta, po to, żeby ją przeczekać i obudzić się dopiero na wiosnę. Zamiast tego staram się odnaleźć w surowych warunkach pogodowych i zmierzyć z nimi. Przy każdej okazji rozpieszczam i karmię zmysły i ducha– celebruję poranną gorącą kawę, harmonizuję z muzyką, której słucham, spajam z filmowym obrazem, ocieplam relacje, wieczorem otaczam światłem świec i pozytywnymi wibracjami, a w nocy z wielką przyjemnością wtulam w pościel. Szukam możliwości, żeby wczuć się w zimową aurę, zaprzyjaźnić z nią i ciągle nią inspirować. Zauważyłam, że spowalniając rytm życia, wyostrzyłam zmysły i łatwiej zatapiam się w chwili.

Pomimo tego i pomimo wszystkich innych korzyści, na których się teraz skupiam, ze stoickim spokojem czekam na wiosnę.





MY WAY TO SUBMIT  MYSELF TO WINTER

I don’t like winter so I regret that I can’t hibernate, as some animals, just to wait and wake up in spring. Instead, I try to find myself in harsh weather conditions and deal with it. At every opportunity, I spoil and nourish my senses and spirit – I celebrate the morning with hot coffee, harmonize with the music I listen to, unite with the movie picture, grow warmer my relations, surround with candle light and positive vibrations in the evening and snuggle into bed with great pleasure at night. I look for opportunities to empathize with the winter aura, make friends with winter and inspire myself all the time. I noticed that the slow pace of life is sharpen my senses and I easier loose myself in the moment.


Despite this and despite of all the other benefits, which I’m focusing now, I’m waiting for spring stoically.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Białystok

BIAŁYSTOK – PERŁA PODLASIA I KULTUROWY KONGLOMERAT



Kilka lat temu uświadomiłam sobie jedną z najważniejszych dla mnie prawd życiowych, z którą ciągle muszę się zmierzyć jako stworzenie, które nigdzie nie potrafi zakorzenić się na stałe, w myśl zasady „dobrze jest tam, gdzie mnie nie ma”, co wiąże się z permanentnym uciekaniem w nieznane w poszukiwaniu swojego miejsca, gdzie idealnie pasuję oraz czuję się jednocześnie szczęśliwa i spełniona (i jest to poczucie trwałe). Wiem, że moja ucieczka to utopia – nie istnieje magiczna kraina z moich snów, przynajmniej nie w tym życiu. Akceptuję ten fakt, chociaż trudno mi zmienić moje efemeryczne podejście do życia, ze skłonnością do lotów balonem – byle jak najwyżej i jak najdalej. Wiem jednak coś jeszcze ważniejszego. To, że szczęśliwa mogę być wszędzie albo nigdzie, bo tak naprawdę nieważne jest to, GDZIE jestem, ważne Z KIM. Osoby towarzyszące danym zdarzeniom i związane z danym miejscem, kojarzą się z nim i mogą je zaczarować lub też rzucić zły urok. W myśl tego credo – Białystok jest krainą trochę nie z mojej bajki ze względu na moją osobowość, ale dzięki mojej ślicznej anielskiej siostrze, zostanie w mojej pamięci jednym z miejsc magicznych, z których wyniosłam dobre, ciepłe wspomnienia i pozytywne refleksje. 






Czas, w którym odwiedziłam J. w Białymstoku, był czasem zdominowanym przez nieciekawą pogodę – depresyjnie ponurą i mglistą zimę, co wpłynęło bezpośrednio na to, że wizualnie miasto straciło wiele ze swojego niewątpliwego uroku. Z tego, co jednak udało mi się zaobserwować i dowiedzieć, wyciągnęłam wniosek, że kiedy przyroda budzi się do życia, w mieście musi być naprawdę pięknie, ze względu na liczne parki i inne przyrodnicze obiekty zgromadzone dookoła. Liczni rowerzyści świadczą o tym, że jest to dobre miejsce pod względem rekreacyjnym. Ja, podczas mojej zimowej wizyty w Białymstoku, zwróciłam uwagę przede wszystkim na rozległą przestrzeń, dzięki której nie czułam się w podlaskiej metropolii jak w urbanistycznej klatce. Swoistego wdzięku nadawały miejskiej przestrzeni przeróżne sklepiki, punkty usługowe o fantazyjnych, swojskich nazwach, wywołujących niejednokrotnie uśmiech na twarzy. Np. sklepy: Opałek, Kometa czy Tęcza, bary: Golonka, Złotóweczka, restauracja Provincja,  kwiaciarnia Fikus cukiernia Boska Barbara, salon fryzjerski Kudłaty Raj, second hand Koop – Ciuszek, pralnia Panda czy Świeża Koszula. Wyobraźnia właścicieli nie ma granic.





