Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym,
pokochałam to, co proste.
Przekonałam się, że paradoksalnie to właśnie takie
życie daje najwięcej satysfakcji i poczucie pełni. Tym samym jednocześnie
zmieniło się moje podejście do ludzi. Wiedza akademicka nie jest już w stanie wywołać
mojego podziwu. Arogancja osób wykształconych, którzy uważają się za lepszych
od innych, razi mnie teraz w oczy i wywołuje sprzeciw. Wolę prostą ludową
mądrość niż wyćwiczoną inteligencję. Ta pierwsza zachwyca mnie i fascynuje, bo jest
w niej o wiele więcej ciepła, o wiele więcej uroku, o wiele więcej radości i o wiele więcej prawdy.
Umysł ocenia rzeczywistość ze strachu, serce otwiera się na
nią z miłości.
niedziela, 6 grudnia 2015
czwartek, 26 listopada 2015
Kolejna przeprowadzka wiąże się z tym, że
kolejny raz usiłuję zreorganizować swoje życie. Nie jest łatwo, bo jestem w
Poznaniu już ponad miesiąc, ale nie udało mi się jeszcze wygospodarować
wystarczającej ilości czasu dla siebie. Ciągle gdzieś gonię i mam wrażenie, że
drogi, którymi się poruszam wykolejają mnie i odciągają od zaplanowanego celu.
Pochłonęła mnie materialna strona życia, która wiąże się z zapewnieniem sobie
warunków bytowych. Nie mam czasu biegać i nie mam czasu pomyśleć. Czasami w
chwilach słabości zastanawiam się, co ja tu właściwie robię? I oczywiście nie
znajduję satysfakcjonującej odpowiedzi, która mogłaby mnie uspokoić. Jestem tu
po to, żeby doświadczać i wyciągać lekcje – tylko tyle wiem. A gdzie mnie to
zaprowadzi? Jak zwykle nie mam pojęcia, ale to jest OK, bo życie nauczyło mnie
nie przywiązywać się zbytnio do swoich planów i oczekiwań. Może kiedyś
zrozumiem, po co to wszystko i przestanę notorycznie popełniać te same błędy. Może
kiedyś dostanę to, czego chcę albo zrozumiem, że jeśli czegoś nie mam, to jest
to fart i dar od losu, tyle że teraz tego nie dostrzegam. Życie to naprawdę
pudełko czekoladek i najlepiej jest celebrować każde wrażenie smakowe, jakie
daje, nie tylko te ulubione, czyż nie? Póki co moje współistnienie z miastem
nie jest tak do końca złe, choć nigdy nie będzie to relacja idealna i harmonijna.
Na pewno życie ma teraz swoją cenę, którą trzeba zapłacić i chociaż miło jest
smakować czy doświadczać miejskiej, czyli wygodnej rzeczywistości, to jednak
niewiele się zmieniło – najlepiej, bo najpełniej odpoczywam na łonie natury,
odseparowana od hałasów ulicy i bliskiej obecności innych homo sapiens. To daje
mi wytchnienie i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – drzewa są moimi najlepszymi
przyjaciółmi, bo to z nimi najlepiej się rozumiem, czując energetyczną
bliskość, która daje ukojenie i podczas kryzysu ogarniających mnie wątpliwości przypomina
mi, że świat jednak jest piękny, a w życiu chodzi o coś więcej niż pieniądze i
kariera. Nie po to istniejemy. Na tym polega moja osobista magia codzienności –
świat może być wartościowy mimo bieżących problemów, o ile to my sami nadamy mu
wartość, piękno i znaczenie poprzez odpowiednie ukierunkowanie swoich myśli.
