poniedziałek, 6 października 2014

"Przestrzenią ducha, gdzie może on rozwinąć skrzydła, jest cisza" (Antoine de Saint – Exupéry)




Na zakończenie opowieści o wizycie w okolicach Ålesund, mam dla Was słowo o norweskiej ciszy, która wg mnie jest jedyna w swoim rodzaju. Pewnie na zasadzie negatywu z Polską do Norwegii przyciąga mnie właśnie jej spokój, bo to jest coś, czego u nas brakuje. W kraju często czuję pośpiech tak jakby każdy, kogo mijam wyznawał tę samą zasadę: „żyj szybko, umieraj młodo” lub/i „czas to pieniądz”. Norwegia, jaką znam to „chillout” i odprężenie. Łatwo dać się wciągnąć w ten oczyszczający, głęboki ton. Jeśli natomiast chodzi o samych Norwegów, to lubię ich nie tylko za opanowanie i cierpliwość, ale też za… uśmiechy i pozdrowienia słane nieznajomym. Podczas spaceru większość mijanych osób wita się przyjacielskim „hei!”, czyli odpowiednikiem polskiego „cześć!”. Nie przywiązuję większej wagi do tego, że to tylko powierzchowny kontakt, bo Norwegowie są raczej z natury skryci. Mimo wszystko ich pozdrowienia są bardzo sympatycznym gestem.




Wyobrażacie sobie, jak by to było wstać rano z łóżka w pokoju  skąpanym w promieniach Słońca i otworzyć drzwi do innego – antyurbanistycznego – świata z pogranicza jawy i snu, bo pięknego, magicznego i przepełnionego ciszą, a potem zaczerpnąć porcję czystego orzeźwiającego powietrza i wyjść powitać nowy dzień z kubkiem aromatycznej kawy, zachwycając się nie tylko smakiem płynu, ale także widokiem na bezkresną zieloną przestrzeń i olbrzymie góry zasłaniające horyzont, a później… zwyczajnie rozpłynąć się w tym wszystkim? Żyć i doświadczać bez pośpiechu i bez ograniczeń, narzuconych przez zegarek czy kalendarz. Po prostu być. Całkiem przyjemna perspektywa, prawda? W Norwegii jest to możliwe do zrealizowania. Muszę przyznać, że poranna kawa smakowała dużo lepiej, kiedy delektowałam się nią siedząc na drewnianym parapecie okna z widokiem na majestatyczne góry, plantację truskawek właścicieli domu oraz – eksperyment M. w postaci własnoręcznie założonego mini – ogródka warzywnego. Takie swojskie obrazki, emanujące wyciszającym liryzmem potrafią pozytywnie nastroić na resztę dnia.






poniedziałek, 15 września 2014

Z poradnika podróżnika: wskazówki jak efektywnie i efektownie zwiedzać Norwegię

Moim zdaniem zwiedzanie każdej norweskiej metropolii warto rozpocząć od pokierowania się na lokalny punkt widokowy. Wrażenia z góry są nieziemskie i pozwalają nam odczuć pełnię fenomenu Krainy Fiordów, okalających ją gór oraz porozrzucanych aglomeracji. W moim przypadku zachwyt nad malowniczym terenem miesza się ze szczyptą doskwierającego mi syndromu zamknięcia ze względu na odcięcie skupisk ludzkich przez bezkresną wodę i góry zasłaniające horyzont. Ogarnia mnie wrażenie bezludnej wyspy. Dzięki spektakularnej panoramie z lotu ptaka, możemy jednak dostrzec unikalne piękno krajobrazu Norwegii, w której urbanizację mocno ogranicza przyroda (góry, fiordy), a człowiek zgodnie z nią koegzystuje. Ukłon w stronę natury widać nawet w konstrukcji norweskich domów, które wcale nie wyłamują się z krajobrazu swoim modernistycznym charakterem rodem z epoki technokracji, ale raczej komponują się z nią dzięki naturalności, prostocie i skromnej bezpretensjonalności. Aż trudno uwierzyć, że Norwegia to bardzo zamożny kraj, bo tu nikt nie epatuje bogactwem i nie wywyższa się. To punkt widokowy Aksla w Ålesund uświadomił mi, że to miasto można bez większych przeszkód nazwać Wenecją Północy. Zresztą zobaczcie sami jak wyglądają zdjęcia. Na ostatnim zdjęciu znajduje się miejscowość Sykkylven – nieopodal Ålesund.







