Na skutek wielu ostatnich alarmujących
wydarzeń i sygnałów
– zerwałam z D w dniu, w którym mieliśmy przeprowadzić się
do nowego mieszkania. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że nie możemy cofnąć
danego słowa naszym współlokatorkom, a więc przez pewien czas musimy razem
mieszkać. Wygląda na to, że utknęliśmy razem w obszernej przestrzeni, która nie
jest w stanie pomieścić naszych fobii, chociaż dystans, jaki się między nami
wytworzył powiększa tę przestrzeń kilkukrotnie. W dodatku D, chociaż zraniony,
wciąż liczy, że opamiętam się i do Niego wrócę. Nazywa mnie teraz „gówniarzem”
dla podkreślenia mojego – rzekomo – dziecinnego zachowania. A ja? Chyba już nie
chcę pakować się w żadne związki męsko – damskie, świadomie godząc się na to,
że „samotność jest ceną, jaką przyjdzie mi zapłacić za przywilej samotności”,
zwłaszcza że dziś już wiem, że miłością mojego życia są tylko kobiety, a jedyne
osoby na świecie, za którymi czuję silną, bo niemalże fizyczną tęsknotę, to
moja mama i siostra. Co prawda podczas ostatnich pokręconych dni zbliżyłam się
też w pewien sposób z moją eks – współlokatorką, która teraz chce, żebym
wróciła do Niej po krótkim romansie z Łazarzem. Już wiem, że nie skorzystam z
zaproszenia, nie przestając jednak dziwić się życiem, w którym ten kto wydawał
mi się wrogiem, okazał się przyjacielem, a ten, który chciał stworzyć ze mną
rodzinę, jest kolejnym mostem, jaki trzeba będzie spalić, kiedy uznam, że w tej
historii nie jestem Mu już nic winna, a moja rola w życiu D w końcu się
dopełniła. Chociaż wywróżono nam, że nasze spotkanie to przeznaczenie, to czy
przeznaczenie przykuło nas do siebie na całe życie? Niekoniecznie. To my o tym
decydujemy. To my nadajemy cel i wartość swojemu życiu. Taaaak… Tylko czy nawet
pomimo tego, że jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez D, to tak w głębi serca
na pewno tego właśnie chcę? Z Nim potrafię rozmawiać i milczeć, a to wielkie
wartości w każdej dobrej relacji. Niestety z Nim też upadam, kiedy ranimy
siebie nawzajem, obdzierając się ze skóry osłaniającej jądro problemów: moich
kłopotów z zaangażowaniem emocjonalnym i otworzeniem się na bliskość oraz Jego mroczną
stroną gwałtownego i bezlitosnego emocjonalnego manipulatora.
środa, 27 kwietnia 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
„Czy lepiej jest zaspokoić tysiąc pragnień, czy przeciwstawić się jednej pokusie?”
Zamierzam poddać się bezcelowości życia, bo
tylko wtedy mam szansę zacząć żyć naprawdę. Na razie pochowana w kilogramach
swoich oczekiwań, ambicji, życzeń, marzeń i przepowiedni – czuję się zagrzebana
żywcem, bo jedno pragnienie rodzi za sobą kolejne, a te, które pozostają
niespełnione – wyrastają poza mój mały świat, nadając mu znamion permanentnego
braku. Jeżeli mam być szczęśliwa, to czemu nie teraz, właśnie w tej chwili? Jestem
bez pracy, bez pieniędzy, na walizkach i tuż po zerwaniu. Sarkastycznie mogłabym stwierdzić,
że to wspaniały moment. Z drugiej strony, może to najlepsza chwila, żeby
zostawić za sobą wszystkie niezrealizowane cele i przestać próbować osiągać szczęście,
ale w końcu je poczuć, wbrew wszystkiemu, jak swój naturalny stan. Właściwie co
mi pozostało? Mogę albo zadręczać się obecną sytuacją, albo zdjąć z niej klątwę
lęku o przyszłość. No cóż, dualizm i paradoks tego świata polegają na tym, że drogą
do bogactwa, spełnienia i szczęścia jest sztuka umiaru i prostoty. Nie chcę
czerpać ze szwedzkiego bufetu życia pełnymi garściami. Chcę wybierać mądrze,
nie pragnąc niczego. Bezcelowość. To cudownie kusząca alternatywa, dzięki nie –
ambicji i głębi poznawczej, bo mam wrażenie, że tylko kiedy przestajemy
wyznaczać sobie cele, zaczynają spadać kajdany uwarunkowań, które uniemożliwiają
nam rozsmakowanie się w słodko – gorzkim życiu jakby było prawdziwą ambrozją.
niedziela, 20 marca 2016
Śnił mi się I. To mi przypomniało, że
dzisiaj ma urodziny i uświadomiło, że jest jedyną osobą z mojej przeszłości, o
której myślę i zastanawiam się w chwilach słabości: „co by było, gdyby…? Co by
było, gdybyśmy potrafili porozumieć się w kryzysie? Co by było gdybyśmy się nie
rozstali? Co by było, gdybym Go nie zdradziła?