Każdy może użyć czarodziejskiej różdżki swojego umysłu po to, aby zmieniać
swoją codzienność. Dla mnie najlepsze i najbardziej stabilne jest to, co zawsze
było i to, czego częścią się czuję, czyli to, co pierwotne: ziemia, która
pozwala mi się zakorzenić, drzewa, które są dla mnie wzorem siły i wytrwałości,
szum wiatru przynoszący zmiany, zwierzęta, które pokazują, że jednym z celów
życia jest nieskrępowana naturalność oraz ptaki, które rozbudzają we mnie
tęsknotę za podążaniem za marzeniami i wolnością. To mi w jakiś sposób
przypomina, że dom jest wszędzie tam, gdzie jestem, bo nie jest to wcale konkretne
miejsce na ziemi, tylko suma odczuć i
wrażeń, jakie w sobie wyzwalam. Najwyraźniej okiełznałam swój racjonalny umysł
i zdetronizowałam go jako nieomylnego Salomona, a dopuściłam do głosu swoje
wewnętrzne dziecko, dzięki czemu teraz jest mi łatwiej i swobodniej żyć. Wiem,
że umarłabym mentalnie gdybym wierzyła tylko w to, co widzę i słyszę, bez
marginesu bezpieczeństwa w postaci zaufania do pozamaterialnej wielowymiarowej
rzeczywistości. W końcu miasto jako sztuczny twór pełen zakazów i nakazów uczy
mnie niewielu wartościowych rzeczy, ale jestem tu, a więc muszę nauczyć się
sztuki przetrwania w tym swoistym więzieniu, co nieodłącznie wiąże się z
koniecznością podporządkowania ustalonym normom i regułom życia społecznego.
Muszę być konformistką, choć czasem cierpi na tym moje poczucie wewnętrznej
jedności. A może po prostu uczę się zasad, aby wiedzieć jak łamać je we
właściwy sposób oraz prawdziwej wolności, która wypływa z wewnątrz? Natura ukierunkowuje
mnie i pozwala odpocząć w tym złożonym procesie, a także pokazuje mi siłę prawdy
i uczy życia w harmonii z samą sobą, co przekłada się na moje relacje z innymi.
Uwielbiam obcować z tą niezakłamaną siłą i towarzyszącymi jej duchami. Dzięki
niej widzę życie wszędzie i wszystko ma dla mnie głęboko medytacyjny wymiar, bo
cała ziemia odczuwa rzeczywistość na swój unikalny sposób. Co więcej, każda
rzecz ma swoje drugie oblicze, a patrzeć można też pozazmysłowo, a iluzja
rzeczywistości polega na tym, że nie dostrzegamy innego świata poza miejskimi
murami. Tymczasem wystarczy zmienić perspektywę, aby odkryć, że niewiele
potrzeba do szczęścia i to my sami jesteśmy za nie odpowiedzialni, bo szczęście
to nie jest materia, choć z drugiej strony szczęściem może być wszystko, co nas
otacza, bo jest to odczucie mentalne, które nosi się w sobie, opromieniając i
upiększając nim swoją rzeczywistość.
czwartek, 19 listopada 2015
Nowa Era
Wszystko zaczęło się od racjonalnego postanowienia
rocznej przeprowadzki, która spłynęła na mnie jak orzeźwiające natchnienie mimo
pewnej dozy wewnętrznego oporu. Nie wiedząc na co się porywam, uznałam
niepewność za swój atut, bo mimo wszystko w obliczu zmian wolę karmić się
zaufaniem, nastrojem oczekiwania na prezent od losu i radosnym entuzjazmem niż
zatruwać lękiem i obawami o niepewną przyszłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam,
że moje plany związane z Poznaniem legną w gruzach, bo nic nie wyjdzie z kursu,
jaki obrałam za główny cel przeprowadzki właśnie pod ten adres. A mogłam jednak
wybrać góry, o czym w pewnym momencie zaczęłam nieśmiało marzyć… Pragmatyzm
wygrał, a ja poniekąd przegrałam, choć trzeba przyznać, że mój pierwszy kontakt
z miastem pozostawił niezatarte wrażenie, bo pierwszą noc w Poznaniu spędziłam
