Skończyliśmy pracę nad ranem, było bardzo
zimno. D nie pojechał do siebie, wysiadł za mną z autobusu. Powiedział, że nie
mogę spotkać się na kawie z K. chociaż dzień wcześniej mu to nie przeszkadzało.
Oskarżył mnie, że chcę Go zdradzić. Zarzucił mi kłamstwo. Wywnioskował tak na
podstawie swoich urojonych przypuszczeń, które pomylił z prawdą. Jak na ironię
to właśnie On ma za sobą przeszłość niestrudzonego imprezowicza, który co noc
spał z inną dziewczyną albo nawet z kilkoma. Szedł za mną przez całą drogę do
mieszkania tylko po to, żeby mnie oskarżać i raz po raz powtarzać, że to ja
chciałam się rozstać. Nic takiego nie powiedziałam, to D nie chciał mnie
słuchać. Kłóciliśmy się na pustej ulicy. Miałam dość, ale On nie pozwolił mi
odejść. Kiedy byłam zbyt zirytowana tym, że mnie nie słucha, próbowałam
zostawić Go i wrócić do domu, ale On chwytał mnie wtedy za rękę i przyciągał do
siebie. Wolał przedłużać agonię. Powiedział, że już mi nie zaufa, ale nie
zerwał wprost – zaproponował otwarty związek, co było jeszcze gorsze, bo chwilę
potem dodał, że mnie szanuje. Był niesprawiedliwy i bezczelny. Zgwałciłam sama
siebie, kiedy dałam mu przeczytać swoje sms – y z K tylko po to, żeby Go
uspokoić. Nie zadziałało. Czepiał się detali, a ja zaliczyłam powtórkę z
przeszłości. Nie wychodzą mi związki, choć tym razem wzięłam pełną
odpowiedzialność za swoje decyzje i działania. Przynajmniej zaczęłam szanować
siebie na tyle, żeby nie widzieć w tym wyłącznie swojej winy. On ma inaczej, bo
uznał, że był w porządku w stosunku do mnie. Stwierdził, że to ja zniszczyłam
nasz związek, a On tego nie chciał. Wiedziałam, że ma depresję i problemy,
którymi mógłby obdzielić kilku ludzi, ale nie przypuszczałam, że będzie tak
ciężko. Miałam wrażenie, jakbym dłużej będąc z Nim traciła powoli szacunek do
samej siebie i coraz bardziej obwiniała siebie, że nie jestem taka, jaką On chciałby
mnie widzieć. Nie tak powinien wyglądać związek… Naiwnie wolałam bawić się w
idyllicznego Prometeusza zamiast wziąć pod uwagę jak twarde, okrutne i
niewdzięczne potrafi być życie. Tego zimnego poranka proza życia dodatkowo zamroziła
mój umysł rozkochany w ideale, choć patrząc na siebie uczciwie nie mogę też nie
przyznać, że nie podobały mi się komplementy K. Tyle że nie mógł być to flirt,
bo K jest dla mnie aseksualny i nigdy nie zdradziłabym z nim D. Właśnie dlatego
uznałam go za bezpieczny teren, który mogę poznać i zyskać w ten sposób dobrego
kolegę. Nie przypuszczałam, że D postawi twarde warunki w postaci swojej
wypaczonej wersji „oko za oko, ząb za ząb” i próby trzymania mnie na smyczy stworzonej
z braku zaufania. To prawda, że nie wiem czy by nam wyszło, bo nie wierzę, że
na tym świecie można o czymkolwiek powiedzieć „na zawsze”, nieważne jak bardzo
bym tego chciała, ale chciałam się postarać i dać Mu to, o czym marzy. Wiem, że
nie jestem idealna. Lubię samotność, lubię się izolować i stwarzać dystans, a
do tego bywam nieprzystępna. Nie zawsze potrafię się dzielić, jestem
niecierpliwa i nie w każdej sytuacji potrafię być wsparciem. Poza tym kocham
wolność, ale dla niego postanowiłam nauczyć się kochać ją nie za wszelką cenę. Nie
chciałam kończyć tej znajomości tak szybko i w ten sposób. Dostrzegałam ogromną
wartość tego związku. Teraz już wiem, że nie jestem w stanie uratować całego
świata, ale mogę przynajmniej starać się uratować swój własny, w którym nikogo
nie ma poza mną samą. Może to zwykły egoizm, może strach przed zranieniem, a
może najlepszy i najbardziej uczciwy sposób na życie, w którym nie przywiązujesz
się do niczego i do nikogo i w ten sposób łatwiej jest Ci odejść?
