poniedziałek, 25 stycznia 2016


Jestem więźniem niepewności. Nieustannie przyciągam do siebie nagłe zwroty akcji i kolosalne zmiany, które niszczą poczucie stabilizacji i pewność odnośnie trwałości mojego prywatnego świata. Nie potrafię nic zbudować. Powiedzenie, że umieram i rodzę się w każdej sekundzie życia pasuje do mnie idealnie, bo w moim świecie nie ma nic pewnego, a ja sama ciągle się przeobrażam siłą wypadków i nagłych zakończeń, w jakich uczestniczę. Ostatnio odważyłam się nawet przyznać D, że jestem przeklęta, bo radykalne zmiany, jakim podlegam (praca, miejsce zamieszkania, znajomi), działają na zasadzie efektu domina i wciągam w tę karuzelę także osoby, które mam przy sobie. To nie zawsze spotyka się z akceptacją tych osób, bo ludzie nie lubią zmian, które wywracają ich światy do góry nogami. Ja takie zmiany muszę traktować jak niesfornych przyjaciół, bo ich cień czai się wszędzie dokądkolwiek się udam, ale wcale nie witam ich z wyczekującym uśmiechem. Nie mogę nic na to poradzić, że ściągam kataklizmy. Faktycznie jestem przeklęta. Nienawidzę tej klątwy, ale bezsilność każe mi się poddać i odpuścić, bo już wiem, że nic nie mogę zrobić – nie przyciągam zmian podświadomie, ani tym bardziej z jawną premedytacją. Nie chcę ich i nie poszukuję na siłę. Chcę być szczęśliwa, a jestem ich ofiarą, bo nie wiem czy kiedykolwiek stworzę coś trwałego, coś, co będzie miało wartość, coś, co będzie korespondowało z moimi ideałami, coś, co przyniesie szczęście osobom, które kocham i mnie samej. Zbyt często tracę: pracę, mieszkanie, mimo że staram się to utrzymać. A tak bardzo chciałabym żyć tak, jak inni: mieć stałą pracę, miejsce, które nazwę domem, psa, kota, prawdziwych przyjaciół i może kogoś obok siebie, kto pokocha moje dziwactwa i z kim się zestarzeję. Tymczasem łapię się na tym, że jest mi szkoda osób, które są ze mną blisko, bo wiem, że komplikuję im życie, zamiast je ułatwiać. Nie mam nic. Nie potrafię nawet zbliżyć się do materii, bo w następnej sekundzie tracę wszystko i muszę od nowa walczyć o przetrwanie. Nie chcę się tułać, bez ustanku przemieszczać z miejsca na miejsce i prowokować innych do zmian, których nie chcę i na które nie są gotowi. Chcę żyć jak inni: wsiąknąć w niezmienną codzienność, chodzić do tej samej pracy, spacerować w te same miejsca, odkurzać te same meble, kłaść się do łóżka z tym samym facetem. Czy naprawdę jestem zachłanna? Czy pragnę zbyt wiele? Chcę się w końcu przywiązać do ludzi i miejsc bez strachu, że zostanie mi to odebrane siłą wyższą, na którą nie mam wpływu. I chcę mieć pewność, że mogę do siebie dopuścić innych ludzi, a moja akceptacja i przyzwolenie nie zamienią ich uporządkowanego życia w życie takie jak moje, czyli w niepewny i bolesny chaos o znamionach piekła. Nie każdy potrafi udźwignąć coś takiego. Ja nie mam wyjścia – całe życie muszę mierzyć się ze stratą i powstałą pustką tak, jakby odebrane było mi prawo do komfortu posiadania, korzeni stabilizacji i niewymuszonej kreacji. A ja tak bardzo chcę mieć w końcu coś stałego, czemu z radością oddam cząstkę siebie. Potrafiłabym to docenić jak nikt inny na świecie. 