w parku. Było… no cóż – owocnie i intensywnie w doznania. Na szczęście choć byłam
pierwszy raz w obcym mieście, w dodatku na drugim końcu Polski, to wszystko
traktowałam jak przygodę, która weryfikuje mój hart ducha i odwagę, a
wyposażona na drogę dodatkowo we wrodzoną naiwność - bardziej spodziewałam się
zobaczyć wśród drzew wróżkę czy jednorożca niż zbira, który będzie chciał mi
poderżnąć gardło. W sumie dobrze, że miałam takie podejście, bo: a) kiedy
okazało się, że miałam zbyt optymistyczne założenia odnośnie bezproblemowego
znalezienia noclegu, zamiast przerazić się na śmierć alternatywą nocy w parku,
poczułam spokój, że już przynajmniej nie muszę szukać innego miejsca, ani
błąkać się po mieście, które po zmierzchu przypomina widmo; b) przecież
jakością myśli przyciągamy do siebie określone zdarzenia, a ja byłam
niewzruszenie pewna, że nic złego mi się nie stanie. Co więcej, to właśnie wyludnione
ulice przerażały mnie bardziej niż opuszczony park, choć nie przypuszczałam, że
zostanę skonfrontowana akurat z tą szczególną prawdą o sobie, skoro miałam wówczas
wyjechać z domu tylko na 2 dni i w dodatku tylko i wyłącznie po to, aby
uczestniczyć w rozmowie kwalifikacyjnej, na którą zostałam zaproszona. Na pewno
ten „survival” á la codzienność bezdomnego utwierdził mnie w przekonaniu, że już
na zawsze częścią mnie zostanie niereformowalna dzikość, bo miasto za bardzo
mnie męczy, a skutecznym remedium na to znużenie jest dla mnie kontakt z
naturą, który jest szansą na to, aby dostroić się do świata na metafizycznym
poziomie, niezafałszowanym przez pryzmat tzw. cywilizacji. Zresztą wszystko
dzieje się przecież po coś i tak też było w moim przypadku, bo okazuje się, że
najbardziej zaskakujące i niesamowite zdarzenia w życiu są tak naprawdę
najlepszym świadectwem na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i bez wyższej
ingerencji. Tak też i ja nie znalazłam się w tym parku przypadkowo. Byłam we
właściwym miejscu i o właściwym czasie, żeby poznać człowieka, który rozpocznie
nowy etap w moim życiu i będzie chciał je totalnie zrewolucjonizować… Wyreżyserowane
przypadki jednak istnieją i nie jest to stylistyczny oksymoron, a raczej niespodziewane,
cudowne etapy wyznaczające nowe rozdziały na naszej osobistej linii czasu,
które bywają niezobowiązującą przyjemnością, pouczającą metamorfozą, a nieraz
są okupowane bólem i stratą związaną ze stanem wewnętrznej śmierci. Wszystko
jest zaplanowane, a każdy człowiek, którego spotykamy coś ze sobą wnosi,
czasami coś inicjuje, a czasami coś kończy. Jak będzie w moim przypadku? Czas
pokaże, ale choć pozytywne myślenie staje się moim nawykiem, to przeczucie mówi,
że ciągnie się za mną trudna karma, jeśli chodzi o moje związki z innymi ludźmi,
bo sarkastycznie muszę przyznać, że najwyraźniej lubię uczyć się na błędach, a
więc ci, którzy wywracali moje życie do góry nogami, to byli jednocześnie moi najwięksi
nauczyciele – lustra, w których odbijało się wszystko to, co mnie złości,
irytuje i czego sama w sobie nie lubię. Wniosek? Jedyne, co mogę teraz zrobić,
to zgodzić się na wszystkie warunki, nie krzywdzić innych, szanować siebie,
mieć jasne intencje i wierzyć, że może w końcu nauczę się pokory, akceptacji,
cierpliwości i bezwarunkowej miłości do świata, która jest dla mnie ideałem
uczucia, jakim można rozświetlać tę planetę.