Nie da się ukryć, że zwiedzanie Norwegii kosztuje sporo czasu, co jest wypadkową 2 kwestii. Po pierwsze – ukształtowania terenu. Wysokie góry oraz sieć fiordów uniemożliwiają budowanie prostych połączeń komunikacyjnych, stąd norweskie drogi wiją się jak węże, są pełne tuneli wydrążonych w górach, a żeby dostać się na drugą stronę fiordu nie obędzie się bez poświęcenia czasu na przepłynięcie promem. Drugą sprawą są… surowe i nieelastyczne przepisy ruchu drogowego, których zmotoryzowani Norwegowie wiernie się trzymają. Tutaj jeśli ograniczenie prędkości wynosi 50 km/h, to wszyscy będą jechali nie więcej niż 40 km/h, choćby nawet miało to generować duże korki. Jeżeli M. nie koloryzował swoich opowieści, to wynika z nich, że w Norwegii za przekroczenie prędkości o 20 km/h grozi utrata prawa jazdy, a podbicie stawki o 40 km/h może skończyć się nawet więzieniem! Wolna jazda ma jednak swoje uroki – można bezkarnie obserwować widoki za oknem auta czy też zaaplikować sobie terapię kojącą zmysły stojąc na molo i chłonąc magię fiordu podczas czekania na prom (względnie umilając sobie czas poprzez wędkowanie).









W Norwegii możemy niechcący ominąć wiele pięknych miejsc, czyli lokalnych, mniej znanych atrakcji, jeśli nie dowiemy się o ich istnieniu od tubylców. Samemu z reguły bardzo trudno do nich trafić. Są to na przykład wszelkie szlaki turystyczne prowadzące na górskie wzniesienia, które Norwegowie namiętnie wybierają na popołudniowy, weekendowy, aktywny wypoczynek. Miałam okazję przejść dwiema takimi trasami, a jednym ze szczytów, które udało mi się zdobyć był Hovdelsen w miejscowości Sykkylven (w odległości ok 30 km od Ålesund), który znajduje się na wysokości 369 m n.p.m.. Ukoronowaniem obu wypraw był spektakularny widok z wierzchołka góry na fiordy, zaśnieżone sąsiadujące szczyty oraz otwarte morze. Wspinaczka trwała co prawda prawie 1,5 godziny, ale zdecydowanie było warto, bo na szczycie czekała nas nie tylko słodka nagroda w postaci zjawiskowej panoramy, ale także możliwość wpisania się do specjalnego zeszytu z listą śmiałków, którym udało się zdobyć szczyt. Przyjemnie było pozostawić po sobie taki ślad i zapisać się na kartach miejscowej historii. Mam nadzieję, że Was też czeka jeszcze wiele szczytów, które uda Wam się zdobyć. J










poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W dolinie złośliwych trolli

Motywem przewodnim mojej wycieczki do zachodniej Norwegii było słynne Trollstigen, gdzie wg lokalnych legend grasują mityczne trolle. Brzmi magicznie, prawda? Podążanie tropem skandynawskich wierzeń ludowych nie jest jednak jedynym powodem ogromnej popularności tego miejsca. W równym stopniu czynnikiem pobudzającym wyobraźnię jest zapierający dech w piersiach szlak turystyczny na skalistych zboczach z 11 – ma karkołomnymi zakrętami. Zakręty nie bez powodu są nazywane agrafkami… Trasa jest spełnieniem marzeń każdego miłośnika mocnych wrażeń, spragnionego dramatycznych widoków podsyconych adrenaliną i przyspieszonym biciem serca. Bez dwóch zdań Trollstigen jest prawdziwą wisienką na norweskim torcie, ale ten ekscytujący deser poprzedziła w moim przypadku wizualna uczta z malowniczych pejzaży dzikiej natury, jakie mijaliśmy po drodze. Siłą rzeczy apetyt rósł w miarę jedzenia. J