środa, 13 stycznia 2016

Release, find your peace

Chcę znaleźć pracę zgodną z moimi ideałami i nie godzę się na kompromisy – te okoliczności sprawiły, że znowu stanęłam w obliczu bezrobocia. Przez chwilę gotowa byłam wyjechać z Poznania, bo trudno było wznieść się ponad racjonalne argumenty finansowe plus moją nieukrywaną niechęć do tego miasta. Gdyby nie D wszystko byłoby takie proste i wygodne – uciekłabym kolejny raz układać swoje życie na nowo, gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było w nadziei, że w końcu odnajdę to, czego szukam, czyli spokój, wolność, bezpieczeństwo i spełnienie. Tak, jakby to wszystko, czego potrzebuję istniało na zewnątrz mnie. Wieczorem niczego nie ukrywałam. Powiedziałam Mu, jakie myśli kłębią mi się w głowie. Żartował – nie dochodziła do Niego powaga sytuacji. Mówił, że nie wyjadę, bo przywiąże mnie do łóżka, będzie mnie karmił i mył tak, jakbym była jego własnością, do której ma prawo. Dziś dalej nie chcę tu zostać, ale mam wyrzuty sumienia, że wczoraj i przedwczoraj byłam gotowa zostawić Go tu samego. Przecież bardzo dobrze wiem, że ciężko jest utrzymać związek na odległość, a jeśli wyjechałabym teraz z Poznania, to prawdopodobnie już bym tu nie wróciła. Nie przetrwalibyśmy tego. W Poznaniu trzymają mnie emocjonalne i uczuciowe więzi, których nie mogę i nie potrafię zerwać, a najgorsze jest to, że On wcale nie chce stąd wyjeżdżać, chociaż jeszcze do niedawna mieliśmy zupełnie inne plany, więc nie mogę nawet liczyć na to, że Poznań to tylko chwilowy przystanek… Wygląda na to, że ugrzęzłam i zabawię w tym dziwnym mieście dłużej niż chciałam. Co więcej, teraz muszę walczyć, żeby tu zostać. W najgorszym razie stracę wszystkie oszczędności, ale zyskam coś cenniejszego – pewność, że zrobiłam wszystko, żeby utrzymać nasz związek, swoją przynależność do Niego i nie poświęciłam tego co jest między nami dla wygody podążania za naturalnymi instynktami, przez które zraniłam już tyle osób. 

Ostatnio w końcu do mnie dotarło, że ideały nie mogą być ważniejsze od człowieka. D jest przywiązany do mnie, a ja świadomie przywiązałam się do Niego, chociaż jeszcze nie potrafię Mu się w pełni oddać mentalnie. Wygląda jednak na to, że miłość faktycznie ma być służbą, co potwierdza fakt, że teraz jestem w Poznaniu już tylko dla Niego, choć wcale nie chcę tu być, ani układać tu sobie życia.   