sobota, 11 lipca 2015
Bez komentarza
Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł mój
promotor pracy magisterskiej i chociaż studia to dla mnie zamierzchły czas, do
którego nigdy nie wracam, to jednak tak nieoczekiwane wywołanie duchów
przeszłości dość mocno mną wstrząsnęło, mimo że głęboko wierzę w pokrzepiającą
w odczuciu wielu reinkarnację. Nie wiem czemu, ale najwyraźniej wydawało mi
się, że profesor B. jest niezniszczalny… Takie przynajmniej zawsze sprawiał
wrażenie, tylko czy istnieje jakieś trwałe „zawsze”…? A może po prostu im
więcej piasku przesypuje się w mojej prywatnej klepsydrze, tym bardziej
zwiększa się świadomość na temat Jeźdźców Apokalipsy, którzy zaczynają nabierać
coraz bardziej namacalnych kształtów? I nie chodzi wcale o to, że kształt
kostuchy jest jakby coraz bliżej mnie, co wywołuje przerażenie, ale o rodzaj
odwagi, na jaką zdobywam się, kiedy przyznaję sama przed sobą, że ten poniekąd mroczny
kształt naprawdę istnieje! Życie jest krótkie i życie jest ulotne, dlatego tym
bardziej powinniśmy czuć się odpowiedzialni za jego jakość. Śmierć profesora
była dla mnie jednym z momentów przełomowych w tym dość trudnym dla mnie
czasie, kiedy wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że znowu nadszedł
czas na kolejne zmiany i podjęcie – w moim odczuciu skrajnej, bo zerojedynkowej
– decyzji w sprawie przyszłości, którą to decyzję wymusza na mnie życie i
chociaż niedawno intuicyjnie odrzuciłam kuszącą ofertę, to jednak wciąż miałam wątpliwości czy zrobiłam dobrze nie podpisując
cyrografu, zwłaszcza że w pracy zaczęły się dla mnie ciężkie dni odpokutowywania
swojego wyboru w oparach krytyki, niezrozumienia i zdziwienia ze strony
środowiska. Wiadomość o profesorze była obok mojego niereformowalnego idealizmu
jednym z impulsów, dzięki którym znowu uwierzyłam we własną ścieżkę i
przypomniałam sobie, że warto ryzykować i żyć w zgodzie z samym sobą, na
przekór dążeniom i oczekiwaniom innych ludzi. Wiem, że wiele stracę, ale choć
cena jest wysoka, to wiele też zyskam i jedno jest pewne – nie chcę
podporządkowywać się realiom świata wyznaczonym przez kult monety, ani pozwolić
zakuć się w niewolnicze kajdany narzucone przez szeroko pojęty System, który
zabija relację wywyższając transakcję. Nie chcę wchodzić do takiej świątyni. Cały
czas uczę się za to jak odróżniać pożądanie od konieczności i przekonuję się,
że wcale nie potrzebuję wiele, więc odkładam na bok karierę, ambicję, przesadny
intelektualizm oraz wykalkulowany materializm. To nie na tę drabinę chcę się
wspinać. Szkoda mi na to życia. Mówią, że nie ma nic za darmo i nie można mieć
wszystkiego, a ja wolę przegrać świat, ale wygrać duszę niż odwrotnie, dlatego
wierzę, że nawet z pozoru najbardziej chaotyczne, pogmatwane i schizofreniczne
poszukiwanie siebie nigdy nie może być stratą czasu. Ważne, aby nie złożyć się
w ofierze czemuś, w co nie wierzę.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Ablucja
Zmieniam się, transformuję i – choć może
zabrzmi to dziecinnie – chcę stawać się coraz lepszym człowiekiem. To kierunek
ewolucji, w który wierzę i który wybrałam świadomie za cel na resztę swojego
życia, bo chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi – aby zmieniać się na
lepsze i umacniać poprzez różne doświadczenia, w których – chcąc nie chcąc –
bierzemy udział. Wiem, że na tej wąskiej i krętej drodze czeka mnie wiele prób,
błędów i potknięć, kiedy próbuję przekształcić cień, który mam w sobie i mierzę
się z codziennym życiem, a może bardziej z tym, co to życie przynosi.
Przyznaję, że w moim odczuciu często upadam. Polem bitwy jest praca i dom. Daję
się wciągnąć w stany irytacji, wyżyny absurdu, wiry samotności, studnie
malkontenctwa, morza impulsywności, otchłanie lęku, labirynt wyrzutów sumienia,
bagno zazdrości i piekło niezadowolenia, ale wierzę, że wcale nie o to chodzi
jak często i jak nisko upadamy, ale o to, w jaki sposób wstajemy i czego
jesteśmy w stanie nauczyć się (także o sobie) oraz jak wiele zrozumieć doświadczając
upadku. Liczy się szczera intencja „zmartwychwstania”, a wstajemy i odradzamy
się zawsze silniejsi.