MOTYWY PRZEWODNIE NA DRODZE DO TROLLSTIGEN: KAMPERY, OWCE I POLA TRUSKAWKOWE

Dystans z  Ålesund do Trollstigen to ponad 130 km. Droga rozpościera się wśród malowniczych okoliczności przyrody i skalistych dolin, które determinują wciśnięte w ląd fiordy. Taki krajobraz to oczywiście stały element i przewidywalny punkt programu każdej eskapady po Norwegii, ale tym razem został wzbogacony o pewne powtarzające się czynniki na drodze: wycieczkowe kampery, stada owiec oraz plantacje truskawek.






Obecność kamperów była usprawiedliwiona sezonem wakacyjnym, który akurat rozpoczął się podczas mojego pobytu w okolicach Ålesund. Norwegowie to tradycjonaliści i chociaż swój wolny czas lubią spędzać w tropikalnych krajach, gdzie mogą poczuć słoneczną aurę, której w krainie fiordów jest jak na lekarstwo, to pielęgnują również pokoleniowe przywiązanie to hytte, czyli domków letniskowych na prowincji. Właściwie w każdy weekend można spotkać na drodze całe rodziny, które uciekają z miasta do swoich małych oaz spokoju. Norwegowie preferują rodzinny aktywny wypoczynek na łonie natury i kochają swoje hytty. Budują je w lasach lub w górach, ale największe wrażenie bez wątpienia robią te zlokalizowane w ekstremalnie trudno dostępnych miejscach, np. na szczycie skały.



Podobnie jak hytty z Norwegią kojarzą mi się też… owce! Latem można je spotkać wszędzie, bo cieszą się dość dużą wolnością i bywają bezkarne. Pasąc się, nie ograniczają się tylko do rozległych pastwisk, ale można je spotkać także na poboczu. O zbliżającym się stadku świadczy radosny dźwięk dzwoneczków, które owce mają przywiązane do szyi.


Wakacje nieodłącznie kojarzą się z sezonem na truskawki. Amatorzy tych owoców poczują się w Norwegii jak w raju, bo po pierwsze – pola truskawkowe to nieodłączny element krajobrazu na prowincji, a po drugie – jakość truskawek zadowoli nawet najbardziej wymagające podniebienie. Są duże, soczyste i słodkie. Nie sposób się nie skusić, zwłaszcza że okoliczni rolnicy sprzedają owoce przejezdnym, lokując się na mniej lub bardziej prowizorycznych stoiskach przy drogach. Początek lata to czas, kiedy handel truskawkami w Norwegii kwitnie.

KARKOŁOMNA DRABINA TROLLI I POTĘŻNY STIGFOSSEN
W końcu dotarliśmy do Trollstigen! To jedna z najsłynniejszych wizytówek Norwegii, gdzie po prostu wypada być, aby zachwycić się kolejną odsłoną jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Tym razem mamy szansę poznać Norwegię z kaskaderskiej perspektywy, bo pod niewinną nazwą Trollstigen, czyli Drabina Trolli kryje się szlak turystyczny z prawdopodobnie jedną z najbardziej znanych i spektakularnych tras na świecie. Pokonanie jej autem jest nie lada wyczynem, bo ostre zakręty na wąskiej drodze po stromych zboczach gór i nad przepaścią, tworzą wijące się serpentyny, które stanowią niezły test umiejętności za kółkiem i wymagają zachowania stalowych nerwów. Trasa jest dostępna dla zwiedzających tylko latem, bo zimą jest zbyt niebezpieczna. Liczne multikulturalne grupy turystów, jakie spotkaliśmy w Trollstigen, świadczyły o ogromnej popularności tego miejsca wśród podróżników złaknionych wrażeń. Wspinając  się na punkt widokowy na szczycie góry minęliśmy nawet grupę motocyklistów ze Stanów Zjednoczonych. Nie udało nam się niestety spotkać żadnego trolla, ale za to została w pełni zaspokojona moja miłość do wodospadów! Pomógł potężny Stigfossen. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jeden z sezonowych wodospadów, jakie powstają w wyniku topienia się lodowców w lecie. W każdym razie robi spektakularne wrażenie, a zdjęcie na jego tle jest cenną pamiątką.