wtorek, 5 stycznia 2016


Dzwonić do siebie codziennie, spędzać każdą wolną chwilę razem, wyczuwać na kilometr swoje potrzeby, oddychać drugą osobą i karmić się nią – może tak właśnie powinno się robić? Może związek faktycznie ma być transfuzją sił i energii, symbiozą oczekiwań i potrzeb, biologicznym połączeniem hormonów, żądzą posiadania, dobrowolnym złożeniem siebie na ofiarnym ołtarzu w świątyni pod wezwaniem partnera? Może ma w nim istnieć jednocześnie zachłanność i nienasycenie, jak również przewidywanie i jasnowidzenie? D nazywa mnie skarbem, aniołem i chce mnie mieć tylko dla siebie. Jest zazdrosny o każdy uśmiech, który nie jest posłany w Jego kierunku. Chroni mnie za bardzo. Nie toleruje żadnych osób trzecich, które ośmielają się wejść pomiędzy nas. Jawnie pokazuje swoje niezadowolenie, kiedy próbuję przyciągnąć do siebie innych ludzi. Traktuje mnie jak swoją świętość, którą ktoś z zewnątrz może łatwo sprofanować. Mówi, że czasem odczuwa w stosunku do mnie chęć posiadania, a ja dojrzewam poprzez moje związki z innymi. Jak mam z nich zrezygnować? Jak mam zrezygnować z romansu rozmowy, wymiany poglądów i twórczej inspiracji? Jak mam zrezygnować z pasji odkrywania drugiego człowieka? Zostanę z Nim choćby nie wiem co, bo skoro On już teraz nazywa mnie swoją rodziną, to nie mam prawa Mu tego odbierać. Boję się tylko, że moja forma miłości jest niedoskonała i nie udźwignie ciężaru stałości i zobowiązań. Nie kocham Go przecież ani bezgranicznie, ani zachłannie, ani ślepo, ale jednocześnie staram się robić coś, na co On nie potrafi się zdobyć w stosunku do mnie – daję Mu pełne prawo do bycia sobą i na obecnym etapie naszego wspólnego życia nie stawiam przed Nim tyle oczekiwań, co On przede mną. Tylko nie wiem czy to dobrze, że nie czuję do Niego tego, co On do mnie. Chcę chronić, ale chyba nie potrafię posiadać. Jestem z Nim nie dlatego, że pociąga mnie fizycznie, ale dlatego, że jest przyjacielem, a z pewnych względów związek z Nim wpisuje się w mój idealizm i tylko dzięki temu potrafię się w niego zaangażować. Po prostu widzę jak wiele możemy dać sobie nawzajem z pozamaterialnego punktu widzenia i jak dobrze jesteśmy do siebie dopasowani, jeśli chodzi o naukę dojrzałości: prowokowania sytuacji, które pozwalają stawić czoła naszym demonom i zmiany toksycznych wzorców postępowania z przeszłości. Wierzę w powinowactwo dusz i w to, że D nieprzypadkowo trafił na mnie w parku w tak nieoczywistych okolicznościach, w jakich znalazłam się ponad 3 miesiące temu. To spotkanie było z góry przesądzone. Było zbyt niesamowite, żeby uważać inaczej. Dziś już wiem, że moja miłość nie ma wiele wspólnego z płciowością. Z mojej strony to nie tylko „chemia” zmysłów, bardziej – ciekawość i zaintrygowanie jednostką ludzką. Już nie wiem co jest gorsze – burza hormonów, ulotna euforia, maniakalna obsesja, miłosny amok i zwierzęce pożądanie czy wystudiowane badanie, filozoficzne doświadczenie, laboratoryjny eksperyment, dogłębna mentalna wiwisekcja wynikająca z fascynacji ideą człowieczeństwa i jej przejawami..?  


***


Czasami mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać gdzieś daleko. Być tylko sama ze sobą, z dala od cywilizacji, z dala od zdrad, pożądań i oczekiwań innych ludzi tylko po to, by celebrować każdą chwilę samotności i żyć pełnią życia: bez zniewolenia ram, w jakie próbuje wpasować mnie społeczeństwo. Tu prawie nic nie jest takie, jakie być powinno. Widzę dookoła tyle przykładów upodlenia człowieczeństwa, niewolnictwa kolektywnej świadomości, tyle skrzydeł złamanych przez kompleksy. Mam dość i chyba nigdy nie przestanę się buntować. Mam dość tego, że ludzie lgną do siebie w akcie desperacji i z emocjonalnego głodu. Nie widziałam tu jeszcze zdrowej relacji międzyludzkiej. Sama nie potrafię takiej stworzyć. Potrzebuję wyzwolenia i potrzebuję zbawienia. 

środa, 30 grudnia 2015


Trans jest muzyką dla marzycieli – powiedziała mi J. D daje on poczucie nieskrępowanej wolności i wszechmocy. W jakiś sposób dźwięki są w stanie oderwać nas od rzeczywistości i ponieść do innego świata. Każdy dostaje w nim to, czego potrzebuje. Ale chociaż muzyka jest piękną modlitwą, która daje ukojenie nadwyrężonym zmysłom, to ma też swoje drugie oblicze, bo wszystko co odciąga nas od rzeczywistości jest nienaturalną formą, która zniewala. Dlatego choć muzyka jest kluczem prowadzącym do innego świata, to potykalibyśmy się bez uziemienia. Przecież Ikar zginął, bo leciał zbyt blisko Słońca.