Białystok leży na wschodniej granicy Polski i jest miejscem, gdzie historycznie i kulturowo krzyżuje się wiele narodowości, a co za tym idzie – mentalności: polska, rosyjska, białoruska, litewska, ukraińska, żydowska i tatarska. Przejawia się to w tym, że wszechobecny rustykalny duch utkany jest również z nostalgicznej liryki wschodniej duszy barda, dlatego mimo że to stolica Podlasia, jest to paradoksalnie dobre miejsce na wyciszenie i pozbieranie myśli. Nie czuć w nim ciśnienia i presji wielkiego miasta.





Szybko okazało się, że spacer z centrum jest bardzo dobrą i skuteczną metodą, aby dotrzeć w większość miejsc polecanych w Białymstoku. Ucieszyłam się z tego, bo lubię chodzić – dużo więcej można wtedy zaobserwować i lepiej poczuć klimat danego miasta.






Pierwszym miejscem, do którego zawitałam było miejskie ZOO. Mam wrażenie, że głównym sensem jego istnienia jest podtrzymywanie rodzinnych więzi, ponieważ jest to popularny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Mam swoją teorię w sprawie faktu zamykania dzikich zwierząt w klatkach w zoo. Jestem sceptycznie nastawiona i krótko mówiąc jest to dla mnie część obszernego tomiszcza pt. „pożywka dla mas”. Rozumiem sens haseł pod tytułem: „ochrona zagrożonych gatunków”, „trzymamy tylko najsłabsze okazy, które nie przetrwałyby na wolności”, ale niepokoi mnie sztuczność warunków i dostosowanie ich do podglądania „więźniów” przez ludzi. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – nie sądzę, że codzienne życie dzikich zwierząt w klimacie Wielkiego Brata jest dla nich lepsze niż być może bezwzględne i nie znoszące słabości, ale za to całkowicie wolne i w pełni naturalne życie na łonie natury. W każdym razie w białostockim zoo zwierzęta całkowicie ignorowały ludzi, co głęboko wierzę jest oznaką tego, że dobrze czują się w swojej wyznaczonej przestrzeni za kratami i obecność ludzi nie przeszkadza im w egzystencji. Lubię się czasami oszukiwać, żeby zagłuszyć sumienie. Widziałam wilki, jelenie, dziki, świnkę wietnamską, kozę, żubry, żbiki (niby były, na co wskazywał rysunek przed klatką, ale najwyraźniej spały zakamuflowane, bo nie zaobserwowałam żadnej obecności), wodne ptactwo. Moim ulubieńcem został bezapelacyjnie niedźwiedź – chodził w kółko spowolnionym krokiem, prawie jak mnich buddyjski, który może całą wieczność ze spokojem wpatrywać się w główkę od szpilki.











Po wizycie w zoo poszłyśmy w stronę Pałacu Branickich, nazywanego nie bez powodu podlaskim Wersalem, który wraz z otaczającym go kompleksem ogrodowym, jest bez wątpienia jedną z najbardziej popularnych wizytówek Białegostoku i jedną z najpiękniejszych. Obecnie zabytek ten został zaadaptowany na potrzeby władz naukowych Uniwersytetu Medycznego, ale historycznie również zmieniał swe przeznaczenie. Jak podają źródła, istniał już w XVI w., kiedy to Białystok był jeszcze wsią podległą rodzinie Wiesiołowskich i pełnił wówczas funkcję obronną. Dopiero za panowania Branickich (Stefana Mikołaja i jego syna Jana Klemensa) zmienił swój charakter, stając się rezydencją magnacką. To wtedy zespół pałacowo – parkowy uzyskał miano Wersalu podlaskiego. Burzliwa historia sprawiła, że obiekt stał się później zdobyczą m.in. cara Aleksandra I, a 4 lata później powstał w nim Instytut Panien Szlachetnie Urodzonych. Zdarzenia te odcisnęły swe piętno na wyglądzie pałacu.



















