I powiedział kiedyś, że nie boi się
samotności, ale przeraża go samotność we dwoje. Nie zrozumiałam go wtedy, ale
zapamiętałam jego słowa. Teraz przypomniałam je sobie i zrozumiałam, co I miał
wtedy na myśli. Aktualnie przerabiam dokładnie to samo. Should
I stay or should I go?
sobota, 4 marca 2017
wtorek, 28 lutego 2017
Słowo o przeznaczeniu
Wierzę
w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A
do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu
niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób
wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Na pewno czujecie
to w odniesieniu do konkretnych osób: tych, w których się zakochujecie i tych,
z którymi zawieracie przyjaźnie lub też stowarzyszacie się w jakiś sposób. A co
jeśli naszym przeznaczeniem są też te osoby, które komplikują nam życie,
rzucają kłody pod nogi, unieszczęśliwiają nas, te osoby, przez które płaczemy,
te, których się boimy lub te, które nas denerwują i irytują? Może one również
są nam przeznaczone, a spotkanie z nimi też nosi w sobie potencjał odnowy? Może
trzeba dojrzeć, aby to uchwycić, aby zrozumieć, że jeżeli boli i jest
niewygodnie to znaczy to tyle, że coś nowego chce się narodzić i należy to
przyjąć, otworzyć się na niedogodności zamiast wzmacniać swój opór. Nawet podczas
ćwiczeń fizycznych nakładamy coraz większe obciążenie na dany mięsień po to,
aby go wzmocnić – nie istnieje rozwój bez wysiłku. Trudną relację można zatem
potraktować jak bodziec do zmiany w formie mobilizującej przeszkody, chociaż nie
możemy też wpadać w paranoję, prawda? – jeżeli relacja jest toksyczna i
destrukcyjna, wciąż mamy wolną wolę i możemy ją zakończyć, bo czasem
przeznaczenie po prostu uczy nas jak wyjść z syndromu ofiary i zdobyć się na
asertywność. I nawet kiedy bywa ciężko, a życie wcale nie głaszcze nas po
głowie, to przecież w przyrodzie wszystko zmierza w jednym kierunku – istotą
zmienności życia jest ewolucja, a ewolucja to postęp.
Każde prawdziwe
spotkanie stanowi zawsze „przypadek”. Pociąg się spóźnił i nie spotkałem tego,
kogo chciałem spotkać, chociaż niczego nie zaniedbałem. A kiedy indziej,
chociaż zaniedbałem to i owo, a może i właśnie dlatego, spotykam. Omawiany
rodzaj przypadku ma jednak pewien szczególny charakter, ponieważ gdy już się
zdarzy i gdy już moje spotkanie dojdzie do skutku, doznaję natychmiast uczucia,
które można by wyrazić słowami: „przecież nie mogło być inaczej”, „musieliśmy”
przecież na siebie trafić, byliśmy dla siebie przeznaczeni – aż po takie
metafizyczne uczucia, jakie wyraża Arystofanes w „Uczcie” Platona, gdy mówi o
ziemskim rozbiciu jedności człowieka na dwie płci, które przeto muszą
poszukiwać nawzajem swojej drugiej połowy, aby tę jedność osiągnąć. I w tym
tkwi element „łaski”, wypełnia się coś, czego nie można wymagać, czego nie
można obliczyć ani wymusić, a co przecież zawiera w sobie swój sens. To jest
człowiekowi niezbędne do życia, jednocześnie jednak na to człowiek nie ma
wpływu.
(Romano
Guardini)
Wierzę
w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A
do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu
niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób
wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Jedyne, co musimy
zrobić, to podjąć inicjatywę, bo wykonanie kroku automatycznie oznacza naszą
zgodę na powitanie tego, co ukrywa się za zakrętem, a czego nie możemy
przewidzieć. Możemy wybrać drogę, którą chcemy pójść, bo przeznaczenie jest
pewną przestrzenią, w której mogą się wydarzyć te wszystkie zdarzenia i
spotkania, które zostały dla nas POTENCJALNIE zaplanowane jako PRAWDOPODOBNY
scenariusz. Może w danym momencie istnieje dla każdego z nas wiele różnych, możliwych,
dostępnych przestrzeni? I chociaż czasami faktycznie nie musimy robić
absolutnie nic, nie podejmować żadnej inicjatywy, tylko po prostu być tam gdzie
zawsze, to z doświadczenia wiem, że najbardziej niezapomnianych przeżyć i
najbardziej rozwijających spotkań możemy doświadczyć wówczas, gdy sami wychodzimy
naprzeciw swojemu przeznaczeniu, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu i
działamy inaczej niż zwykle.
Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem,
dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do
drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć.
(Carlos Ruiz Zafón)
piątek, 17 lutego 2017
Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć
Działając autonomicznie w większości sfer dążę
do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki
samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie
wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność
zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne
wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z
potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie
egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa
zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin
swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez
konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów
po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym
zobaczyć
i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.