Zawsze czułam, że dzieli nas przepaść. Nie chodziło
o różnicę wieku, a dojrzałości. Byliśmy na różnych etapach życia, w innych
wymiarach. Mijaliśmy się. Nie rozumiałam, czego ode mnie oczekuje ani wielowymiarowości
płaszczyzny, na jakiej się ze mną kontaktuje. Chociaż wiem też, że gdyby wtedy udało
nam się zsynchronizować, to stworzylibyśmy związek idealny. Przeszłość jest
jednak tym, co mija bezpowrotnie, a ja nie mam zamiaru nadawać mocy zmarłym,
więc odpuszczam. Liczy się to, co dzieje się teraz. Mam wszystko czego
potrzebuję i nie chciałabym zmieniać przeszłości, bo musiałabym wyrzec się wszystkiego,
czego doświadczyłam i co budowało mnie od tego czasu do teraz.
Niczego nie żałuję.
Niczego nie żałuję, więc z bezinteresowną,
szczerą i niewinną intencją chcę powiedzieć: wszystkiego najlepszego kochanie. Mam
nadzieję, że Ci się wiedzie.
niedziela, 13 marca 2016
Rany i blizny, czyli wspomnienia z Nocy Sylwestrowej
To były tylko 4 dni razem w innym mieście,
ale coś się zmieniło. Wróciłam przetransformowana. Zatraciłam część siebie na
rzecz kogoś innego. Pokochałam – dałam D prawo do bycia osobą, która potrafi mnie
zranić. Udaje Mu się to po mistrzowsku. Sylwestra spędziliśmy w łóżku. Nawet
nie doczekaliśmy fajerwerków o północy – zasnęliśmy. Po przyjemnym dniu
zwiedzania, przyszedł pierwszy kryzys. Postanowiliśmy spakować się i zmienić
tymczasową lokalizację, ale chociaż przeprowadzkę umilaliśmy sobie alkoholem,
to dobry nastrój prysł jak bańka mydlana z chwilą, kiedy weszliśmy do nowego
miejsca.
Imagination
Satisfaction
Obrazy na ścianach zupełnie nie pasowały do
klimatu, jaki wnieśliśmy. Dla odmiany w pokoju było ciepło, ale tym razem to
między nami panowała lodowata atmosfera. D zaczął mnie oskarżać tak, jak
kiedyś, ale tym razem był bardziej agresywny. Krzyczał, przeklinał, palił
jednego papierosa za drugim. Jeszcze nie widziałam Go w takim stanie. Wypowiedział
dużo słów, które mnie zraniły. Wytykał mi błędy, krytykował, obniżał samoocenę.
Wyrzucał, że go wykorzystuję. Mówił, że mi nie ufa, że jestem nieuczciwa,
wygodna, nieogarnięta, egoistyczna, okrutna. Potrafił uczepić się jednego
niepozmywanego talerza, który wg Niego świadczył o tym, że jestem samolubna,
nie można na mnie liczyć, nie potrafię wspierać i myślę tylko o sobie. Skupiał
się na jednym zdjęciu ze świąt, którego nie miałam ochoty oglądać, które
wystarczyło Mu na to, aby wyciągnąć wniosek, że nie mam dobrego podejścia do
dzieci i nie byłabym dobrą matką. W kulminacyjnym momencie powiedział, że chce,
żebym zniknęła, ale nie pozwolił mi spać. Nie pozwolił mi milczeć. A ja
wiedziałam, że moje milczenie jest dla Niego nie do zniesienia, ale nie byłam gotowa,
żeby stanąć z Nim twarzą w twarz. Słowa nic by nie zmieniły. Moja obrona nic by
nie dała. To nie o mnie przecież chodziło. Powinnam przenieść punkt ciężkości i
skupić się na Nim, bo przecież Jemu chodzi tylko o to, żeby zobaczyć w moich
oczach akceptację i pewność, że Go nie odrzucam. Jego ataki to pokręcony test,
która ma Mu udowodnić czy mi na Nim zależy, czy nie. Jego ataki to jawnie
okazana niechęć do samego siebie, bo D odmawia sobie prawa do szczęścia, a jego
nieuleczona podświadomość każe Mu odrzucić wszystko, na czym Mu zależy i co
kocha. Wiedziałam to wszystko, ale i tak stchórzyłam. Poddałam się. Nie