Turystycznie Białystok jest podzielony na szlaki. Mi udało się trafić na Szlak PRL – u, Szlak Esperanto oraz Szlak Dziedzictwa Żydowskiego. Czasy PRL – u przypomina m.in. rzeźba Praczki w parku Planty. Natomiast na Szlak Esperanto natknęłyśmy się, kiedy udało nam się odszukać kamienicę, gdzie mieszkał Ludwik Zamenhof. Szlak Esperanto upamiętnia bowiem losy tego słynnego obywatela Białegostoku i miejsca, z którymi był związany. W ramach wyprawy śladami twórcy esperanto można odwiedzić także jego pomnik na skwerze Malmeda, Centrum jego imienia, dawne gimnazjum, w którym się uczył oraz dom rodzinny Jakuba Szapiro. Kamienica zrobiła na mnie duże wrażenie, bo wyłoniła się nagle spośród szarych bloków mieszkalnych jak różowa inwazja z zaświatów, a to dzięki niezwykle realistycznym, humorystycznym malowidłom na jednej ze ścian budynku. Dzieła te przedstawiają rząd 3 okien, w których to ukazują się mieszkańcy, jakby żywcem wyjęci ze swoich czasów.







Podobno Białystok zwiedza się dwa razy – w dzień i w nocy. Ma to sens, bo wieczorem oświetlone miasto staje się magiczne i można poznać je na nowo. Co więcej ja tam trafiłam w czasie, kiedy wokół królowały przeróżne dekoracje świąteczne, które oświetlając ulice i place po zmroku, wnosiły w nie sporą dawkę dodatkowego ciepła i czaru. W centrum, na rynku Kościuszki, często zdarzało się nam natknąć przypadkiem na piękne stare kamienice, cudownie wpisujące się w klimat miasta i zjawiskowo wyłaniające się z gry świateł i cieni, w czasie kiedy nocne życie budzi się ze snu. Wieczorem pojawiały się spacerujące rodziny z dziećmi, co było urocze.








Uczciwie muszę jednak przyznać, że niektóre miejsca zaskoczyły mnie z odcieniem dezaprobaty i powątpiewania, jak np. to, co kryło się po przejściu przez malownicze Bulwary Kościałkowskiego. Na końcu alei, jak potwór z piekielnej czeluści, ukazał się moim oczom betonowy pomnik szkaradnej wersji psa o nazwie Pies Kawelin. Włożyłam odważnie dłoń w paszczę stworzenia, mimo nieoczywistego wizualu posągu. Wierzę, że zagwarantuje mi to szczęście jak osławione wrzucenie monety do fontanny.




W Białymstoku zaskoczyła mnie również Aleja Bluesa. Jest to pasaż w centrum miasta, na którym wymalowana jest czarno – biała klawiatura fortepianu, a na niektórych klawiszach wmontowane są tablice upamiętniające ikony polskiego bluesa. Co roku pojawia się nowa tablica z nazwiskiem związanym z tym gatunkiem muzycznym. Dowiedziałam się, że to właśnie w Białymstoku odbył się w 1978 r. pierwszy krajowy festiwal bluesa „Jesień z Bluesem”, który upamiętniał 25. rocznicę śmierci Ryszarda „Skiby” Skibińskiego oraz 30 – lecie działalności białostockiej „Kasy Chorych” – zespołu, którego liderem był właśnie Ryszard „Skiba” Skibiński. Do tej pory byłam nieświadoma, że Białystok jest tak ważnym miastem dla rozwoju i popularyzacji bluesa w Polsce.




Niewątpliwie turystycznie Białystok słynie z wielu ciekawych obiektów sakralnych, zgromadzonych na obszarze miasta. Są to imponujące katolickie i prawosławne świątynie, takie jak: Zespół bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Kościół Św. Rocha czy Sobór Św. Mikołaja.






Szczególnie interesująca jest historia Zespołu bazyliki archikatedralnej, który jest największą świątynią katolicką w mieście. Zabytek ten jest zlokalizowany na rynku Kościuszki. Zespół tworzą 2 budowle: renesansowy Stary Kościół Farny, który jest najstarszym murowanym obiektem w mieście oraz neogotycka katedra. Okazuje się, że katedra jest tylko przybudówką do kościółka, chociaż swoimi wymiarami wielokrotnie go przewyższa. W ten sposób projekt architekta Józefa Piusa Dziekońskiego ominął carskie zezwolenie na budowę jedynie przybudówki do Starej Farny z jednoczesnym zakazem budowy nowego kościoła, który byłby w stanie pomieścić wszystkich wiernych, o co proszono władze carskie.