Byłabym tak niezależna, jak tylko bym
chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi
temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie
jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo
związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się
na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań,
które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne
do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby
być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo
chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne
czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy
skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić
przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele
rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest
obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze
jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś
sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest
teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby
T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go
nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych
wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu,
miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie
ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne
mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi,
że
miłość
nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.
Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie
zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego
smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne
zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół
nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie
do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo
jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem
istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości
związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…
Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie
czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to
cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony
relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto
korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania
relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy
z nas jako jednostka pozostaje
niewypowiedziana,
więc może naszym głównym celem jest
poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota
ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale
jestem w stanie przyznać, że:
spotkanie
człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest
zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować
na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną
dotychczas hierarchię wartości.
Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i
dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a
jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a
które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia?
Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji
poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba
doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą
posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy
jest to w ogóle możliwe???
środa, 1 lutego 2017
Życie zawsze było dla mnie sztuką
dokonywania wyborów. Aktualnie, przy okazji melancholii związanej z kolejną
rocznicą, dochodzę do wniosku, że życie to raczej sztuka rozwiązywania
problemów. Tak jak mówił Karl Popper – wszystko co żyje, poszukuje lepszego
świata, a najbliżej odkrycia są ci, którzy najaktywniej mierzą się z
problemami, ci, którzy nie boją się trudów związanych z poszukiwaniem.
***
Problemy są stale obecne i tego nie
zmienię, ale mam wpływ na swój odbiór sytuacji. Mogę żywcem zagrzebać się w
problemach albo mogę próbować uprościć sobie życie i zyskać w ten sposób więcej
spokoju nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że tracę grunt pod stopami. Im mniej
mam, tym mniej mam do stracenia, im bardziej selekcjonuję wartości, tym bardziej
jestem oddana tym, które pozostają.
czwartek, 24 listopada 2016
Na szczęście w miłości zaczęło się dużo
lepiej układać. Przez błędy w komunikacji ostatnio zdarzało nam się irytować na
siebie nawzajem, pojawił się też dystans, którego nie umieliśmy przeskoczyć od
mojej pamiętnej wyprawy do Trójmiasta oraz cienie z naszych przeszłości
zagrażające teraźniejszości, ale w końcu udało nam się szczerze porozmawiać i
wyjaśnić kilka spraw, które ostatecznie na koniec dnia zaprowadziły nas do słodkich
początków, kiedy przebywaliśmy ze sobą, nie wychodząc z krainy płynącej mlekiem
i miodem. Szkoda tylko, że raju nie da się zarezerwować na wieczność, choć kiedy
jeszcze trwa, nie warto myśleć o wygnaniu.
Z T spotkaliśmy się w galerii, bo
przewidywałam na ten dzień babskie zakupy, które chciałam zakończyć jak
najwcześniej i jak najszybciej, najlepiej z pełnym sukcesem w postaci jakiegoś
trofeum. Jego współtowarzyszenie mi w tej czynności okazało się niezbyt
trafionym pomysłem, bo T nie cierpi tego aktu jak większość osobników płci męskiej
oraz – nie ukrywajmy tego – równie mocno jak ja, co czyni ze mnie dość ułomną
kobietę pod tym względem. Buszowanie w tkaninach, wzorach i krojach celem upolowania
zdobyczy, wywołuje we mnie irracjonalny stan paniki i dezorientacji, z którym
nie umiem sobie poradzić. Naiwnie założyłam jednak, że Jego pomoc przyspieszy
operację dokonywania wyboru. Niestety, T nie okazał się zbyt miarodajny, skoro
na moje prośby pomocy przekonujące, że podczas jakże trudnej dla mnie sztuki
dokonywania wyborów konsumpcyjnych branży odzieżowej, absolutnie muszę mieć
przy sobie kogoś, kto mi doradzi, w czym dobrze wyglądam, odparł, że pięknie mi
we wszystkim, a najlepiej wyglądam bez niczego… (!) Zbyłam ten komentarz
wymownym milczeniem.
Po powrocie do mnie starałam zajmować już
tylko Nim, zwłaszcza że sytuacja tego wymagała – T był zestresowany szeregiem
badań, jakie miał wykonać w związku ze zmianą stanowiska. Nie uniknęliśmy
jednak trudnych tematów, które prędzej czy później i tak musiały wypłynąć i
chociaż targa mną ostatnio mnóstwo wątpliwości i mało optymistycznych intuicji,
o których Mu opowiedziałam, to T wcale ich nie rozwiał, co mnie zaskoczyło. Mam
teraz 2 wyjścia: albo zamknę się w ramach bezpiecznej powściągliwości, blokując
się na przepływ w kierunku coraz bardziej szerokich wód w naszej znajomości,
albo rzucę się w ten nieokiełznany i nieodgadniony nurt pomimo wszystko. Pomimo
wiedzy, którą zdobyłam, pomimo niepewności i niepokojów, którym ta wiedza towarzyszy.
W bliskich związkach międzyludzkich za
bardzo dążę do poczucia pewności, którego nigdy nie zdobędę, a ponieważ nikt
nie może być moim wrogiem, dopóki nie potraktuję go jako zagrożenia dla tego, w
co wierzę, a każde miejsce, którego bronię jest jednocześnie tym miejscem,
które sprawia mi ból, to jeżeli chcę się rozwijać, nie pozostaje mi nic innego,
jak tylko odpiąć asekuracyjne liny i skoczyć.
