Zamknęłam za sobą ostatnie drzwi, jakie
łączyły mnie ze starym światem. Lecąc do M. nie byłam pewna jaką formę
przybierze nasza znajomość i czy w ogóle są jeszcze szanse na jakąkolwiek jej
kontynuację, ale biorąc pod uwagę naszą wspólną przeszłość nie wykluczałam, że
nie będę umiała tak po prostu wszystkiego skreślić, mimo wielu wątpliwości.
Sprawy przybrały jednak dość
nieoczekiwany obrót, przez co zdałam sobie sprawę, że ta relacja za bardzo
odsuwa mnie od spraw naprawdę dla mnie ważnych, a z M. nie nadajemy na tych
samych falach. Na obecnym etapie swojego życia jestem bardzo radykalna i nie
boję się odejść od wszystkiego, co mi w jakiś sposób nie służy. Skończył się
już czas kompromisów w tej kwestii. Zresztą bądźmy szczerzy – ta znajomość i
tak ze względu na odległość była w dużej mierze wirtualna, a na takich mi nie
zależy. Nie czuję się dzieckiem Facebooka. Poza tym ufam też intuicji jak nigdy
przedtem. Można to nazwać pogańską przesądnością albo wiarą w Boskie znaki, ale
zdarzenia na tydzień przed wylotem oraz w trakcie długiej podróży na lotnisko
kazały mi uważać i zajrzeć w głąb siebie. Czułam narastający dyskomfort i
niepokój. Może po prostu przeczuwałam, że podczas mojego pobytu w Norwegii
przez większość czasu będę się zastanawiać, gdzie podział się ten dobry i
wrażliwy M., artysta tatuażu, który zachwycał się każdym wschodem Słońca…? Nie uwierzę w to, że istniał
tylko w mojej wyobraźni. Było mi ciężko patrzeć na nowe oblicze człowieka, dla
którego tak wiele byłam w stanie kiedyś poświęcić, teraz pełne niejasnych intencji, które z
reguły wyczuwam na kilometr i poplątanego systemu wartości, w który trudno
uwierzyć. Chciałam uciekać, kiedy M. próbował wprowadzać fałszywą nutę do mojej
melodii, bo od jakiegoś czasu konsekwentnie odgradzam się od wszystkiego, co
próbuje mącić w moim życiu. Szybko więc uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest
mi niewiarygodnie łatwo odpuścić tę znajomość bez śladu żalu czy nostalgii, ale
jednocześnie bez gniewu czy urazy. Czuję, że jest to jedyne rozwiązanie,
najlepsze dla nas obojga, bo pozwala nam zaoszczędzić mnóstwo czasu, jaki
inaczej zmarnowalibyśmy na uświadamianie sobie, że ta relacja nie daje
spełnienia i jest tylko formą rezerwowego wyjścia. Mamy zbyt różne wizje
świata. Jednym z celów mojej podróży było w końcu bliższe poznanie M., pod bardziej
krytycznym kątem niż do tej pory. Nikt z nas nie jest pozbawiony wad, a ja
staram się dostrzegać tylko „jasną stronę mocy” w człowieku, ale na pewne
sprawy nie da się spuścić zasłony milczenia. Niestety przekonałam się, że M. ubóstwia
białe kłamstwa, co go całkowicie pogrążyło. To dlatego przestałam mu ufać, a co
gorsze – przestałam go szanować. Paradoksalnie, gdybym spotkała go teraz
pierwszy raz, znajomość ta miałaby większy potencjał i szanse na rozwój niż obecnie
– mimo że nasza relacja, oparta o wspólnie przeżytą historię, pełną
niezapomnianych chwil, teoretycznie powinna być bardziej nostalgiczna, a my bardziej
zaangażowani w jej kontynuację. Wszystkiemu winne jest moje dziecięce zaufanie,
jakie żywiłam do M. i jakie straciłam. Rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie
na ziemię i nie umiem już przejść obok tego wszystkiego tak zupełnie obojętnie.
M. goniąc za tęczą myśli tylko o sobie. Za każdym razem, kiedy mieliśmy się
spotkać w Polsce, miałam podobny sen, którego archetyp odpowiadał znaczeniu:
fałszywy przyjaciel. Wtedy wolałam o tym nie myśleć i zignorować wszystkie
symptomy. Dzisiaj myślę, że było w tym trochę prawdy i chociaż Norwegia miała
być jakąś formą moich małych wakacji, to zwiedzając ją poczułam raczej, że
koniecznie potrzebuję resetu.
M. uwielbia wędkować w norweskich fiordach. „ – Życzę Ci, żebyś złapał złotą rybkę” –
to było najlepsze pożegnanie, na jakie było mnie stać. Ostatnie słowa jakie
skierowałam w jego kierunku. Kontynuacja tej znajomości w moich oczach nie ma
już racji bytu. Nie chcę, żeby przeszłość ciągnęła się za nami jak kula u nogi,
która nie pozwala zapomnieć. Postanowiłam zatem radykalnie oczyścić atmosferę i
zerwać wszystkie łączące nas więzy, bo czuję, że tak właśnie trzeba zrobić w
tym przypadku. Nie czuję straty. Czuję ulgę. W końcu jestem wolna. Oderwałam
się od wszystkiego, co nie będzie mi służyć na dłuższą metę, choć teraz wydaje
się być wygodne z racji pozostawienia otwartych drzwi, przez które może kiedyś
zdecydowałabym się przejść. Zaufałam intuicji i nie mam wątpliwości, że wybór
jest słuszny. Wolę sama tworzyć swoje perspektywy. Wiem też, że jestem w stanie
przyjąć absolutnie wszystko, jak woda. A kiedy brudu jest za dużo, potrzebuję
więcej czasu, żeby się oczyścić, uspokoić i wrócić na swoją falę. Przez
wszystko da się przejść, o ile pozostanie się sobą. Rola M. w moim życiu już
się wypełniła. Dziękuję za wszystkie piękne chwile, jakie udało nam się razem
przeżyć, wybaczam, odpuszczam, głęboko nabieram powietrze w płuca i ruszam z
nadzieją dalej.