Czasami przeżywam też chwile triumfu kiedy czuję,
że cofam się w czasie i powoli wracam do praźródła, zbliżając się do czystego,
niezafałszowanego odczuwania świata bez osądzania, bez intelektualizowania i
bez krytyki, w pełni akceptując swoje życie, siebie samą i innych ludzi, bez
cienia pragnienia ucieczki od rzeczywistości. Odczuwanie życia bezwarunkowo to
jednak cholernie trudna rzecz, bo jeżeli nie osądzam innych, to świetnie
wychodzi mi ta sztuka z samą sobą. Nazywam to samobiczowaniem psychicznym,
kiedy w labiryncie własnego umysłu jestem jednocześnie katem i ofiarą. To
trudne dni zanurzenia się w całkowitej ciemności własnych obsesji. Tak łatwo
przecież porównywać się z innymi i doszukiwać się kolejnych „ale”, bądź też:
„co by było, gdyby”, które nie pozwalają odczuwać pełnej satysfakcji, szczęścia
i spełnienia. Taaak, mam skłonność do zasiewania w sobie wątpliwości wobec
tego, co na jakimś etapie jestem w stanie uznać za swój dogmat… Skoro jednak słońce
najjaśniej świeci po burzy, to ja też mam wrażenie, że wyczekiwany i
wytęskniony czas orzeźwiającej ciszy, harmonii i zgody, nadchodzi dopiero po
okresie brutalnych zawirowań i walki samej z sobą, kiedy nie poznaję samej
siebie oraz kiedy się mentalnie i osobowościowo upadlam przez swoje ogólnie
pojęte nienasycenie. Po jakimś czasie zza tych chmur zwątpienia, bezradności i
złości zaczyna wyglądać słońce zrozumienia, akceptacji i zapowiedź nowej –
lepszej – jakości życia w harmonii z samą sobą i otaczającym mnie światem. No
cóż – życie to hiperbola i doświadczamy go poprzez dualizm tego świata. To
przerażające, ale też piękne, bo często mierzymy się z życiem w heroiczny
sposób i stajemy się piękniejsi jak diament szlifowany siłą trudnych, życiowych
doświadczeń. Człowiek jest w stanie znieść wszystko.
Kto wie – może już pora przewartościować
pojęcia w moim osobistym słowniku i uwierzyć, że każdy „gorszy” okres w życiu
nie jest wcale porażką czy tryumfem zła, które mam w sobie i z którym łączą się
wyrzuty sumienia. Wcale nie musi też być egzaminem czy próbą, z których
rozlicza mnie los. Każdy „gorszy” czas jest przygotowaniem, przepoczwarzeniem,
okresem postu, przejściem przez pustynię, wezwaniem do odpoczynku, chwilą na
leczniczy dystans oraz zaproszeniem do tego, aby zająć się sobą, podziękować
sobie i przyjąć w pokorze kolejną życiową lekcję. Może każde wyzwanie czy
kryzys to nie niemile widziana przeszkoda, ale raczej potrzebny deszcz, który
zmywa stare „ja” i pomaga się oczyścić? Jeśli tak jest, to w tym czasie warto
nauczyć się nieść ciężar życia z godnością, oszczędnie gospodarując
uszczuplonymi rezerwami energii, a czasami pozwolić sobie na zrobienie kilku
kroków w tył, bo samotność, spokój i cisza to bez wątpienia wskazane i
przyjazne nam siły w czasie każdego buntu.
wtorek, 12 maja 2015
O przełamywaniu schematów, nieocenianiu innych i zrozumieniu
Zawsze myślałam, że obiektywizm, tolerancja
i neutralna energia, to cechy, w których jestem mocna. Wydawało mi się, że
jestem taka świetna, bo nie oceniam i nie pakuję innych w ramy stereotypów.
Kiedy inni plotkowali lub też wyrażali swoje wysoce subiektywne opinie, ja
zawsze skrycie mówiłam sobie: „jak dobrze, że ty jesteś inna, jak wspaniale, że
dajesz innym ludziom prawo do tego, żeby po prostu byli sobą, nieważne kim są,
jak bardzo są kontrowersyjni i czy się z nimi zgadzasz, czy nie”. Okazało się
jednak, że życie to zaskakująca lekcja, która potrafi sprowadzić mnie na ziemię
i nauczyć pokory, kiedy odkrywa zakryte dotąd karty i wystawia mi rachunek z
mojego „obiektywizmu”, z którego dotąd byłam
tak dumna. No cóż…, ściągnęłam na siebie doświadczenia, które kazały mi
zweryfikować swoje odwieczne dogmaty…
Na początek tej historii zacznijmy jednak od
niewinnego pytania: z czym kojarzy Wam się praca biurowa?