środa, 16 listopada 2016
T dostał awans i wyjeżdża na 3 – miesięczne
szkolenie do Warszawy, co oznacza, że kiedy w końcu znalazłam w sobie odwagę,
aby przyznać się samej sobie, że to co do Niego czuję jest wielkie, kiedy w
końcu dojrzałam do zaangażowania, troski i bliskości, kiedy w końcu jestem
gotowa tracić dla Niego i rezygnować z uroków samotności – On wyjeżdża. Czy
życie nie bywa przekorne i przewrotne? Cieszę się, że T się rozwija i jest
doceniany, ale zabolała mnie ta nowina, bo nie chcę rozłąki. Nie teraz. Nie w
momencie, w którym mam wrażenie, że i tak już zaczęliśmy się nieco od siebie
oddalać, bo dystans pomiędzy Gnieznem a Poznaniem zdaje się być większy, a my dostrzegamy
mniej możliwości spontanicznego spotkania niż na początku. Z uwagi na to, że
widujemy się zwykle późnym wieczorem, coraz częściej zaczyna nas łączyć głównie
łóżko. Mamy tylko skrawki ukradzionego czasu dla siebie, a w tych ochłapach
trudno jest się sobą nasycić i jeszcze próbować ułożyć kilka cegieł, które
staną się fundamentem naszego związku. Opór nie ma jednak sensu, bo i tak nie
zmieni harmonogramów naszych codziennych zajęć, zwłaszcza teraz, kiedy Jego
ambicje zawodowe domagają się zaspokojenia i wiążą się z wyjazdem. Widocznie
tak ma być: kiedy ośmielam się obwieścić: „chwilo trwaj!”, czujna Nemezis pyta:
„czyżby?”. I akurat w tej chwili pewnie jest mi w dalszym ciągu pisane
zgłębianie uroków samotności, chociaż z tak wielką odwagą podjęłam decyzję,
żeby oddać Mu czas, na co nie mógł liczyć żaden inny przed Nim. Ale niech
jedzie. Pomacham Mu białą chusteczką na pożegnanie, a co będzie dalej – czas
pokaże.
Jeżeli
coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci do Ciebie, jest twoje,
jeśli
nie – nigdy twoje nie było.
Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić i
czekać wiernie na Jego powrót. Wienie jak Penelopa. Oby Odyseja nie trwała zbyt
długo, i oby T nie zbłądził po drodze. I obym sama nie zdystansowała się za
bardzo, bo wtedy dojdzie do sytuacji, w której może mieć moje ciało, może
posmakować mojej duszy, mogę go nawet wprowadzić w zawiły labirynt swojego
umysłu, ale pomimo tego wszystkiego i tak nie przestanę być bardziej odległa
niż latarnia na pełnym morzu. Mogłoby to być dobre dla nas, bo ta latarnia może
mu wskazywać i rozświetlać kierunek powrotny, ale zalewająca fala wątpliwości
czyni ją bardzo niepewną i chwiejną emocjonalnie opcją. To opcja, której
rozmyte kontury mogą ulec przeobrażeniu, a kiedy z daleka ciepłe światło
latarni okazuje się z bliska pirackim statkiem widmo, można oczekiwać tylko
strat, lamentu, chaosu i grabieży. I niestety, dla mojego umysłu kreacja
koszmarów z wyobraźni nie zna granic. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak
obwieścić, że nie poddam się i jeśli będzie trzeba, to będę wychodzić poza
swoje dawno ustalone, wygodne kształty, byle tylko nie dopuścić do naszego emocjonalnego,
umysłowego i duchowego oddalenia, skoro cielesna bliskość jest na razie w
zawieszeniu. Za bardzo mi na Nim zależy, żeby z Niego zrezygnować. I mogę
czekać nawet wieki na Jego powrót dopóki wiem, że mnie kocha i dopóki mam pewność, że chce ze mną być.
czwartek, 10 listopada 2016
Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy
wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita
pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt
blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o
to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła
rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię
pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego
powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym,
że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko
tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat
to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i
cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam
uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie
zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie
objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam
izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej
natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i
czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka,
jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w
imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę
na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża
mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i
melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim
demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię
czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię
strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne
dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana
przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w
potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej
naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając
się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia:
umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades
i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać,
uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad
różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając
dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne:
klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go
spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na
klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem
wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej
spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego
pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły
mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje,
które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z
drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy
chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później
rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze
było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem.
Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To
miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była
moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat
była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może
jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z
premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na
nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok
prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się
symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki
którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności
we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii
ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie
mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A
ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to
krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie
wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec,
który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej
z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to,
żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok
bez zamykania oczu. Obiecuję.
***
Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana
swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty.
Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak
pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony
rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze
śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia
miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam
tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na
moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem
szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje
moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem,
stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





