D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna
i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co
przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie
i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w
kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang,
bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo,
bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej,
a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem,
w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie
dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a
pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i
empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na
mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia,
potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang.
„fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia,
pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co
ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno
odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie.
Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o
sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam
mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się
powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę
wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem
kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie
chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i
niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za
dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż
uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym
człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz
konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie
zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to,
że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby
uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w
zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie
wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie
jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie
silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie
odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej
relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się
popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to
pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z
myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający
sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w
bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie
widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D
kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami
ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia,
ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo
potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam
się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi
skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje
poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść
się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i
porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom,
która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym
razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym
człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden
człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie
własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie
widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w
tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą
wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się
zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata,
tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie
na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie
niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła,
wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i
stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas
od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania,
przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w
pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia,
w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się
szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie
pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne
tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc
unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że
potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność.