poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W dolinie złośliwych trolli

Motywem przewodnim mojej wycieczki do zachodniej Norwegii było słynne Trollstigen, gdzie wg lokalnych legend grasują mityczne trolle. Brzmi magicznie, prawda? Podążanie tropem skandynawskich wierzeń ludowych nie jest jednak jedynym powodem ogromnej popularności tego miejsca. W równym stopniu czynnikiem pobudzającym wyobraźnię jest zapierający dech w piersiach szlak turystyczny na skalistych zboczach z 11 – ma karkołomnymi zakrętami. Zakręty nie bez powodu są nazywane agrafkami… Trasa jest spełnieniem marzeń każdego miłośnika mocnych wrażeń, spragnionego dramatycznych widoków podsyconych adrenaliną i przyspieszonym biciem serca. Bez dwóch zdań Trollstigen jest prawdziwą wisienką na norweskim torcie, ale ten ekscytujący deser poprzedziła w moim przypadku wizualna uczta z malowniczych pejzaży dzikiej natury, jakie mijaliśmy po drodze. Siłą rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia. J




MOTYWY PRZEWODNIE NA DRODZE DO TROLLSTIGEN: KAMPERY, OWCE I POLA TRUSKAWKOWE

Dystans z  Ålesund do Trollstigen to ponad 130 km. Droga rozpościera się wśród malowniczych okoliczności przyrody i skalistych dolin, które determinują wciśnięte w ląd fiordy. Taki krajobraz to oczywiście stały element i przewidywalny punkt programu każdej eskapady po Norwegii, ale tym razem został wzbogacony o pewne powtarzające się czynniki na drodze: wycieczkowe kampery, stada owiec oraz plantacje truskawek.






Obecność kamperów była usprawiedliwiona sezonem wakacyjnym, który akurat rozpoczął się podczas mojego pobytu w okolicach Ålesund. Norwegowie to tradycjonaliści i chociaż swój wolny czas lubią spędzać w tropikalnych krajach, gdzie mogą poczuć słoneczną aurę, której w krainie fiordów jest jak na lekarstwo, to pielęgnują również pokoleniowe przywiązanie to hytte, czyli domków letniskowych na prowincji. Właściwie w każdy weekend można spotkać na drodze całe rodziny, które uciekają z miasta do swoich małych oaz spokoju. Norwegowie preferują rodzinny aktywny wypoczynek na łonie natury i kochają swoje hytty. Budują je w lasach lub w górach, ale największe wrażenie bez wątpienia robią te zlokalizowane w ekstremalnie trudno dostępnych miejscach, np. na szczycie skały.



Podobnie jak hytty z Norwegią kojarzą mi się też… owce! Latem można je spotkać wszędzie, bo cieszą się dość dużą wolnością i bywają bezkarne. Pasąc się, nie ograniczają się tylko do rozległych pastwisk, ale można je spotkać także na poboczu. O zbliżającym się stadku świadczy radosny dźwięk dzwoneczków, które owce mają przywiązane do szyi.


Wakacje nieodłącznie kojarzą się z sezonem na truskawki. Amatorzy tych owoców poczują się w Norwegii jak w raju, bo po pierwsze – pola truskawkowe to nieodłączny element krajobrazu na prowincji, a po drugie – jakość truskawek zadowoli nawet najbardziej wymagające podniebienie. Są duże, soczyste i słodkie. Nie sposób się nie skusić, zwłaszcza że okoliczni rolnicy sprzedają owoce przejezdnym, lokując się na mniej lub bardziej prowizorycznych stoiskach przy drogach. Początek lata to czas, kiedy handel truskawkami w Norwegii kwitnie.

KARKOŁOMNA DRABINA TROLLI I POTĘŻNY STIGFOSSEN
W końcu dotarliśmy do Trollstigen! To jedna z najsłynniejszych wizytówek Norwegii, gdzie po prostu wypada być, aby zachwycić się kolejną odsłoną jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tym razem mamy szansę poznać Norwegię z kaskaderskiej perspektywy, bo pod niewinną nazwą Trollstigen, czyli Drabina Trolli kryje się szlak turystyczny z prawdopodobnie jedną z najbardziej znanych i spektakularnych tras na świecie. Pokonanie jej autem jest nie lada wyczynem, bo ostre zakręty na wąskiej drodze po stromych zboczach gór i nad przepaścią, tworzą wijące się serpentyny, które stanowią niezły test umiejętności za kółkiem i wymagają zachowania stalowych nerwów. Trasa jest dostępna dla zwiedzających tylko latem, bo zimą jest zbyt niebezpieczna. Liczne multikulturalne grupy turystów, jakie spotkaliśmy w Trollstigen, świadczyły o ogromnej popularności tego miejsca wśród podróżników złaknionych wrażeń. Wspinając  się na punkt widokowy na szczycie góry minęliśmy nawet grupę motocyklistów ze Stanów Zjednoczonych. Nie udało nam się niestety spotkać żadnego trolla, ale za to została w pełni zaspokojona moja miłość do wodospadów! Pomógł potężny Stigfossen. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jeden z sezonowych wodospadów, jakie powstają w wyniku topienia się lodowców w lecie. W każdym razie robi spektakularne wrażenie, a zdjęcie na jego tle jest cenną pamiątką.







niedziela, 10 sierpnia 2014

Norweska mekka spokoju w cieniu coup de grâce, czyli wpis o tym, że pomimo okoliczności i sprzecznych bodźców warto mieć twarz zwróconą w stronę Słońca. :)

Królewski szlak





Każdy, kto czytał mój ostatni wpis może odnieść wrażenie, że ze względu na dość uciążliwe myśli o potrzebie zakończenia kolejnej znajomości, mogłam nie traktować swojej norweskiej wyprawy jako typowej, beztroskiej i niezobowiązującej turystycznej eskapady, w której głowa powinna raczej pozostawać cały czas w chmurach niż pozwolić się zawładnąć gęstej materii ciężkich myśli. Nic z tych rzeczy. J Mimo wszystko „show must go on” i jeśli wciąż jesteśmy na swojej orbicie, to nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. U M. był też czas na zwrócenie się w stronę przyjemności, mimo że w cieniu rozstania. Bez względu na okoliczności nie mogłam zresztą nie dać się uwieść nieziemskiej atmosferze północnej Europy, bo chociaż w dalszym ciągu czuję, że Norwegia to nie jest miejsce stworzone dla mnie, to mimo wszystko trudno jest przejść obojętnie obok niezaprzeczalnego czaru Ålesund i jego malowniczych okolic. Bez względu na nasze życiowe rozstania i powroty czy też jakiekolwiek pęknięcia w mikrokosmosie, jaki każdy z nas misternie buduje każdego dnia, życie płynie przecież dalej, więc nie warto nadawać żadnej scenie charakteru dramatu. Zamiast tego lepiej jest cieszyć się kolejnym wchodem Słońca i nie przestawać wierzyć (ani w siebie, ani w innych). Dzięki temu podejściu dość szybko okazało się, że zachodnia Norwegia była w stanie zrewolucjonizować mój chłodno – obojętny stosunek do tego nordyckiego kraju, jaki wyrobiłam sobie mieszkając na wschodnim wybrzeżu. Ołowiane, smętne, niepokojąco ociężałe chmury jakie zapamiętałam i jakie zawsze przywodziły mi na myśl porównania z grzybem atomowym (!), zostały zastąpione przez lekkie baranki na tle błękitnego nieba, które odegnały niejasne poczucie zagrożenia, które pojawiało się i przytłaczało mnie za każdym razem, kiedy wychodziłam na zewnątrz mieszkając w Haugesund. Przesiąknęłam tą deszczową aurą i w którymś momencie to, co działo się na niebie przerażająco dobrze odzwierciedlało moje samopoczucie. Tęskniłam jednak za norweskim obezwładniającym spokojem, bezpieczeństwem i harmonią, tak odległą od wrzącego tygla, jakim jest Europa. Norweska aura jest unikalna, a kraj ma w sobie wiele niezaprzeczalnego, bezkompromisowego i naturalnego piękna, które w nim ubóstwiam. Jest też wprost stworzony dla tych, którzy szukają wewnętrznego spokoju. Szczególnie jeden obraz utkwił mi w głowie (spróbujcie teraz uruchomić wyobraźnię J): wysokie i majestatyczne szczyty gór wzbijające się w błękitne bezchmurne niebo, kontrastującą zieleń u podnóża wraz z szeregiem małych, kolorowych drewnianych domków (przywodzących na myśl miniaturki z dziecięcego obrazka), które odbijały się w tafli spokojnego fiordu jak w lustrzanym odbiciu. Niezapomniany widok, chociaż podczas mojego pobytu u M. widziałam jeszcze jedną panoramę, która bezceremonialnie potwierdziła, że człowiek może i jest dumnie określany koroną stworzenia, ale nie jest w stanie zmierzyć się z potęgą natury, która milcząco potwierdza status quo o swojej potędze. Tym mistycznym miejscem okazała się bardzo wąska dolina Norangsdalen i historyczna trasa nazywana „Królewskim szlakiem”. To imponujące, wykonane z dużym rozmachem dzieło Matki Natury, które onieśmiela rozmiarami i wszechpanowaniem przyrody – rozpościera się po obu stronach stromej drogi wśród surowej scenerii górskiej i wysokich ścian skalnych, gdzie z każdym kilometrem jazdy cywilizacja staje się coraz bardziej nieśmiała, cichsza i mniejsza aż w końcu bezapelacyjnie ulega majestatycznym górom, których ogrom porażał mnie do tego stopnia, że czułam się jak Alicja, która po wypiciu zawartości tajemniczej fiolki zmniejsza się do mikroskopijnych rozmiarów. To była fascynacja połączona z pokorą. Im dalej jechaliśmy, tym widzieliśmy mniej oznak obecności człowieka na tych ziemiach i tylko wijąca się w bezkres droga udowadniała, że wcale nie jesteśmy odkrywcami tych ziem niczym Kolumb. Czasami spotykaliśmy też stare, opuszczone domki farmerów, które tak naprawdę trudno było wyłowić na horyzoncie, ponieważ były prawie całkowicie zakopane w ziemi, a dachy przykrywała pierzyna gęstej zielonej trawy (norweska budowlana specjalność J). Cywilizacja wycofała się z tych terenów, ponieważ ukształtowanie terenu sprzyja tylko samobójcom i desperatom (na tym obszarze często dochodzi do osuwania się skał oraz ziemi). Z historycznych ciekawostek mogę jeszcze dodać, że dolina Norangsdalen była kiedyś uważana za jedną z najniebezpieczniejszych do pokonania i aż trudno uwierzyć, że dawniej przejeżdżali nią królowie! Był to zdeterminowane tym, że miejsce to stanowiło ważny most łączący wschodnią a zachodnią Norwegię. „Królewski szlak” został nazwany właśnie na cześć podróży ślubnej pary królewskiej przez te tereny.







W końcu nasza determinacja, aby wciąż jechać dalej mimo surowego krajobrazu dookoła – została nagrodzona, a naszym oczom ukazała się urocza, niewielka miejscowość Øye. Co prawda wokół nie było widać żywego ducha, ale łodzie unoszące się na wodzie na tle wodospadu spływającego z gór, świadczyły o tym, że ktoś jednak odwiedza te tereny i może się nimi cieszyć oraz doceniać ich piękno. W drodze powrotnej natknęliśmy się na zabytkowy kamienny most. Było tuż przed północą, chociaż jasna aura mówiła zupełnie co innego – słynne norweskie białe noce: przekleństwo dla osób cierpiących na bezsenność czy przyzwyczajonych do klasycznego rytmu dnia i nocy, ale jednocześnie błogosławieństwo dla każdego, kto ma tendencję do łapania i przedłużania każdego momentu w myśl faustowskiego: „Chwilo trwaj!”. Wracając do domu goniliśmy zachodzące słońce, które bawiło się z nami w kotka i myszkę – co rusz wyłaniało się i chowało za szczytami gór. 





c.d.n...

wtorek, 22 lipca 2014

"Ideał sięgnął bruku"

Zamknęłam za sobą ostatnie drzwi, jakie łączyły mnie ze starym światem. Lecąc do M. nie byłam pewna jaką formę przybierze nasza znajomość i czy w ogóle są jeszcze szanse na jakąkolwiek jej kontynuację, ale biorąc pod uwagę naszą wspólną przeszłość nie wykluczałam, że nie będę umiała tak po prostu wszystkiego skreślić, mimo wielu wątpliwości. Sprawy przybrały jednak dość nieoczekiwany obrót, przez co zdałam sobie sprawę, że ta relacja za bardzo odsuwa mnie od spraw naprawdę dla mnie ważnych, a z M. nie nadajemy na tych samych falach. Na obecnym etapie swojego życia jestem bardzo radykalna i nie boję się odejść od wszystkiego, co mi w jakiś sposób nie służy. Skończył się już czas kompromisów w tej kwestii. Zresztą bądźmy szczerzy – ta znajomość i tak ze względu na odległość była w dużej mierze wirtualna, a na takich mi nie zależy. Nie czuję się dzieckiem Facebooka. Poza tym ufam też intuicji jak nigdy przedtem. Można to nazwać pogańską przesądnością albo wiarą w Boskie znaki, ale zdarzenia na tydzień przed wylotem oraz w trakcie długiej podróży na lotnisko kazały mi uważać i zajrzeć w głąb siebie. Czułam narastający dyskomfort i niepokój. Może po prostu przeczuwałam, że podczas mojego pobytu w Norwegii przez większość czasu będę się zastanawiać, gdzie podział się ten dobry i wrażliwy M., artysta tatuażu, który zachwycał się każdym  wschodem Słońca…? Nie uwierzę w to, że istniał tylko w mojej wyobraźni. Było mi ciężko patrzeć na nowe oblicze człowieka, dla którego tak wiele byłam w stanie kiedyś poświęcić,  teraz pełne niejasnych intencji, które z reguły wyczuwam na kilometr i poplątanego systemu wartości, w który trudno uwierzyć. Chciałam uciekać, kiedy M. próbował wprowadzać fałszywą nutę do mojej melodii, bo od jakiegoś czasu konsekwentnie odgradzam się od wszystkiego, co próbuje mącić w moim życiu. Szybko więc uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest mi niewiarygodnie łatwo odpuścić tę znajomość bez śladu żalu czy nostalgii, ale jednocześnie bez gniewu czy urazy. Czuję, że jest to jedyne rozwiązanie, najlepsze dla nas obojga, bo pozwala nam zaoszczędzić mnóstwo czasu, jaki inaczej zmarnowalibyśmy na uświadamianie sobie, że ta relacja nie daje spełnienia i jest tylko formą rezerwowego wyjścia. Mamy zbyt różne wizje świata. Jednym z celów mojej podróży było w końcu bliższe poznanie M., pod bardziej krytycznym kątem niż do tej pory. Nikt z nas nie jest pozbawiony wad, a ja staram się dostrzegać tylko „jasną stronę mocy” w człowieku, ale na pewne sprawy nie da się spuścić zasłony milczenia. Niestety przekonałam się, że M. ubóstwia białe kłamstwa, co go całkowicie pogrążyło. To dlatego przestałam mu ufać, a co gorsze – przestałam go szanować. Paradoksalnie, gdybym spotkała go teraz pierwszy raz, znajomość ta miałaby większy potencjał i szanse na rozwój niż obecnie – mimo że nasza relacja, oparta o wspólnie przeżytą historię, pełną niezapomnianych chwil, teoretycznie powinna być bardziej nostalgiczna, a my bardziej zaangażowani w jej kontynuację. Wszystkiemu winne jest moje dziecięce zaufanie, jakie żywiłam do M. i jakie straciłam. Rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię i nie umiem już przejść obok tego wszystkiego tak zupełnie obojętnie. M. goniąc za tęczą myśli tylko o sobie. Za każdym razem, kiedy mieliśmy się spotkać w Polsce, miałam podobny sen, którego archetyp odpowiadał znaczeniu: fałszywy przyjaciel. Wtedy wolałam o tym nie myśleć i zignorować wszystkie symptomy. Dzisiaj myślę, że było w tym trochę prawdy i chociaż Norwegia miała być jakąś formą moich małych wakacji, to zwiedzając ją poczułam raczej, że koniecznie potrzebuję resetu.


M. uwielbia wędkować w norweskich fiordach. „ – Życzę Ci, żebyś złapał złotą rybkę” – to było najlepsze pożegnanie, na jakie było mnie stać. Ostatnie słowa jakie skierowałam w jego kierunku. Kontynuacja tej znajomości w moich oczach nie ma już racji bytu. Nie chcę, żeby przeszłość ciągnęła się za nami jak kula u nogi, która nie pozwala zapomnieć. Postanowiłam zatem radykalnie oczyścić atmosferę i zerwać wszystkie łączące nas więzy, bo czuję, że tak właśnie trzeba zrobić w tym przypadku. Nie czuję straty. Czuję ulgę. W końcu jestem wolna. Oderwałam się od wszystkiego, co nie będzie mi służyć na dłuższą metę, choć teraz wydaje się być wygodne z racji pozostawienia otwartych drzwi, przez które może kiedyś zdecydowałabym się przejść. Zaufałam intuicji i nie mam wątpliwości, że wybór jest słuszny. Wolę sama tworzyć swoje perspektywy. Wiem też, że jestem w stanie przyjąć absolutnie wszystko, jak woda. A kiedy brudu jest za dużo, potrzebuję więcej czasu, żeby się oczyścić, uspokoić i wrócić na swoją falę. Przez wszystko da się przejść, o ile pozostanie się sobą. Rola M. w moim życiu już się wypełniła. Dziękuję za wszystkie piękne chwile, jakie udało nam się razem przeżyć, wybaczam, odpuszczam, głęboko nabieram powietrze w płuca i ruszam z nadzieją dalej.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Urokliwe gdańskie zakątki

PARK ORUŃSKI






Podczas ostatniej wizyty w Gdańsku zdałam sobie sprawę, że zaczęłam traktować to miasto po macoszemu. Zupełnie jakbym powoli zapominała, że kiedykolwiek w nim mieszkałam. Nie czuję się jak typowa turystka, kiedy zachwycona jakimś obiektem uwieczniam je na zdjęciu. Nie czuję się też jak eks – tubylec, kiedy z zamkniętymi oczami potrafię przejść z punktu A do punktu B. Podchodzę do Gdańska z dużym dystansem, choć z tym miastem wiąże się bardzo dużo dobrych wspomnień, a wiele momentów było naprawdę magicznych i niezapomnianych. Chcę pamiętać tylko takie. Pomimo że wyznaję teorię mówiącą o tym, że danego miejsca nie można poznać, poruszając się wyłącznie po utartych turystycznie szlakach, to jednak muszę przyznać, że gdańska Starówka chyba najmocniej utkwiła mi w pamięci. Jest zjawiskowa. Dzisiaj jednak chciałabym Was zaprosić do innego miejsca, które jako pierwsze mnie oczarowało i powaliło na kolana swoim klimatem. Jest nim bajkowy park Oruński nad kanałem Raduni, położony wśród wzgórz morenowych. Park jest ogromny i obejmuje aż 11 ha, a jego długa i burzliwa historia sięga 400 lat. Dla mnie jest to prawdziwy Zaczarowany Ogród, który jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych miejsc w Gdańsku. Cały czas pamiętam nocne maratony, jakie sobie w nim urządzałam. Te chwile były dla mnie bezcenne, bo czasami po utknięciu w kolejnej pokręconej sytuacji życiowej, jedyne czego potrzebowałam na dobry sen, to było fizyczne zmęczenie z jednoczesnym błogim wyciszeniem umysłu, które dokonywało się w otoczeniu upajającej przyrody i jej rytmicznych odgłosów. To było najlepsze lekarstwo na wszystkie komplikacje w życiu osobistym, jakie wtedy były dla mnie normą. Kochałam park Oruński. W gąszczu krzewów i plątaninie liści zostawiłam mnóstwo swoich myśli. Kiedy wracałam do domu, każda przeszkoda wydawała się łatwiejsza do przejścia, a ja nabierałam optymizmu i nowej energii do działania. Terapeutyczna moc dzikiej natury plus intensywny i długotrwały wysiłek fizyczny to potężny zastrzyk endorfin, który działa cuda.