niedziela, 10 sierpnia 2014

Norweska mekka spokoju w cieniu coup de grâce, czyli wpis o tym, że pomimo okoliczności i sprzecznych bodźców warto mieć twarz zwróconą w stronę Słońca. :)

Królewski szlak





Każdy, kto czytał mój ostatni wpis może odnieść wrażenie, że ze względu na dość uciążliwe myśli o potrzebie zakończenia kolejnej znajomości, mogłam nie traktować swojej norweskiej wyprawy jako typowej, beztroskiej i niezobowiązującej turystycznej eskapady, w której głowa powinna raczej pozostawać cały czas w chmurach niż pozwolić się zawładnąć gęstej materii ciężkich myśli. Nic z tych rzeczy. J Mimo wszystko „show must go on” i jeśli wciąż jesteśmy na swojej orbicie, to nie warto płakać nad rozlanym mlekiem. U M. był też czas na zwrócenie się w stronę przyjemności, mimo że w cieniu rozstania. Bez względu na okoliczności nie mogłam zresztą nie dać się uwieść nieziemskiej atmosferze północnej Europy, bo chociaż w dalszym ciągu czuję, że Norwegia to nie jest miejsce stworzone dla mnie, to mimo wszystko trudno jest przejść obojętnie obok niezaprzeczalnego czaru Ålesund i jego malowniczych okolic. Bez względu na nasze życiowe rozstania i powroty czy też jakiekolwiek pęknięcia w mikrokosmosie, jaki każdy z nas misternie buduje każdego dnia, życie płynie przecież dalej, więc nie warto nadawać żadnej scenie charakteru dramatu. Zamiast tego lepiej jest cieszyć się kolejnym wchodem Słońca i nie przestawać wierzyć (ani w siebie, ani w innych). Dzięki temu podejściu dość szybko okazało się, że zachodnia Norwegia była w stanie zrewolucjonizować mój chłodno – obojętny stosunek do tego nordyckiego kraju, jaki wyrobiłam sobie mieszkając na wschodnim wybrzeżu. Ołowiane, smętne, niepokojąco ociężałe chmury jakie zapamiętałam i jakie zawsze przywodziły mi na myśl porównania z grzybem atomowym (!), zostały zastąpione przez lekkie baranki na tle błękitnego nieba, które odegnały niejasne poczucie zagrożenia, które pojawiało się i przytłaczało mnie za każdym razem, kiedy wychodziłam na zewnątrz mieszkając w Haugesund. Przesiąknęłam tą deszczową aurą i w którymś momencie to, co działo się na niebie przerażająco dobrze odzwierciedlało moje samopoczucie. Tęskniłam jednak za norweskim obezwładniającym spokojem, bezpieczeństwem i harmonią, tak odległą od wrzącego tygla, jakim jest Europa. Norweska aura jest unikalna, a kraj ma w sobie wiele niezaprzeczalnego, bezkompromisowego i naturalnego piękna, które w nim ubóstwiam. Jest też wprost