chciałam rozmawiać. Nie chciałam być. Nie chciałam czuć. Nie chcę cierpieć na
własne życzenie i nie chcę czuć, że jestem niedoceniana czy wykorzystywana. Pomyślałam,
że pora się uwolnić i wyjechać dzień wcześniej z Wrocławia, a później zniknąć
jak najszybciej z Jego życia i wyprowadzić się jak najdalej. Lepiej być samemu
niż męczyć się we dwójkę. Przecież wcale nie muszę z Nim być i nic nie trzyma
mnie w Poznaniu. Za dużo słów padło, żeby mogło być tak, jak dawniej. Rano
zwyciężyło poczucie odpowiedzialności. Zgodziłam się zostać, ale nie potrafiłam
pozbierać się po nocy. Czułam się fatalnie. Nie wiedziałam, kim jest facet obok
mnie i czego jeszcze mogę się po nim spodziewać, ale nie potrafiłam zostawić Go
w takim stanie. Za bardzo bałam się tego, co może sobie zrobić. Za bardzo
szanuję Jego życie i nie potrafię pogodzić się z tym, że może je zmarnować
zatracając się w uzależniających oparach swojej destrukcyjnej przeszłości. Tymczasem
z założenia beztroska wyprawa na magiczną Ślężę zakończyła się kolejną
katastrofą. Było tak zimno, że po wyjściu z autobusu przeszliśmy zaledwie kilka
kroków i cofnęliśmy się z powrotem. Nie wyszliśmy nawet z Sobótki. D znowu
zaczął się na mnie wyżywać tak, jakby zwiedzanie Ślęży zimą to był mój pomysł. Znowu
mówił, żebym znalazła sobie kogoś, kto nie ma takiej przeszłości jak On, kogoś
kto zadba o mnie, o moje potrzeby oraz da mi szczęście i bezpieczeństwo, na
które zasługuję. Czułam, że już dłużej nie wytrzymam. Zaczęliśmy się rozpadać
na milion kawałków, których nie miałam siły zbierać. Pomogła świątynia, która miała
być schronieniem przed mroźnym górskim powietrzem, gdzie mieliśmy przeczekać na
autobus powrotny z Sobótki do Wrocławia. Ten kościół okazał się czyśćcem, gdzie
wyspowiadaliśmy się sami przed sobą i choć czułam, że profanujemy to miejsce
rozgrzewając się wódką, to nic innego i tak nam nie pozostało. Mogliśmy tylko
pić i rozmawiać w nadziei, że kiedyś się zrozumiemy.
Osobowość
bordeline
Wg psychiatry jedynym ratunkiem jest
półroczna kuracja w zakładzie zamkniętym. Obiecałam, że z Nim zostanę. W takim
miejscu brzmiało to jak przysięga. Nie cofnę już tych słów.
Poświęcaj
dla człowieka wszystko, ale człowieka nie poświęcaj dla niczego
Devotion
Każde zaangażowanie wymaga ofiary,
poświęcenia części siebie. W tym przypadku narażam się na cierpienie Jego
nagłych wybuchów złości i paranoicznej podejrzliwości. Biorę też pod uwagę to,
że kiedyś D przestanie na mnie reagować, bo nie będę już fascynującą nowością,
która potrafi Go ukoić, a po fali miłości przyjdzie czas na falę nienawiści,
która pochłaniając Jego będzie chciała wciągnąć także mnie. Ja z kolei cały
czas jestem impulsywna i błądzę w sposobie, w jaki zdarza mi się Go traktować. Mimo,
że jestem świadoma Jego problemów, to
nie jestem wyrozumiała dla zniewolenia słabości, w jakie uwierzył Jego umysł.
We are made of scars
Jak żyć ze sobą pełnią, bez kompromisów
oraz bez egocentryzmu i ranienia siebie nawzajem? Czy jest to w ogóle możliwe?
Jak sprawić, żeby związek nie miał w sobie cienia mentalnej i emocjonalnej transakcji,
a zaczął być czystą i niewinną relacją?
niedziela, 21 lutego 2016
Fortune favours the brave
Odkrywam drugie dno symboliki odrodzenia
feniksa z popiołów. Do tej pory skupiałam się tylko na wzniosłym aspekcie wskrzeszenia.
Teraz zaczynam rozumieć, że aby się odrodzić, trzeba najpierw umrzeć.