niedziela, 22 czerwca 2014

Danse macabre

Niedawno zmarła bliska mi osoba i znowu poczułam jak smakuje strata. Nabrałam pewności, że jesteśmy utkani z uczuć, a nie z materii, bo żelazna obręcz na sercu przez kilka dni nie pozwalała swobodnie oddychać, a chaos myśli w głowie kłębił się jak stado wron. Później kolejny raz mogłam zdziwić się dziwną zmysłowością ciała w trumnie, które było zimne, ale delikatne, a wyraz twarzy słodki i przepełniony spokojem. Ciało niby rzeczywiste i namacalne, ale dziwnie nieobecne i niepasujące do oddychającego, rozemocjonowanego świata. Zawieszone w próżni jak klepsydra, w której już przesypał się piasek. Już nie mam wątpliwości, że ciało to tylko kostium. Bardziej niż ono wzruszały mnie szczegóły i ulotne wspomnienia. Takie jak kapelusz położony obok. Mój dziadek bardzo lubił go nosić. Był w nim elegancki w staromodny i subtelny sposób. Sposób, jaki cechuje ludzi silnych i doświadczonych przez czasy wojny. Zastanawiałam się, kiedy dziadek nosił go po raz ostatni. Już nawet nie pamiętam… I nie pamiętam też dźwięku jego głosu. Przez ten ciąg myśli po raz pierwszy poczułam bezwzględność straty, ból i niemoc, jakie jej towarzyszą.

Kolejne zaskoczenie – kościół podczas mszy pogrzebowej tonął w bieli. Po niedzielnej uroczystości Pierwszej Komunii Świętej zostały w nim bukiety kwiatów. Biel to symbol niewinności, wierności i czystości. Wierzę, że był to dowód na to, że ofiara mojego dziadka, jaką złożył z samego siebie przez wieloletnie cierpienie i okrutne piętno choroby nowotworowej – oczyściła go i zaprowadziła w miejsce, gdzie teraz jest już szczęśliwy i spokojny. Nie mam wątpliwości, że na to zasłużył, bo pod zewnętrzną powłoką braku uległości, kryło się w nim gorące, kochające i pokorne serce. Dopiero w kościele dotarło do mnie, że nigdy nie skarżył się na swoją chorobę, chociaż tak wiele mu zabrała. Zabrała mu głos. Dzięki dziadkowi przekonałam się jak wiele jest w stanie znieść człowiek. Jak dużo udźwignąć i jak wielki ciężar wziąć na swoje barki. Nawet pomimo fizycznego bólu i cierpienia, nie chce umrzeć i odejść z miejsca, które kocha. Nie poddaje się i walczy. Utwierdziłam się w pewności, że istotą naszego życia jest doświadczenie jak żyć, jak cierpieć i jak umierać. 

***


Kiedy stykamy się ze śmiercią, mamy ochotę mocniej celebrować życie. Do codziennych myśli wkrada się jakaś nostalgia z nieodłącznym pytaniem bez odpowiedzi: co jest po drugiej stronie? Mimo wszechobecnej brutalności, agresji i cierpienia, nie przestaję wierzyć, że jest to najlepszy świat z możliwych, a wszystko, co kocham i tracę, kiedyś do mnie wróci. W przeciwnym razie to życie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Na szczęście jest w nim za dużo manifestacji duchowości, żeby kiedykolwiek zacząć wątpić. 

niedziela, 8 czerwca 2014

Most

Niedługo czeka mnie niezbyt komfortowa rozmowa z cyklu „palenia za sobą wszystkich mostów”, które wciąż łączą mnie z przeszłością. To radykalne rozwiązanie, ale tylko tak można uwolnić się i iść dalej. Niestety w tym konkretnym przypadku przekonałam się, jak jestem słaba, bo chociaż w pierwszym odruchu definitywnie zakończyłam ten rozdział w swoim życiu, to rozczuliła mnie odpowiedź i poległam. Pewne sprawy chyba lepiej rozwiązuje się twarzą w twarz, chociaż boję się spotkania i nie wiem, co może się zdarzyć. Czy spalę ten most, czy może zbuduję nowy? Zrobiłam w życiu wiele głupot, dlatego że nie zrobiłam niczego. Z drugiej strony, nie potrafię się zatracić w drugiej osobie, bo nikt nie zdobył mojego zaufania na tyle, żebym zaprosiła go do swojego świata. Nie ma znaczenia czy jest to mój facet, przyjaciółka czy nawet moja rodzina. Każdy zna jakąś warstwę, ale nikt nie doszedł do sedna sprawy. Prawda jest taka, że szybko męczą mnie codzienne rozmowy o rzeczach mało ważnych, a wtedy odsuwam się. Już wiem, że zawsze jakaś część mnie będzie outsiderem i nie zmienię tego, bo musiałabym chyba zrzucić swoją skórę. Jestem typem samotnika i akceptuję tę rzeczywistość. Może to egoizm. A może po prostu świadomość, że nie chcę wpadać w ruchome piaski relacji, która będzie wyłącznie próbą sił i siatką wzajemnych uzależnień, które ściągają mnie na dno. Za dużo nieudanych związków widziałam w swoim życiu i przeraża mnie bagno interesowności, w jakie bardzo często wpadamy, bo wtedy pojawiają się oczekiwania, nieporozumienia, pretensje, urazy i żale. Nieraz już słyszałam, że jestem jak kot, który chodzi własnymi drogami. Nie radzę sobie, kiedy ktoś próbuje dotrzymać mi kroku, bo zwykle wydaje mu się, że wie o mnie wszystko, a tak naprawdę nie wie nic. Wiem, że uciekając przed całym światem, uciekam czasami nawet przed własnym cieniem, a pewne nieprzerobione sytuacje i tak wracają do mnie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Życie każdego z nas jest przecież lekcją, a każdy kogo spotykamy – nauczycielem. Dopóki jej nie przerobimy i nie wyciągniemy wniosków podczas odrabiania pracy domowej, ważnej z punktu widzenia naszego rozwoju, Wszechświat będzie robił wszystko, żeby niektóre zdarzenia do nas wracały, do czasu aż w końcu nauczymy się reagować na nie prawidłowo. Dopiero wtedy możemy wreszcie ruszyć dalej. Nie wiem tylko, jaką lekcję mam teraz przed sobą. Czy jest to przeznaczenie, czy może raczej kuszenie? Nie zamierzam jednak stracić wyznaczonego kierunku i to jest dla mnie najważniejsze. 