stworzony dla tych, którzy szukają wewnętrznego spokoju. Szczególnie jeden obraz utkwił mi w głowie (spróbujcie teraz uruchomić wyobraźnię J): wysokie i majestatyczne szczyty gór wzbijające się w błękitne bezchmurne niebo, kontrastującą zieleń u podnóża wraz z szeregiem małych, kolorowych drewnianych domków (przywodzących na myśl miniaturki z dziecięcego obrazka), które odbijały się w tafli spokojnego fiordu jak w lustrzanym odbiciu. Niezapomniany widok, chociaż podczas mojego pobytu u M. widziałam jeszcze jedną panoramę, która bezceremonialnie potwierdziła, że człowiek może i jest dumnie określany koroną stworzenia, ale nie jest w stanie zmierzyć się z potęgą natury, która milcząco potwierdza status quo o swojej potędze. Tym mistycznym miejscem okazała się bardzo wąska dolina Norangsdalen i historyczna trasa nazywana „Królewskim szlakiem”. To imponujące, wykonane z dużym rozmachem dzieło Matki Natury, które onieśmiela rozmiarami i wszechpanowaniem przyrody – rozpościera się po obu stronach stromej drogi wśród surowej scenerii górskiej i wysokich ścian skalnych, gdzie z każdym kilometrem jazdy cywilizacja staje się coraz bardziej nieśmiała, cichsza i mniejsza aż w końcu bezapelacyjnie ulega majestatycznym górom, których ogrom porażał mnie do tego stopnia, że czułam się jak Alicja, która po wypiciu zawartości tajemniczej fiolki zmniejsza się do mikroskopijnych rozmiarów. To była fascynacja połączona z pokorą. Im dalej jechaliśmy, tym widzieliśmy mniej oznak obecności człowieka na tych ziemiach i tylko wijąca się w bezkres droga udowadniała, że wcale nie jesteśmy odkrywcami tych ziem niczym Kolumb. Czasami spotykaliśmy też stare, opuszczone domki farmerów, które tak naprawdę trudno było wyłowić na horyzoncie, ponieważ były prawie całkowicie zakopane w ziemi, a dachy przykrywała pierzyna gęstej zielonej trawy (norweska budowlana specjalność J). Cywilizacja wycofała się z tych terenów, ponieważ ukształtowanie terenu sprzyja tylko samobójcom i desperatom (na tym obszarze często dochodzi do osuwania się skał oraz ziemi). Z historycznych ciekawostek mogę jeszcze dodać, że dolina Norangsdalen była kiedyś uważana za jedną z najniebezpieczniejszych do pokonania i aż trudno uwierzyć, że dawniej przejeżdżali nią królowie! Był to zdeterminowane tym, że miejsce to stanowiło ważny most łączący wschodnią a zachodnią Norwegię. „Królewski szlak” został nazwany właśnie na cześć podróży ślubnej pary królewskiej przez te tereny.