„Umieramy” i „rodzimy się” wiele razy w ciągu naszego życia. Każde wydarzenie
rewolucjonizujące nasze życie, czyli takie, które zmienia albo poddaje w
wątpliwość kierunek drogi, którą podążamy – ma w sobie potencjał narodzin i
śmierci. Aby przeżyć pełną przemianę, która wniesie nową jakość do naszego
życia, trzeba poddać się śmierci i przeżyć ją dogłębnie – nie uciekać przed
nią, gdzie pieprz rośnie, tylko patrzeć jej prosto w twarz. Musisz zgodzić się
umrzeć po to, żeby móc stworzyć siebie na nowo. Musisz jednocześnie zaakceptować
fakt, że odrodzisz się w bólu. Tylko taka drastyczna przemiana jest w stanie
coś zdziałać i trwale zmienić życie. Tylko taka przemiana daje autentyczną siłę.
Nie bójcie się takiego rytuału. Ja zawsze wolałam uciekać przed ogniem niż
wejść w płomienie, bo jestem dzieckiem, które boi się dorosnąć. Jestem
dzieckiem, które nie chce przyjąć do wiadomości, że świat może być miejscem
pełnym bólu. Ale teraz, kiedy zanurzyłam się w nim coraz głębiej, w pełni świadoma
miejsca, w którym się znajduję, zaczynam dostrzegać, że odradzam się skąpana we
krwi, ale ta inicjacja jest dla mnie błogosławieństwem. Przeczekam aż wyjdę z
oka cyklonu po to, żeby budować na zgliszczach. Przetrwam wszystko to, co się teraz
dzieje i będę silniejsza. I wiecie co? Nawet przez sekundę nie zamierzam
przestać wierzyć, że świat jest życzliwy i ma dobre intencje, a ja nawet w
najgorszym huraganie jestem zawsze otoczona miłością. Tej niewinnej – i może
infantylnej? – części siebie nie chciałabym nigdy stracić, bo to ideał, który naprawdę
daje mi siłę do życia i dodaje skrzydeł. Nie przestawajcie wierzyć w ludzi, bez
względu na to, ile ran Wam zadają, bo czy nie jest tak, że im więcej cienia
chowa się w człowieku, tym więcej ma on w sobie światła, a światło jest w
stanie rozproszyć każdy mrok, trzeba tylko dać mu szansę na ujawnienie się?
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Jestem więźniem niepewności. Nieustannie
przyciągam do siebie nagłe zwroty akcji i kolosalne zmiany, które niszczą poczucie
stabilizacji i pewność odnośnie trwałości mojego prywatnego świata. Nie
potrafię nic zbudować. Powiedzenie, że umieram i rodzę się w każdej sekundzie
życia pasuje do mnie idealnie, bo w moim świecie nie ma nic pewnego, a ja sama
ciągle się przeobrażam siłą wypadków i nagłych zakończeń, w jakich uczestniczę.
Ostatnio odważyłam się nawet przyznać D, że jestem przeklęta, bo radykalne zmiany,
jakim podlegam (praca, miejsce zamieszkania, znajomi), działają na zasadzie
efektu domina i wciągam w tę karuzelę także osoby, które mam przy sobie. To nie
zawsze spotyka się z akceptacją tych osób, bo ludzie nie lubią zmian, które
wywracają ich światy do góry nogami. Ja takie zmiany muszę traktować jak niesfornych
przyjaciół, bo ich cień czai się wszędzie dokądkolwiek się udam, ale wcale nie
witam ich z wyczekującym uśmiechem. Nie mogę nic na to poradzić, że ściągam
kataklizmy. Faktycznie jestem przeklęta. Nienawidzę tej klątwy, ale bezsilność
każe mi się poddać i odpuścić, bo już wiem, że nic nie mogę zrobić – nie
przyciągam zmian podświadomie, ani tym bardziej z jawną premedytacją. Nie chcę
ich i nie poszukuję na siłę. Chcę być szczęśliwa, a jestem ich ofiarą, bo nie
wiem czy kiedykolwiek stworzę coś trwałego, coś, co będzie miało wartość, coś,
co będzie korespondowało z moimi ideałami, coś, co przyniesie szczęście osobom,
które kocham i mnie samej. Zbyt często tracę: pracę, mieszkanie, mimo że staram
się to utrzymać. A tak bardzo chciałabym żyć tak, jak inni: mieć stałą pracę,
miejsce, które nazwę domem, psa, kota, prawdziwych przyjaciół i może kogoś obok
siebie, kto pokocha moje dziwactwa i z kim się zestarzeję. Tymczasem łapię się