niedziela, 1 czerwca 2014

Mój sposób na detoks

Wyjdź ze złotej klatki…

Zastanawiam się czy na tak niedoskonałej planecie może istnieć doskonały związek? Jesteśmy przecież uwikłani w sieć brudnych zależności, bo z wielką determinacją tworzymy sobie „nowy wspaniały świat” – agresywną i toksyczną urbanistyczną klatkę, w której niezmiennie obowiązują pierwotne prawa dżungli – walka o przetrwanie, wyrażona złotą uniwersalną regułą o tym, że każdy chce mieć więcej niż realnie posiada. Końca naszych oczekiwań nie widać. Lubimy przecież patrzeć na świat z pozycji władcy. Podbiliśmy go tym wszystkim, co dumnie nazywamy postępem cywilizacyjnym i tak trudno nam odpuścić. Jesteśmy do szpiku kości przesiąknięci materializmem, który nas zniewala. Gdzie w takim układzie kończy się miłość, a zaczyna kontrakt między dwojgiem ludzi, zwłaszcza w erze przewartościowania życia i powszechnego kryzysu tożsamości?



… i rozłóż skrzydła…!


Toczymy swoje prywatne wojny z innymi i sami ze sobą, bo każdy z nas ma w sobie zakorzenioną ucieczkę przed więzieniem rzeczywistości, która czasem dochodzi do głosu. Sami przyznajcie – każdy z nas ma czasem dość sztywnego harmonogramu codziennych obowiązków i wcielania się w swoje społeczne role. Każdy z nas chce być wolny, ale dopiero kiedy odetniemy się od wiążącego nas łańcucha współczesnych wygód i komfortu materialnego, zautomatyzowanego świata – możemy znaleźć odpowiedzi na dręczące nas pytania i po prostu być sobą. Trzeba tylko umieć słuchać głosu swojej intuicji i podszeptów serca. Nie jest to możliwe w hałaśliwym mieście, zagęszczonym do granic możliwości. Spróbujcie więc się zatrzymać i wyjść z błędnego koła swojej codzienności, którą każdego dnia rutynowo kreujecie. Przestańcie się zadręczać tym, co było i przejmować tym, co będzie. Po prostu żyjcie w bieżącej chwili, „tu i teraz”. Zapomnijcie na chwilę o swoim niewolniczym przywiązaniu do zegarka. Przestańcie patrzeć przed siebie, a spójrzcie w niebo. Poczujcie podmuch wiatru we włosach i ciepłe słońce na skórze. Spójrzcie głęboko w samych siebie, bo to tam są wszystkie odpowiedzi – spowolnijcie oddech i uregulujcie swój własny biologiczny zegar. 

Spróbujcie wyjść poza mury betonowej dżungli budynków i ulic, tylko po to, żeby w końcu móc rozłożyć skrzydła.