W końcu nasza determinacja, aby wciąż jechać dalej mimo surowego krajobrazu dookoła – została nagrodzona, a naszym oczom ukazała się urocza, niewielka miejscowość Øye. Co prawda wokół nie było widać żywego ducha, ale łodzie unoszące się na wodzie na tle wodospadu spływającego z gór, świadczyły o tym, że ktoś jednak odwiedza te tereny i może się nimi cieszyć oraz doceniać ich piękno. W drodze powrotnej natknęliśmy się na zabytkowy kamienny most. Było tuż przed północą, chociaż jasna aura mówiła zupełnie co innego – słynne norweskie białe noce: przekleństwo dla osób cierpiących na bezsenność czy przyzwyczajonych do klasycznego rytmu dnia i nocy, ale jednocześnie błogosławieństwo dla każdego, kto ma tendencję do łapania i przedłużania każdego momentu w myśl faustowskiego: „Chwilo trwaj!”. Wracając do domu goniliśmy zachodzące słońce, które bawiło się z nami w kotka i myszkę – co rusz wyłaniało się i chowało za szczytami gór. 





c.d.n...

wtorek, 22 lipca 2014

"Ideał sięgnął bruku"

Zamknęłam za sobą ostatnie drzwi, jakie łączyły mnie ze starym światem. Lecąc do M. nie byłam pewna jaką formę przybierze nasza znajomość i czy w ogóle są jeszcze szanse na jakąkolwiek jej kontynuację, ale biorąc pod uwagę naszą wspólną przeszłość nie wykluczałam, że nie będę umiała tak po prostu wszystkiego skreślić, mimo wielu wątpliwości. Sprawy przybrały jednak dość nieoczekiwany obrót, przez co zdałam sobie sprawę, że ta relacja za bardzo odsuwa mnie od spraw naprawdę dla mnie ważnych, a z M. nie nadajemy na tych samych falach. Na obecnym etapie swojego życia jestem bardzo radykalna i nie boję się odejść od wszystkiego, co mi w jakiś sposób nie służy. Skończył się już czas kompromisów w tej kwestii. Zresztą bądźmy szczerzy – ta znajomość i tak ze względu na odległość była w dużej mierze wirtualna, a na takich mi nie zależy. Nie czuję się dzieckiem Facebooka. Poza tym ufam też intuicji jak nigdy przedtem. Można to nazwać pogańską przesądnością albo wiarą w Boskie znaki, ale zdarzenia na tydzień przed wylotem oraz w trakcie długiej podróży na lotnisko kazały mi uważać i zajrzeć w głąb siebie. Czułam narastający dyskomfort i niepokój. Może po prostu przeczuwałam, że podczas mojego pobytu w Norwegii przez większość czasu będę się zastanawiać, gdzie podział się ten dobry i wrażliwy M., artysta tatuażu, który zachwycał się każdym  wschodem Słońca…? Nie uwierzę w to, że istniał tylko w mojej wyobraźni. Było mi ciężko patrzeć na nowe oblicze człowieka, dla którego tak wiele byłam w stanie kiedyś poświęcić,  teraz pełne niejasnych intencji, które z reguły wyczuwam na kilometr i poplątanego systemu wartości, w który trudno uwierzyć. Chciałam uciekać, kiedy M. próbował wprowadzać fałszywą nutę do mojej melodii, bo od jakiegoś czasu konsekwentnie odgradzam się od wszystkiego, co próbuje mącić w moim życiu. Szybko więc uświadomiłam sobie, że tak naprawdę jest mi niewiarygodnie łatwo odpuścić tę znajomość bez śladu żalu czy nostalgii, ale jednocześnie bez gniewu czy urazy. Czuję, że jest to jedyne rozwiązanie, najlepsze dla nas obojga, bo pozwala nam zaoszczędzić mnóstwo czasu, jaki inaczej zmarnowalibyśmy na uświadamianie sobie, że ta relacja nie daje spełnienia i jest tylko formą rezerwowego wyjścia. Mamy zbyt różne wizje świata. Jednym z celów mojej podróży było w końcu bliższe poznanie M., pod bardziej krytycznym kątem niż do tej pory. Nikt z nas nie jest pozbawiony wad, a ja staram się dostrzegać tylko „jasną stronę mocy” w człowieku, ale na pewne sprawy nie da się spuścić zasłony milczenia. Niestety przekonałam się, że M. ubóstwia białe kłamstwa, co go całkowicie pogrążyło. To dlatego przestałam mu ufać, a co gorsze – przestałam go szanować. Paradoksalnie, gdybym spotkała go teraz pierwszy raz, znajomość ta miałaby większy potencjał i szanse na rozwój niż obecnie – mimo że nasza relacja, oparta o wspólnie przeżytą historię, pełną niezapomnianych chwil, teoretycznie powinna być bardziej nostalgiczna, a my bardziej zaangażowani w jej kontynuację. Wszystkiemu winne jest moje dziecięce zaufanie, jakie żywiłam do M. i jakie straciłam. Rzeczywistość brutalnie sprowadziła mnie na ziemię i nie umiem już przejść obok tego wszystkiego tak zupełnie obojętnie. M. goniąc za tęczą myśli tylko o sobie. Za każdym razem, kiedy mieliśmy się spotkać w Polsce, miałam podobny sen, którego archetyp odpowiadał znaczeniu: fałszywy przyjaciel. Wtedy wolałam o tym nie myśleć i zignorować wszystkie symptomy. Dzisiaj myślę, że było w tym trochę prawdy i chociaż Norwegia miała być jakąś formą moich małych wakacji, to zwiedzając ją poczułam raczej, że koniecznie potrzebuję resetu.


