BIAŁYSTOK – PERŁA PODLASIA I KULTUROWY
KONGLOMERAT
Kilka lat temu uświadomiłam sobie jedną z
najważniejszych dla mnie prawd życiowych, z którą ciągle muszę się zmierzyć
jako stworzenie, które nigdzie nie potrafi zakorzenić się na stałe, w myśl
zasady „dobrze jest tam, gdzie mnie nie ma”, co wiąże się z permanentnym
uciekaniem w nieznane w poszukiwaniu swojego miejsca, gdzie idealnie pasuję
oraz czuję się jednocześnie szczęśliwa i spełniona (i jest to poczucie trwałe).
Wiem, że moja ucieczka to utopia – nie istnieje magiczna kraina z moich snów, przynajmniej
nie w tym życiu. Akceptuję ten fakt, chociaż trudno mi zmienić moje efemeryczne
podejście do życia, ze skłonnością do lotów balonem – byle jak najwyżej i jak
najdalej. Wiem jednak coś jeszcze ważniejszego. To, że szczęśliwa mogę być
wszędzie albo nigdzie, bo tak naprawdę nieważne jest to, GDZIE jestem, ważne Z KIM. Osoby
towarzyszące danym zdarzeniom i związane z danym miejscem, kojarzą się z nim i
mogą je zaczarować lub też rzucić zły urok. W myśl tego credo – Białystok jest krainą
trochę nie z mojej bajki ze względu na moją osobowość, ale dzięki mojej
ślicznej anielskiej siostrze, zostanie w mojej pamięci jednym z miejsc
magicznych, z których wyniosłam dobre, ciepłe wspomnienia i pozytywne refleksje.



Czas, w którym odwiedziłam J. w
Białymstoku, był czasem zdominowanym przez nieciekawą pogodę – depresyjnie
ponurą i mglistą zimę, co wpłynęło bezpośrednio na to, że wizualnie miasto
straciło wiele ze swojego niewątpliwego uroku. Z tego, co jednak udało mi się
zaobserwować i dowiedzieć, wyciągnęłam wniosek, że kiedy przyroda budzi się do
życia, w mieście musi być naprawdę pięknie, ze względu na liczne parki i inne
przyrodnicze obiekty zgromadzone dookoła. Liczni rowerzyści świadczą o tym, że
jest to dobre miejsce pod względem rekreacyjnym. Ja, podczas mojej zimowej
wizyty w Białymstoku, zwróciłam uwagę przede wszystkim na rozległą przestrzeń,
dzięki której nie czułam się w podlaskiej metropolii jak w urbanistycznej
klatce. Swoistego wdzięku nadawały miejskiej przestrzeni przeróżne sklepiki, punkty
usługowe o fantazyjnych, swojskich nazwach, wywołujących niejednokrotnie uśmiech
na twarzy. Np. sklepy: Opałek, Kometa czy Tęcza,
bary:
Golonka, Złotóweczka, restauracja Provincja, kwiaciarnia Fikus cukiernia Boska
Barbara,
salon fryzjerski Kudłaty Raj, second hand Koop –
Ciuszek,
pralnia Panda czy Świeża
Koszula. Wyobraźnia właścicieli nie ma granic.


Białystok leży na wschodniej granicy Polski
i jest miejscem, gdzie historycznie i kulturowo krzyżuje się wiele narodowości,
a co za tym idzie – mentalności: polska, rosyjska, białoruska, litewska,
ukraińska, żydowska i tatarska. Przejawia się to w tym, że wszechobecny
rustykalny duch utkany jest również z nostalgicznej liryki wschodniej duszy
barda, dlatego mimo że to stolica Podlasia, jest to paradoksalnie dobre miejsce
na wyciszenie i pozbieranie myśli. Nie czuć w nim ciśnienia i presji wielkiego
miasta.
Szybko okazało się, że spacer z centrum
jest bardzo dobrą i skuteczną metodą, aby dotrzeć w większość miejsc polecanych
w Białymstoku. Ucieszyłam się z tego, bo lubię chodzić – dużo więcej można
wtedy zaobserwować i lepiej poczuć klimat danego miasta.



Pierwszym miejscem, do którego zawitałam
było miejskie ZOO. Mam wrażenie, że
głównym sensem jego istnienia jest podtrzymywanie rodzinnych więzi, ponieważ
jest to popularny sposób na spędzenie czasu z dziećmi. Mam swoją teorię w
sprawie faktu zamykania dzikich zwierząt w klatkach w zoo. Jestem sceptycznie
nastawiona i krótko mówiąc jest to dla mnie część obszernego tomiszcza pt.
„pożywka dla mas”. Rozumiem sens haseł pod tytułem: „ochrona zagrożonych
gatunków”, „trzymamy tylko najsłabsze okazy, które nie przetrwałyby na
wolności”, ale niepokoi mnie sztuczność warunków i dostosowanie ich do
podglądania „więźniów” przez ludzi. Jakkolwiek okrutnie to zabrzmi – nie sądzę,
że codzienne życie dzikich zwierząt w klimacie Wielkiego Brata jest dla nich
lepsze niż być może bezwzględne i nie znoszące słabości, ale za to całkowicie
wolne i w pełni naturalne życie na łonie natury. W każdym razie w białostockim
zoo zwierzęta całkowicie ignorowały ludzi, co głęboko wierzę jest oznaką tego,
że dobrze czują się w swojej wyznaczonej przestrzeni za kratami i obecność
ludzi nie przeszkadza im w egzystencji. Lubię się czasami oszukiwać, żeby
zagłuszyć sumienie. Widziałam wilki, jelenie, dziki, świnkę wietnamską, kozę,
żubry, żbiki (niby były, na co wskazywał rysunek przed klatką, ale najwyraźniej
spały zakamuflowane, bo nie zaobserwowałam żadnej obecności), wodne ptactwo. Moim
ulubieńcem został bezapelacyjnie niedźwiedź – chodził w kółko spowolnionym
krokiem, prawie jak mnich buddyjski, który może całą wieczność ze spokojem wpatrywać
się w główkę od szpilki.








Po wizycie w zoo poszłyśmy w stronę Pałacu Branickich, nazywanego nie bez
powodu podlaskim Wersalem, który wraz z otaczającym go kompleksem ogrodowym, jest
bez wątpienia jedną z najbardziej popularnych wizytówek Białegostoku i jedną z
najpiękniejszych. Obecnie zabytek ten został zaadaptowany na potrzeby władz
naukowych Uniwersytetu Medycznego, ale historycznie również zmieniał swe
przeznaczenie. Jak podają źródła, istniał już w XVI w., kiedy to Białystok był
jeszcze wsią podległą rodzinie Wiesiołowskich i pełnił wówczas funkcję obronną.
Dopiero za panowania Branickich (Stefana Mikołaja i jego syna Jana Klemensa)
zmienił swój charakter, stając się rezydencją magnacką. To wtedy zespół
pałacowo – parkowy uzyskał miano Wersalu podlaskiego. Burzliwa historia
sprawiła, że obiekt stał się później zdobyczą m.in. cara Aleksandra I, a 4 lata
później powstał w nim Instytut Panien Szlachetnie Urodzonych. Zdarzenia te
odcisnęły swe piętno na wyglądzie pałacu.
















Turystycznie Białystok jest podzielony na
szlaki. Mi udało się trafić na Szlak PRL – u, Szlak Esperanto oraz Szlak
Dziedzictwa Żydowskiego. Czasy PRL – u przypomina m.in. rzeźba Praczki
w
parku Planty. Natomiast na Szlak Esperanto natknęłyśmy się, kiedy udało nam się
odszukać kamienicę, gdzie mieszkał Ludwik Zamenhof. Szlak Esperanto upamiętnia bowiem losy tego słynnego obywatela
Białegostoku i miejsca, z którymi był związany. W ramach wyprawy śladami twórcy
esperanto można odwiedzić także jego pomnik na skwerze Malmeda, Centrum jego
imienia, dawne gimnazjum, w którym się uczył oraz dom rodzinny Jakuba Szapiro.
Kamienica zrobiła na mnie duże wrażenie, bo wyłoniła się nagle spośród szarych
bloków mieszkalnych jak różowa inwazja z zaświatów, a to dzięki niezwykle
realistycznym, humorystycznym malowidłom na jednej ze ścian budynku. Dzieła te
przedstawiają rząd 3 okien, w których to ukazują się mieszkańcy, jakby żywcem
wyjęci ze swoich czasów.




Podobno Białystok zwiedza się dwa razy – w
dzień i w nocy. Ma to sens, bo wieczorem oświetlone miasto staje się magiczne i
można poznać je na nowo. Co więcej ja tam trafiłam w czasie, kiedy wokół
królowały przeróżne dekoracje świąteczne, które oświetlając ulice i place po
zmroku, wnosiły w nie sporą dawkę dodatkowego ciepła i czaru. W centrum, na
rynku Kościuszki, często zdarzało się nam natknąć przypadkiem na piękne stare kamienice,
cudownie wpisujące się w klimat miasta i zjawiskowo wyłaniające się z gry
świateł i cieni, w czasie kiedy nocne życie budzi się ze snu. Wieczorem
pojawiały się spacerujące rodziny z dziećmi, co było urocze.





Uczciwie muszę jednak przyznać, że niektóre
miejsca zaskoczyły mnie z odcieniem dezaprobaty i powątpiewania, jak np. to, co
kryło się po przejściu przez malownicze Bulwary
Kościałkowskiego. Na końcu alei, jak potwór z piekielnej czeluści, ukazał
się moim oczom betonowy pomnik szkaradnej wersji psa o nazwie Pies
Kawelin.
Włożyłam odważnie dłoń w paszczę stworzenia, mimo nieoczywistego wizualu
posągu. Wierzę, że zagwarantuje mi to szczęście jak osławione wrzucenie monety
do fontanny.

W Białymstoku zaskoczyła mnie również Aleja Bluesa. Jest to pasaż w centrum
miasta, na którym wymalowana jest czarno – biała klawiatura fortepianu, a na
niektórych klawiszach wmontowane są tablice upamiętniające ikony polskiego
bluesa. Co roku pojawia się nowa tablica z nazwiskiem związanym z tym gatunkiem
muzycznym. Dowiedziałam się, że to właśnie w Białymstoku odbył się w 1978 r.
pierwszy krajowy festiwal bluesa „Jesień z Bluesem”, który upamiętniał 25.
rocznicę śmierci Ryszarda „Skiby” Skibińskiego oraz 30 – lecie działalności
białostockiej „Kasy Chorych” – zespołu, którego liderem był właśnie Ryszard
„Skiba” Skibiński. Do tej pory byłam nieświadoma, że Białystok jest tak ważnym
miastem dla rozwoju i popularyzacji bluesa w Polsce.

Niewątpliwie turystycznie Białystok słynie
z wielu ciekawych obiektów sakralnych, zgromadzonych na obszarze miasta. Są to imponujące
katolickie i prawosławne świątynie, takie jak: Zespół bazyliki archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny,
Kościół Św. Rocha czy Sobór Św. Mikołaja.
Szczególnie interesująca jest historia
Zespołu bazyliki archikatedralnej, który jest największą świątynią katolicką w
mieście. Zabytek ten jest zlokalizowany na rynku Kościuszki. Zespół tworzą 2
budowle: renesansowy Stary Kościół Farny,
który jest najstarszym murowanym obiektem w mieście oraz neogotycka katedra.
Okazuje się, że katedra jest tylko przybudówką do kościółka, chociaż swoimi
wymiarami wielokrotnie go przewyższa. W ten sposób projekt architekta Józefa
Piusa Dziekońskiego ominął carskie zezwolenie na budowę jedynie przybudówki do
Starej Farny z jednoczesnym zakazem budowy nowego kościoła, który byłby w
stanie pomieścić wszystkich wiernych, o co proszono władze carskie.


Następnego dnia ruszyłyśmy także Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego na ul.
Żabią, gdzie znajduje się Mauzoleum –
Cmentarz Getta, uroczyście odsłonięte w 1971 r. oraz Pomnik Powstańców Getta. Po drodze natknęłyśmy się na murale – bardzo
popularne ostatnio w polskich miastach. W drodze powrotnej do centrum
odwiedziłyśmy także Pomnik Spalonej
Wielkiej Synagogi, który zlokalizowany jest na pasażu pomiędzy ulicą
Suraską a Legionową. Wyprawa Szlakiem Dziedzictwa Żydowskiego siłą rzeczy
przyniosła ze sobą wiele przygnębiających myśli z fundamentalnymi pytaniami o
sens wojny i ideę humanitaryzmu.




Miejscem, które warto odwiedzić w
Białymstoku jest kultowy już bar mleczny Podlasiak. Jako zdeklarowana
wegetarianka nawet nie spojrzałam na mięsne menu, ale weszłam tu świadomie z J.
w nadziei, że uda nam się upolować danie deficytowe jakim są słynne pyszne
naleśniki z serem. Niestety nie udało się nam ich dostać, ale nie mniej znane, rozpływające
się w ustach serniczki, zatopione w aksamitnej słodkiej śmietance, z dodatkiem
aromatycznej brzoskwini – to była zacna nagroda pocieszenia. Poezja smaku,
której nie da się zapomnieć oraz skuteczne, słodkie lekarstwo na zimowe smutki.
Polecam z pełną odpowiedzialnością.


Białystok jest niezwykły, bo jest osadzony
na pograniczu wielu czasów i przestrzeni – historycznych i kulturowych. Nosi
czapkę uszankę rodem zza wschodniej granicy, ale płaszcz ma utkany ze złota jako
pamiątkę po arystokratycznym patronie. Siedzi w barze mlecznym przywołując
czasy peerelu i dzierżąc w dłoni chrześcijańskie kadzidło, którego opary jak
duchy nie pozwalają zapomnieć o nieludzkich czasach wojny i jej krwawego egzekucyjnego
żniwa. Tańczy w rytm disco polo, nucąc przy tym bluesowe melodie. Białystok upamiętnia,
tworzy, łączy przeciwieństwa i wcale nie jest przy tym psychodeliczną karykaturą
zbudowaną z wielu niepasujących do siebie elementów. Każdy znajdzie swoje
miejsce w wielobarwnym mieście z duszą.
Dla J.:
Wszystkiego NAJ z okazji urodzin!
Jak wiesz jestem beznadziejną kucharką, ale
wiem za to, że przepis wykonany z miłości zawsze musi się udać, dlatego życzę
Ci z całego serca:
Duuużo miłości, uśmiechu, życzliwości, dobrego humoru i
ciepła na co dzień.
(Bo tego
wszystkiego nie da się przedawkować.)
(A jako arcyważną bazę i kotwicę, proponuję mix kilku składników:)
Spełnienia w każdej dziedzinie i na każdej płaszczyźnie
życia.
Niewyczerpanego
źródła powołania w zawodzie i morza satysfakcji.
Wartościowych
zbliżeń z innymi ludźmi.
Wielu inspiracji
i magii na co dzień.
Wytrwałości
w realizacji swoich planów.
Oraz:
Wielkich i małych, dalekich i bliskich uskrzydlających marzeń.
(Nieoceniony
składnik wpływający na smak życia i wzmacniający apetyt na nie.)
(Ze względu na to, że nadmiar cukru jest szkodliwy życzę Ci również:)
Siły, energii, optymizmu, wiary
i odwagi, po to, żebyś zawsze umiała
tańczyć w deszczu.
(W ramach dekoracji, jako przysłowiowa „kropka nad i”:)
Dużo czarodziejskich chwil,
pouczających odkryć i pięknych wspomnień.
Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie
poczucia sensu i barwy w Twoim życiu, stanu błogości i skrawka Nieba na co
dzień. Dla mnie Ty jesteś jedną z najpiękniejszych barw, z jakimi się spotkałam.
Jestem z Ciebie bardzo dumna. Lśnij dalej i nadal zachwycaj swoim dobrem,
ciepłem, wdziękiem i czarem. <KISS> x milion