Działając autonomicznie w większości sfer dążę
do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki
samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie
wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność
zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne
wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z
potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie
egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa
zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin
swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez
konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów
po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym
zobaczyć
i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.
Byłabym tak niezależna, jak tylko bym
chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi
temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie
jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo
związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się
na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań,
które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne
do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby
być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo
chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne
czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy
skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić
przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele
rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest
obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze
jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś
sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest
teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby
T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go
nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych
wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu,
miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie
ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne
mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi,
że
miłość
nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.
Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie
zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego
smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne
zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół
nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie
do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo
jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem
istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości
związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…
Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie
czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to
cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony
relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto
korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania
relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy
z nas jako jednostka pozostaje
niewypowiedziana,
więc może naszym głównym celem jest
poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota
ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale
jestem w stanie przyznać, że:
spotkanie
człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest
zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować
na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną
dotychczas hierarchię wartości.
Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i
dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a
jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a
które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia?
Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji
poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba
doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą
posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy
jest to w ogóle możliwe???