M. uwielbia wędkować w norweskich fiordach. „ – Życzę Ci, żebyś złapał złotą rybkę” – to było najlepsze pożegnanie, na jakie było mnie stać. Ostatnie słowa jakie skierowałam w jego kierunku. Kontynuacja tej znajomości w moich oczach nie ma już racji bytu. Nie chcę, żeby przeszłość ciągnęła się za nami jak kula u nogi, która nie pozwala zapomnieć. Postanowiłam zatem radykalnie oczyścić atmosferę i zerwać wszystkie łączące nas więzy, bo czuję, że tak właśnie trzeba zrobić w tym przypadku. Nie czuję straty. Czuję ulgę. W końcu jestem wolna. Oderwałam się od wszystkiego, co nie będzie mi służyć na dłuższą metę, choć teraz wydaje się być wygodne z racji pozostawienia otwartych drzwi, przez które może kiedyś zdecydowałabym się przejść. Zaufałam intuicji i nie mam wątpliwości, że wybór jest słuszny. Wolę sama tworzyć swoje perspektywy. Wiem też, że jestem w stanie przyjąć absolutnie wszystko, jak woda. A kiedy brudu jest za dużo, potrzebuję więcej czasu, żeby się oczyścić, uspokoić i wrócić na swoją falę. Przez wszystko da się przejść, o ile pozostanie się sobą. Rola M. w moim życiu już się wypełniła. Dziękuję za wszystkie piękne chwile, jakie udało nam się razem przeżyć, wybaczam, odpuszczam, głęboko nabieram powietrze w płuca i ruszam z nadzieją dalej.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Urokliwe gdańskie zakątki

PARK ORUŃSKI






Podczas ostatniej wizyty w Gdańsku zdałam sobie sprawę, że zaczęłam traktować to miasto po macoszemu. Zupełnie jakbym powoli zapominała, że kiedykolwiek w nim mieszkałam. Nie czuję się jak typowa turystka, kiedy zachwycona jakimś obiektem uwieczniam je na zdjęciu. Nie czuję się też jak eks – tubylec, kiedy z zamkniętymi oczami potrafię przejść z punktu A do punktu B. Podchodzę do Gdańska z dużym dystansem, choć z tym miastem wiąże się bardzo dużo dobrych wspomnień, a wiele momentów było naprawdę magicznych i niezapomnianych. Chcę pamiętać tylko takie. Pomimo że wyznaję teorię mówiącą o tym, że danego miejsca nie można poznać, poruszając się wyłącznie po utartych turystycznie szlakach, to jednak muszę przyznać, że gdańska Starówka chyba najmocniej utkwiła mi w pamięci. Jest zjawiskowa. Dzisiaj jednak chciałabym Was zaprosić do innego miejsca, które jako pierwsze mnie oczarowało i powaliło na kolana swoim klimatem. Jest nim bajkowy park Oruński nad kanałem Raduni, położony wśród wzgórz morenowych. Park jest ogromny i obejmuje aż 11 ha, a jego długa i burzliwa historia sięga 400 lat. Dla mnie jest to prawdziwy Zaczarowany Ogród, który jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych miejsc w Gdańsku. Cały czas pamiętam nocne maratony, jakie sobie w nim urządzałam. Te chwile były dla mnie bezcenne, bo czasami po utknięciu w kolejnej pokręconej sytuacji życiowej, jedyne czego potrzebowałam na dobry sen, to było fizyczne zmęczenie z jednoczesnym błogim wyciszeniem umysłu, które dokonywało się w otoczeniu upajającej przyrody i jej rytmicznych odgłosów. To było najlepsze lekarstwo na wszystkie komplikacje w życiu osobistym, jakie wtedy były dla mnie normą. Kochałam park Oruński. W gąszczu krzewów i plątaninie liści zostawiłam mnóstwo swoich myśli. Kiedy wracałam do domu, każda przeszkoda wydawała się łatwiejsza do przejścia, a ja nabierałam optymizmu i nowej energii do działania. Terapeutyczna moc dzikiej natury plus intensywny i długotrwały wysiłek fizyczny to potężny zastrzyk endorfin, który działa cuda.