Mój „myślotok” to:
Ø nuda…;
Ø cierpiętnicza mina
urzędnika przykutego do biurka tak, jakby był Prometeuszem cierpiącym za całą
ludzkość;
Ø sztywny dress code,
w tym mordercze szpilki, okulary na nosie i włosy spięte w kok;
Ø nuuuudaaaaa;
Ø pokój urzędniczy
jako cmentarz dla kreatywności i wyobraźni;
Ø martwy las z
dokumentacji, czyli „papierologia” piętrząca się na biurku niczym Mont Everest;
Ø labirynt niejasnych
przepisów, tor przeszkód z luk prawnych i złośliwy, trollowaty urzędnik
rzucający kłody pod nogi;
Ø pieczątki i listy –
pokryty patyną relikt przeszłości;
Ø klaustrofobiczne i
nijakie pokoje – cele, za którymi kończy się przestrzeń dla radości życia,
swobody i bezpretensjonalności, a zaczyna świat pozorów, układów, konformizmu i
relacji pan – poddany (czytaj: urzędnik – petent);
Ø NUDA!
Taaakkk… Przyznaję, że jeszcze do niedawna
byłam zdeklarowaną anty – fanką polskiej administracji publicznej jako
nadmiernie rozrośniętego tworu – archaicznego olbrzyma na glinianych nogach. W
dodatku byłam święcie przekonana, że praca biurowa to ostatnia rzecz, jaką
chciałabym robić, bo przecież nie mnie pisane jest 8 – godzinne ślęczenie przy
komputerze, formalizm, dress code i chłodne spojrzenie z nutą wyższości, jaka
nie jest obca urzędnikom w stosunku do petentów. Byłam pewna, że umarłabym w
takiej pracy ze swoją typowo wodnikową skłonnością do rebelii i buntu. Traf
chciał, że chwilowo odnalazłam swoje miejsce w jednym z urzędów i przekonałam
się, że po pierwsze oceniałam tę pracę przez wyimaginowany i wysoce
subiektywny, a więc krzywdząco niesprawiedliwy pryzmat, a po drugie – tyle
wiemy o sobie, na ile sprawdziły nas życiowe doświadczenia. Niczego nie można
założyć z góry, a najwięcej uczysz się o sobie, kiedy zostajesz skonfrontowany
ze swoimi przekonaniami, niepopartymi dotąd praktyką i doświadczeniem. W każdej
sytuacji można pozwolić sobie na autentyczność i wnieść prawdziwego siebie, co
zawsze jest odżywcze dla skostniałych struktur, a mądry człowiek to taki, który
potrafi wyciągnąć wnioski z każdego doświadczenia, bo inspirować się można
także rzeczami, które pozornie nigdy nas nie interesowały. Wystarczy tylko
zadać sobie pytanie: „czego mogę się tu nauczyć?”, a potem już tylko odkrywać
ukryte przesłanie dla siebie i rozwinąć w ten sposób swoją kreatywność oraz
wiedzę o sobie samym. „Jeśli się z czymś nie zgadzasz, zmień to, a jeśli nie
możesz tego zmienić – zmień sposób, w jaki o tym myślisz”.