Przekonałam się, że najlepiej oczyszcza nie to, co anielskie, ale to, co skalane i brudne, czyli to, co dogłębnie ziemskie, bo ten świat jest tak urządzony, że tylko przechodząc przez piekło możemy dostać się do nieba. I jest jakaś przewrotna, surowa sprawiedliwość w tym, że do nieba nie da się polecieć na skrzydłach bez stawiania stóp na ziemi. Tam trzeba wspinać się po drabinie mocno osadzonej w ziemskiej rzeczywistości. W końcu nasza wielkość wcale nie polega na tym, żeby nigdy nie upaść, ale aby umieć podnieść się po każdym upadku. 

wtorek, 22 grudnia 2015

Skończyliśmy pracę nad ranem, było bardzo zimno. D nie pojechał do siebie, wysiadł za mną z autobusu. Powiedział, że nie mogę spotkać się na kawie z K. chociaż dzień wcześniej mu to nie przeszkadzało. Oskarżył mnie, że chcę Go zdradzić. Zarzucił mi kłamstwo. Wywnioskował tak na podstawie swoich urojonych przypuszczeń, które pomylił z prawdą. Jak na ironię to właśnie On ma za sobą przeszłość niestrudzonego imprezowicza, który co noc spał z inną dziewczyną albo nawet z kilkoma. Szedł za mną przez całą drogę do mieszkania tylko po to, żeby mnie oskarżać i raz po raz powtarzać, że to ja chciałam się rozstać. Nic takiego nie powiedziałam, to D nie chciał mnie słuchać. Kłóciliśmy się na pustej ulicy. Miałam dość, ale On nie pozwolił mi odejść. Kiedy byłam zbyt zirytowana tym, że mnie nie słucha, próbowałam zostawić Go i wrócić do domu, ale On chwytał mnie wtedy za rękę i przyciągał do siebie. Wolał przedłużać agonię. Powiedział, że już mi nie zaufa, ale nie zerwał wprost – zaproponował otwarty związek, co było jeszcze gorsze, bo chwilę potem dodał, że mnie szanuje. Był niesprawiedliwy i bezczelny. Zgwałciłam sama siebie, kiedy dałam mu przeczytać swoje sms – y z K tylko po to, żeby Go uspokoić. Nie zadziałało. Czepiał się detali, a ja zaliczyłam powtórkę z przeszłości. Nie wychodzą mi związki, choć tym razem wzięłam pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i działania. Przynajmniej zaczęłam szanować siebie na tyle, żeby nie widzieć w tym wyłącznie swojej winy. On ma inaczej, bo uznał, że był w porządku w stosunku do mnie. Stwierdził, że to ja zniszczyłam nasz związek, a On tego nie chciał. Wiedziałam, że ma depresję i problemy, którymi mógłby obdzielić kilku ludzi, ale nie przypuszczałam, że będzie tak ciężko. Miałam wrażenie, jakbym dłużej będąc z Nim traciła powoli szacunek do samej siebie i coraz bardziej obwiniała siebie, że nie jestem taka, jaką On chciałby mnie widzieć. Nie tak powinien wyglądać związek… Naiwnie wolałam bawić się w idyllicznego Prometeusza zamiast wziąć pod uwagę jak twarde, okrutne i niewdzięczne potrafi być życie. Tego zimnego poranka proza życia dodatkowo zamroziła mój umysł rozkochany w ideale, choć patrząc na siebie uczciwie nie mogę też nie przyznać, że nie podobały mi się komplementy K. Tyle że nie mógł być to flirt, bo K jest dla mnie aseksualny i nigdy nie zdradziłabym z nim D. Właśnie dlatego uznałam go za bezpieczny teren, który mogę poznać i zyskać w ten sposób dobrego kolegę. Nie przypuszczałam, że D postawi twarde warunki w postaci swojej wypaczonej wersji „oko za oko, ząb za ząb” i próby trzymania mnie na smyczy stworzonej z braku zaufania. To prawda, że nie wiem czy by nam wyszło, bo nie wierzę, że na tym świecie można o czymkolwiek powiedzieć „na zawsze”, nieważne jak bardzo bym tego chciała, ale chciałam się postarać i dać Mu to, o czym marzy. Wiem, że nie jestem idealna. Lubię samotność, lubię się izolować i stwarzać dystans, a do tego bywam nieprzystępna. Nie zawsze potrafię się dzielić, jestem niecierpliwa i nie w każdej sytuacji potrafię być wsparciem. Poza tym kocham wolność, ale dla niego postanowiłam nauczyć się kochać ją nie za wszelką cenę. Nie chciałam kończyć tej znajomości tak szybko i w ten sposób. Dostrzegałam ogromną wartość tego związku. Teraz już wiem, że nie jestem w stanie uratować całego świata, ale mogę przynajmniej starać się uratować swój własny, w którym nikogo nie ma poza mną samą. Może to zwykły egoizm, może strach przed zranieniem, a może najlepszy i najbardziej uczciwy sposób na życie, w którym nie przywiązujesz się do niczego i do nikogo i w ten sposób łatwiej jest Ci odejść?