na tym, że jest mi szkoda osób, które są ze mną blisko, bo wiem, że komplikuję
im życie, zamiast je ułatwiać. Nie mam nic. Nie potrafię nawet zbliżyć się do
materii, bo w następnej sekundzie tracę wszystko i muszę od nowa walczyć o
przetrwanie. Nie chcę się tułać, bez ustanku przemieszczać z miejsca na miejsce
i prowokować innych do zmian, których nie chcę i na które nie są gotowi. Chcę żyć
jak inni: wsiąknąć w niezmienną codzienność, chodzić do tej samej pracy,
spacerować w te same miejsca, odkurzać te same meble, kłaść się do łóżka z tym
samym facetem. Czy naprawdę jestem zachłanna? Czy pragnę zbyt wiele? Chcę się w
końcu przywiązać do ludzi i miejsc bez strachu, że zostanie mi to odebrane siłą
wyższą, na którą nie mam wpływu. I chcę mieć pewność, że mogę do siebie
dopuścić innych ludzi, a moja akceptacja i przyzwolenie nie zamienią ich
uporządkowanego życia w życie takie jak moje, czyli w niepewny i bolesny chaos o
znamionach piekła. Nie każdy potrafi udźwignąć coś takiego. Ja nie mam wyjścia
– całe życie muszę mierzyć się ze stratą i powstałą pustką tak, jakby odebrane
było mi prawo do komfortu posiadania, korzeni stabilizacji i niewymuszonej
kreacji. A ja tak bardzo chcę mieć w końcu coś stałego, czemu z radością oddam
cząstkę siebie. Potrafiłabym to docenić jak nikt inny na świecie.
środa, 13 stycznia 2016
Release, find your peace
Chcę znaleźć pracę zgodną z moimi ideałami
i nie godzę się na kompromisy – te okoliczności sprawiły, że znowu stanęłam w
obliczu bezrobocia. Przez chwilę gotowa byłam wyjechać z Poznania, bo trudno
było wznieść się ponad racjonalne argumenty finansowe plus moją nieukrywaną
niechęć do tego miasta. Gdyby nie D wszystko byłoby takie proste i wygodne –
uciekłabym kolejny raz układać swoje życie na nowo, gdzieś, gdzie mnie jeszcze
nie było w nadziei, że w końcu odnajdę to, czego szukam, czyli spokój, wolność,
bezpieczeństwo i spełnienie. Tak, jakby to wszystko, czego potrzebuję istniało
na zewnątrz mnie. Wieczorem niczego nie ukrywałam. Powiedziałam Mu, jakie myśli
kłębią mi się w głowie. Żartował – nie dochodziła do Niego powaga sytuacji.
Mówił, że nie wyjadę, bo przywiąże mnie do łóżka, będzie mnie karmił i mył tak,
jakbym była jego własnością, do której ma prawo. Dziś dalej nie chcę tu zostać,
ale mam wyrzuty sumienia, że wczoraj i przedwczoraj byłam gotowa zostawić Go tu
samego. Przecież bardzo dobrze wiem, że ciężko jest utrzymać związek na
odległość, a jeśli wyjechałabym teraz z Poznania, to prawdopodobnie już bym tu
nie wróciła. Nie przetrwalibyśmy tego. W Poznaniu trzymają mnie emocjonalne i
uczuciowe więzi, których nie mogę i nie potrafię zerwać, a najgorsze jest to,
że On wcale nie chce stąd wyjeżdżać, chociaż jeszcze do niedawna mieliśmy
zupełnie inne plany, więc nie mogę nawet liczyć na to, że Poznań to tylko
chwilowy przystanek… Wygląda na to, że ugrzęzłam i zabawię w tym dziwnym
mieście dłużej niż chciałam. Co więcej, teraz muszę walczyć, żeby tu zostać. W
najgorszym razie stracę wszystkie oszczędności, ale zyskam coś cenniejszego –
pewność, że zrobiłam wszystko, żeby utrzymać nasz związek, swoją przynależność
do Niego i nie poświęciłam tego co jest między nami dla wygody podążania za
naturalnymi instynktami, przez które zraniłam już tyle osób.
Ostatnio w końcu
do mnie dotarło, że ideały nie mogą być ważniejsze od człowieka. D jest
przywiązany do mnie, a ja świadomie przywiązałam się do Niego, chociaż jeszcze
nie potrafię Mu się w pełni oddać mentalnie. Wygląda jednak na to, że miłość
faktycznie ma być służbą, co potwierdza fakt, że teraz jestem w Poznaniu już
tylko dla Niego, choć wcale nie chcę tu być, ani układać tu sobie życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)