Poza tym ciągle przekonuję się, że
absolutnie nigdy, przenigdy nie wolno oceniać z góry nikogo, ani niczego, bo
nasze osobiste sądy i opinie są złudne i nieprawdziwe jak krzywe zwierciadło w
cyrku. Nigdy nie możesz wiedzieć, co stoi za zachowaniem danego człowieka,
dlaczego jest złośliwy, smutny, zdystansowany i czemu sprawia wrażenie mało
sympatycznego. Nie wiesz, co siedzi mu w głowie, jaka jest jego historia, co
przeżył, co stracił, co kocha, o czym skrycie marzy, czego się wstydzi, czego
się boi, co naprawdę myśli, jaki krzyż ze sobą niesie. Co więcej, zazwyczaj
złość, frustracja, poczucie wyższości czy też emocjonalny chłód, jakim emanuje
jakaś osoba, wcale nie są skierowane personalnie konkretnie do ciebie. Tak ci
się tylko wydaje, a to tylko odbicie wewnętrznego świata tej osoby,
uzewnętrznienie demonów, z jakimi się mierzy w życiu, urzeczywistnienie jego
prywatnego pola bitwy. „We are all in the
same game just different levels, dealing with the same hell just different
devils”. Wniosek: nigdy nie atakuj i nie odpowiadaj atakiem na atak. Rozwiń w
sobie świadomość, która jest zrozumieniem, bo dzięki niej pojawi się spokój,
który nigdy nie będzie zburzony zachowaniem innych. Prawdziwa siła to nie walka
czy odpowiedź na zasadzie: oko za oko, ząb za ząb, ale spokój i nieuleganie
emocjom, kiedy ktoś nas zaatakuje słowem czy czynem. Prawdziwa siła to
transformacja miecza, który został wymierzony w naszą stronę w gołębia pokoju. Ludzie
z reguły lubią tych, którzy okazują im sympatię, ale czy nie jest tak, że w
innych ludziach drażni nas i nie lubimy tego, co siedzi głęboko w nas samych? Wniosek:
zmiany zawsze zaczynaj od siebie. To lekcja dla mnie, której codziennie się
uczę i z której codziennie zdaję egzamin.
sobota, 2 maja 2015
Efekt motyla
Wiedzieliście, że ludzka krew ma prawie
identyczny skład jak substancja, która krąży w roślinach, a hemoglobina w
niewielkim stopniu różni się od chlorofilu, nazywanego „żywią krwią” roślin? Nasze
ciało z kolei składa się z pierwiastków, jakie tworzą też gwiazdy. O czym to
świadczy? Może o tym, że nasza biogenna postać jest galaktyczną materią, z
jakiej zbudowana jest nie tylko cała Ziemia, ale także cały Wszechświat.
Jesteśmy integralną częścią swojej planety, która żyje, odczuwa, oddycha,
regeneruje się i wcale nie jesteśmy lepsi w swojej pozornej inności niż ziemska
fauna czy flora, a tym bardziej drugi człowiek bez względu na kolor skóry,
frakcję polityczną czy też narodowość, jaką reprezentuje. Każdy z nas jest
Małym Księciem, który szuka sensu życia, czyli swojego miejsca, kocha swoją
Różę i ma swoją rolę do odegrania jako chwila w wieczności. Chociaż jednak jest
to krótka rola, to ta perspektywa wcale nie musi nas przytłaczać i napawać lękiem,
bo jest to rola bardzo ważna nie tylko dla naszego prywatnego Mikrokosmosu, który
tworzymy my sami oraz nasze najbliższe otoczenie, ale również rola ważna dla
całego świata, bo w końcu jesteśmy nie tylko kroplą w oceanie, ale również
oceanem w kropli. Mały Książę miał swoją Różę, a nasza podróż przez życie jest
jak stąpanie po drodze usłanej różami, które potrafią jednocześnie upajać
zapachem, cieszyć oko formą, jak również boleśnie ranić i kaleczyć aż do krwi.
Ale czy właśnie to nie ta droga przez róże oraz ich ciernie nie jest celem i
sensem samym w sobie? Bo choć życie to nieustająca hiperbola: raz na wozie, raz
pod wozem, to jego ostatecznym celem jest nasza dojrzałość: kolekcjonowanie
doświadczeń, o jakie suma summarum stajemy się cenniejsi, szlachetniejsi. Życie
jest naszym trenerem, a jako wieczni uczniowie patrzący z perspektywy odważnego
i pokornego kolekcjonera nie możemy źle przeżyć swojego życia, bez względu na
to kim jesteśmy w ujęciu świata i bez względu na to, co udało nam się osiągnąć
w materii. Każda chwila ma znaczenie, każdy oddech jest bezcenny i ważny jest
nie tylko każdy nasz czyn, ale również każda myśl, słowo, uczucie i intencja,
jakimi dzielimy się ze światem, bo w każdej sekundzie naszego życia
energetycznie oddziałujemy na wszystko dookoła. Czy nie lepiej jest tworzyć niż
niszczyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