piątek, 18 grudnia 2015

Może to dziwne, ale wierzę, że porządek w domu równa się uporządkowane życie, a bałagan jest czynnikiem stymulującym rozwój chronicznych chorób w naszym organizmie. Nie zmienia to faktu, że dopiero tuż przed przeprowadzką zorientowałam się, jak wiele zbędnych rzeczy skolekcjonowałam przez ostatnie 2 lata. Nie zauważyłam nawet, że jest ich tak wiele! W ramach zadośćuczynienia postanowiłam stać się minimalistką, bo nieprzywiązywanie się do rzeczy daje przynajmniej poczucie wolności. Powinnam wziąć przykład z Indian, którzy dobrze wiedzieli, że wszystko na tym świecie jest pożyczone, bo przychodzimy i odchodzimy z niego w ten sam sposób – nie posiadając niczego. Jedynym, co ja chcę ze sobą przenosić zmieniając lokalizacje, jest bagaż doświadczeń. Uświadomiło mi to wszystko także niezamierzone i nieoczekiwane wykasowanie z mojego laptopa wszystkich cennych dla mnie danych. Okazało się, że nie mam problemu ze zbytnim przywiązywaniem się do przeszłości, ale nie ufam w swoje siły w 100 % - ach, bo niepotrzebnie zapobiegawczo neutralizuję naturalny strach przed przyszłością za pomocą rozpinania asekuracyjnej pomocniczej liny, która miałaby mnie ochronić przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie rzucam się z pełnym zaufaniem do otwartej wody bez kamizelki ratunkowej. Na laptopie katalogowałam swoje przemyślenia i wydarzenia z perspektywy upływającego czasu. To było kalendarium mojej przeszłości, z której wyciągałam wnioski. To mnie określało i budowało obraz wartości, w które wierzę, które wyznaję i których nikt nie mógł tak łatwo obalić, poddając w wątpliwość, bo wracając do nich nieustannie przypominały mi kim jestem i kim chcę być. Najwidoczniej byłam za bardzo zamknięta na etapie gromadzenia danych i w końcu nadszedł czas, aby zacząć wprowadzać swoje wartości w życie bez strachu przed odrzuceniem, krytyką czy wstydem. W końcu nadszedł czas, żeby zderzyć się z prawdą o sobie samej, bo na obecnym etapie swojego życia wcale nie uważam, że jestem w porządku w stosunku do innych, choć trudno mi to przyznać. Otaczam się pięknymi wzniosłymi słowami, które są przecież martwe i puste, dopóki nie zostaną wprowadzone w czyn, a ja chcę zmieniać się na lepsze, więc najwyższy czas spojrzeć na siebie i zmieniać to, co mi się nie podoba konfrontując się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Nadszedł czas, aby przestać uzależniać się od wiecznej retoryki w postaci pytania: „kim jestem?”, ale zacząć szukać odpowiedzi na nie poprzez działanie i wyciągać własne wnioski. Pora zacząć mierzyć się z losem, bo życie dostarcza mi teraz nadmiaru takich okazji. Wokół mnie są ludzie, którzy domagają się jakiejś formy pomocy. To sprawdzian dla mnie jak budować zdrowe relacje, w których nie ma nienaturalnego przywiązania do drugiej osoby i w których nie zawsze jest wygodnie, ale jest za to obecna bezwarunkowa tolerancja, wsparcie i poświęcony czas, którego nie uznam za zmarnowany.

środa, 9 grudnia 2015

Ghost Rider

D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang, bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo, bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej, a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem, w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia, potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang. „fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia, pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie. Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to, że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia, ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom, która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata, tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła, wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania, przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia, w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność.