Rozwiązałam łamigłówkę, wymazałam
niewiadome, uwolniłam liczby zaklęte w trójkącie. Format naszej historii już
się wyczerpał przypominając mi, że chyba tak ma być, że inni tylko zdarzają się
w moim życiu. Przychodzą niepostrzeżenie, niespodziewanie i na moment nasze
drogi się krzyżują, ale tylko na moment, bo jeżeli pojawia się zwątpienie w
czystość i niewinność intencji swojej czy innych, to jest to chwila graniczna i
gdy ją przekroczę nic nie będzie już takie jak dawniej, a relacja ulegnie
powolnej zagładzie. Powinno tak być, inaczej musiałabym iść przez życie z
zamkniętymi oczami, w przepasce strachu przed samotnością nosząc w kieszeni apteczkę
pierwszej pomocy składającą się z recept wyjaśnień i wymówek, aby się
samooszukiwać i osłaniającego bandaża, aby co jakiś czas scalać to, co samo się
rozpada. Musiałabym udawać, że moje więzy z innymi tworzy miłość i oddanie, a
nie interesy, zobowiązania i przyzwyczajenie. Tymczasem to, co nazywamy
miłością jest zazwyczaj miłością ego – naszego umysłu, który panicznie boi się
tracić i pragnie wygody, grą o wpływy i określenie statusu samych siebie w
świecie i naszej relacji z innymi.
Gdyby M nie wyznał mi miłości, gdyby nie
dał do zrozumienia, że mnie pożąda, gdyby nie był zazdrosny, gdyby nie robił
scen – może wszystko potoczyłoby się inaczej…? Może stworzylibyśmy relację
długodystansową opartą o wzajemne wsparcie, na której tak bardzo mi zależy. Ale
chociaż według mnie przyjaźń jest formą miłości, to człowiek nie jest w stanie
wytrwać długo w stanie nieposiadania i wtedy nie ma mowy ani o przyjaźni, ani o
miłości. I kolejny raz przekonałam się, że tak wygląda brutalna rzeczywistość. Co
więcej stara ludowa prawda mówi, że miłość od nienawiści dzieli tylko jeden
krok. Kiedy temperatura uczuć zmienia się o jeden stopień, wahadło przechyla
się w drugą stronę. Tak działamy. Tak zachowuje się ta nieznośna i przerażająca
część naszej natury, która łączy w sobie piekło i niebo. A ludzki umysł potrafi
roztaczać koszmarne wizje i obiekt najwznioślejszych uczuć potrafi zamienić w
najbardziej szkaradną karykaturę.
Automatycznie rozluźniając więzy z M,
wycofałam się ze znajomości z E. Uratowałam swoją duszę i oczyściłam jego. Już
nie musi okłamywać A, że włosy, które na nim znajduje należą do M, a ona już
nie musi udawać, że mu wierzy choć dobrze wie, że M nie nosi długich włosów. Nasza
historia pozostanie niedopowiedziana, a uczucie niewyrażone. Już na zawsze
zostaniemy zatrzymani w niewymowności, zawieszeni pomiędzy słowami i tylko jego
zamglony, rozmarzony wzrok, tylko jego dłoń dyskretnie ocierająca się o moją będzie
sygnałem dla tych, którzy widzą naprawdę, że chodzi tu o coś więcej niż tylko
koleżeńską sympatię. Z czasem i to się zatrze, kontury zostaną zamazane, obraz
wyblaknie, bo nie da się wiecznie żonglować zaklęciem: „zbliż się – odejdź”,
zwłaszcza jeśli zakwita w tobie zatrute ziarno podejrzenia, że jego uczucia to
tylko zauroczenie młodością, fascynacja życiem i lęk przed starością, że jest
to jakaś forma wykorzystywania twojej niewinności i łagodności, a ty jesteś dla
niego seksualnym przedmiotem, uroczą zabawką, bezpretensjonalnym smakiem
truskawek, o których przypominamy sobie podczas długiej, ciemnej, mroźniej
zimy. Ja przeminę jak letnia bryza, a tym, co zostanie będzie A – kobieta –
skała, opoka, na której on buduje swoje życie.