Następnego dnia ruszyłyśmy także Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego na ul. Żabią, gdzie znajduje się Mauzoleum – Cmentarz Getta, uroczyście odsłonięte w 1971 r. oraz Pomnik Powstańców Getta. Po drodze natknęłyśmy się na murale – bardzo popularne ostatnio w polskich miastach. W drodze powrotnej do centrum odwiedziłyśmy także Pomnik Spalonej Wielkiej Synagogi, który zlokalizowany jest na pasażu pomiędzy ulicą Suraską a Legionową. Wyprawa Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego siłą rzeczy przyniosła ze sobą wiele przygnębiających myśli z fundamentalnymi pytaniami o sens wojny i ideę humanitaryzmu.







Miejscem, które warto odwiedzić w Białymstoku jest kultowy już bar mleczny Podlasiak. Jako zdeklarowana wegetarianka nawet nie spojrzałam na mięsne menu, ale weszłam tu świadomie z J. w nadziei, że uda nam się upolować danie deficytowe jakim są słynne pyszne naleśniki z serem. Niestety nie udało się nam ich dostać, ale nie mniej znane, rozpływające się w ustach serniczki, zatopione w aksamitnej słodkiej śmietance, z dodatkiem aromatycznej brzoskwini – to była zacna nagroda pocieszenia. Poezja smaku, której nie da się zapomnieć oraz skuteczne, słodkie lekarstwo na zimowe smutki. Polecam z pełną odpowiedzialnością.






Białystok jest niezwykły, bo jest osadzony na pograniczu wielu czasów i przestrzeni – historycznych i kulturowych. Nosi czapkę uszankę rodem zza wschodniej granicy, ale płaszcz ma utkany ze złota jako pamiątkę po arystokratycznym patronie. Siedzi w barze mlecznym przywołując czasy peerelu i dzierżąc w dłoni chrześcijańskie kadzidło, którego opary jak duchy nie pozwalają zapomnieć o nieludzkich czasach wojny i jej krwawego egzekucyjnego żniwa. Tańczy w rytm disco polo, nucąc przy tym bluesowe melodie. Białystok upamiętnia, tworzy, łączy przeciwieństwa i wcale nie jest przy tym psychodeliczną karykaturą zbudowaną z wielu niepasujących do siebie elementów. Każdy znajdzie swoje miejsce w wielobarwnym mieście z duszą.  




Dla J.:

Wszystkiego NAJ z okazji urodzin!

Jak wiesz jestem beznadziejną kucharką, ale wiem za to, że przepis wykonany z miłości zawsze musi się udać, dlatego życzę Ci z całego serca:

Duuużo miłości, uśmiechu, życzliwości, dobrego humoru i ciepła na co dzień.
(Bo tego wszystkiego nie da się przedawkować.)

(A jako arcyważną bazę i kotwicę, proponuję mix kilku składników:)

Spełnienia  w każdej dziedzinie i na każdej płaszczyźnie życia.
Niewyczerpanego źródła powołania w zawodzie i morza satysfakcji.
Wartościowych zbliżeń z innymi ludźmi.
Wielu inspiracji i magii na co dzień.
Wytrwałości w realizacji swoich planów.

Oraz:
Wielkich i małych, dalekich i bliskich uskrzydlających marzeń.
(Nieoceniony składnik wpływający na smak życia i wzmacniający apetyt na nie.)

(Ze względu na to, że nadmiar cukru jest szkodliwy życzę Ci również:)
Siły, energii, optymizmu, wiary  i odwagi, po to, żebyś zawsze umiała tańczyć w deszczu.

(W ramach dekoracji, jako przysłowiowa „kropka nad i”:)
Dużo czarodziejskich chwil, pouczających odkryć i pięknych wspomnień.



Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie poczucia sensu i barwy w Twoim życiu, stanu błogości i skrawka Nieba na co dzień. Dla mnie Ty jesteś jedną z najpiękniejszych barw, z jakimi się spotkałam. Jestem z Ciebie bardzo dumna. Lśnij dalej i nadal zachwycaj swoim dobrem, ciepłem, wdziękiem i czarem. <KISS> x milion