niedziela, 22 czerwca 2014

Danse macabre

Niedawno zmarła bliska mi osoba i znowu poczułam jak smakuje strata. Nabrałam pewności, że jesteśmy utkani z uczuć, a nie z materii, bo żelazna obręcz na sercu przez kilka dni nie pozwalała swobodnie oddychać, a chaos myśli w głowie kłębił się jak stado wron. Później kolejny raz mogłam zdziwić się dziwną zmysłowością ciała w trumnie, które było zimne, ale delikatne, a wyraz twarzy słodki i przepełniony spokojem. Ciało niby rzeczywiste i namacalne, ale dziwnie nieobecne i niepasujące do oddychającego, rozemocjonowanego świata. Zawieszone w próżni jak klepsydra, w której już przesypał się piasek. Już nie mam wątpliwości, że ciało to tylko kostium. Bardziej niż ono wzruszały mnie szczegóły i ulotne wspomnienia. Takie jak kapelusz położony obok. Mój dziadek bardzo lubił go nosić. Był w nim elegancki w staromodny i subtelny sposób. Sposób, jaki cechuje ludzi silnych i doświadczonych przez czasy wojny. Zastanawiałam się, kiedy dziadek nosił go po raz ostatni. Już nawet nie pamiętam… I nie pamiętam też dźwięku jego głosu. Przez ten ciąg myśli po raz pierwszy poczułam bezwzględność straty, ból i niemoc, jakie jej towarzyszą.

Kolejne zaskoczenie – kościół podczas mszy pogrzebowej tonął w bieli. Po niedzielnej uroczystości Pierwszej Komunii Świętej zostały w nim bukiety kwiatów. Biel to symbol niewinności, wierności i czystości. Wierzę, że był to dowód na to, że ofiara mojego dziadka, jaką złożył z samego siebie przez wieloletnie cierpienie i okrutne piętno choroby nowotworowej – oczyściła go i zaprowadziła w miejsce, gdzie teraz jest już szczęśliwy i spokojny. Nie mam wątpliwości, że na to zasłużył, bo pod zewnętrzną powłoką braku uległości, kryło się w nim gorące, kochające i pokorne serce. Dopiero w kościele dotarło do mnie, że nigdy nie skarżył się na swoją chorobę, chociaż tak wiele mu zabrała. Zabrała mu głos. Dzięki dziadkowi przekonałam się jak wiele jest w stanie znieść człowiek. Jak dużo udźwignąć i jak wielki ciężar wziąć na swoje barki. Nawet pomimo fizycznego bólu i cierpienia, nie chce umrzeć i odejść z miejsca, które kocha. Nie poddaje się i walczy. Utwierdziłam się w pewności, że istotą naszego życia jest doświadczenie jak żyć, jak cierpieć i jak umierać. 

***


Kiedy stykamy się ze śmiercią, mamy ochotę mocniej celebrować życie. Do codziennych myśli wkrada się jakaś nostalgia z nieodłącznym pytaniem bez odpowiedzi: co jest po drugiej stronie? Mimo wszechobecnej brutalności, agresji i cierpienia, nie przestaję wierzyć, że jest to najlepszy świat z możliwych, a wszystko, co kocham i tracę, kiedyś do mnie wróci. W przeciwnym razie to życie byłoby zupełnie pozbawione sensu. Na szczęście jest w nim za dużo manifestacji duchowości, żeby kiedykolwiek zacząć wątpić.