wtorek, 22 grudnia 2015
piątek, 18 grudnia 2015
Może to dziwne, ale wierzę, że porządek w domu równa się
uporządkowane życie, a bałagan jest czynnikiem stymulującym rozwój chronicznych
chorób w naszym organizmie. Nie zmienia to faktu, że dopiero tuż przed przeprowadzką zorientowałam
się, jak wiele zbędnych rzeczy skolekcjonowałam przez ostatnie 2 lata. Nie
zauważyłam nawet, że jest ich tak wiele! W ramach zadośćuczynienia postanowiłam stać się minimalistką, bo nieprzywiązywanie się do rzeczy daje przynajmniej poczucie
wolności. Powinnam wziąć przykład z Indian, którzy dobrze wiedzieli, że
wszystko na tym świecie jest pożyczone, bo przychodzimy i odchodzimy z niego w
ten sam sposób – nie posiadając niczego. Jedynym, co ja chcę ze sobą przenosić
zmieniając lokalizacje, jest bagaż doświadczeń. Uświadomiło mi to wszystko
także niezamierzone i nieoczekiwane wykasowanie z mojego laptopa wszystkich
cennych dla mnie danych. Okazało się, że nie mam problemu ze zbytnim
przywiązywaniem się do przeszłości, ale nie ufam w swoje siły w 100 % - ach, bo
niepotrzebnie zapobiegawczo neutralizuję naturalny strach przed przyszłością za
pomocą rozpinania asekuracyjnej pomocniczej liny, która miałaby mnie ochronić
przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie rzucam się z pełnym zaufaniem do
otwartej wody bez kamizelki ratunkowej. Na laptopie katalogowałam swoje
przemyślenia i wydarzenia z perspektywy upływającego czasu. To było kalendarium
mojej przeszłości, z której wyciągałam wnioski. To mnie określało i budowało
obraz wartości, w które wierzę, które wyznaję i których nikt nie mógł tak łatwo
obalić, poddając w wątpliwość, bo wracając do nich nieustannie przypominały mi
kim jestem i kim chcę być. Najwidoczniej byłam za bardzo zamknięta na etapie
gromadzenia danych i w końcu nadszedł czas, aby zacząć wprowadzać swoje
wartości w życie bez strachu przed odrzuceniem, krytyką czy wstydem. W końcu
nadszedł czas, żeby zderzyć się z prawdą o sobie samej, bo na obecnym etapie swojego
życia wcale nie uważam, że jestem w porządku w stosunku do innych, choć trudno
mi to przyznać. Otaczam się pięknymi wzniosłymi słowami, które są przecież martwe
i puste, dopóki nie zostaną wprowadzone w czyn, a ja chcę zmieniać się na
lepsze, więc najwyższy czas spojrzeć na siebie i zmieniać to, co mi się nie
podoba konfrontując się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Nadszedł czas, aby
przestać uzależniać się od wiecznej retoryki w postaci pytania: „kim jestem?”,
ale zacząć szukać odpowiedzi na nie poprzez działanie i wyciągać własne wnioski.
Pora zacząć mierzyć się z losem, bo życie dostarcza mi teraz nadmiaru takich
okazji. Wokół mnie są ludzie, którzy domagają się jakiejś formy pomocy. To
sprawdzian dla mnie jak budować zdrowe relacje, w których nie ma nienaturalnego
przywiązania do drugiej osoby i w których nie zawsze jest wygodnie, ale jest za
to obecna bezwarunkowa tolerancja, wsparcie i poświęcony czas, którego nie
uznam za zmarnowany.
środa, 9 grudnia 2015
Ghost Rider
D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna
i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co
przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie
i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w
kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang,
bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo,
bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej,
a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem,
w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie
dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a
pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i
empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na
mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia,
potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang.
„fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia,
pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co
ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno
odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie.
Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o
sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam
mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się
powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę
wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem
kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie
chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i
niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za
dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż
uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym
człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz
konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie
zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to,
że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby
uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w
zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie
wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie
jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie
silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie
odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej
relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się
popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to
pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z
myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający
sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w
bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie
widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D
kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami
ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia,
ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo
potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam
się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi
skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje
poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść
się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i
porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom,
która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym
razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym
człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden
człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie
własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie
widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w
tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą
wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się
zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata,
tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie
na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie
niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła,
wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i
stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas
od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania,
przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w
pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia,
w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się
szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie
pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne
tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc
unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że
potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność.
niedziela, 6 grudnia 2015
Mądrość a inteligencja
Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym,
pokochałam to, co proste.
Przekonałam się, że paradoksalnie to właśnie takie życie daje najwięcej satysfakcji i poczucie pełni. Tym samym jednocześnie zmieniło się moje podejście do ludzi. Wiedza akademicka nie jest już w stanie wywołać mojego podziwu. Arogancja osób wykształconych, którzy uważają się za lepszych od innych, razi mnie teraz w oczy i wywołuje sprzeciw. Wolę prostą ludową mądrość niż wyćwiczoną inteligencję. Ta pierwsza zachwyca mnie i fascynuje, bo jest w niej o wiele więcej ciepła, o wiele więcej uroku, o wiele więcej radości i o wiele więcej prawdy.
Umysł ocenia rzeczywistość ze strachu, serce otwiera się na nią z miłości.
Przekonałam się, że paradoksalnie to właśnie takie życie daje najwięcej satysfakcji i poczucie pełni. Tym samym jednocześnie zmieniło się moje podejście do ludzi. Wiedza akademicka nie jest już w stanie wywołać mojego podziwu. Arogancja osób wykształconych, którzy uważają się za lepszych od innych, razi mnie teraz w oczy i wywołuje sprzeciw. Wolę prostą ludową mądrość niż wyćwiczoną inteligencję. Ta pierwsza zachwyca mnie i fascynuje, bo jest w niej o wiele więcej ciepła, o wiele więcej uroku, o wiele więcej radości i o wiele więcej prawdy.
Umysł ocenia rzeczywistość ze strachu, serce otwiera się na nią z miłości.
czwartek, 26 listopada 2015
Kolejna przeprowadzka wiąże się z tym, że
kolejny raz usiłuję zreorganizować swoje życie. Nie jest łatwo, bo jestem w
Poznaniu już ponad miesiąc, ale nie udało mi się jeszcze wygospodarować
wystarczającej ilości czasu dla siebie. Ciągle gdzieś gonię i mam wrażenie, że
drogi, którymi się poruszam wykolejają mnie i odciągają od zaplanowanego celu.
Pochłonęła mnie materialna strona życia, która wiąże się z zapewnieniem sobie
warunków bytowych. Nie mam czasu biegać i nie mam czasu pomyśleć. Czasami w
chwilach słabości zastanawiam się, co ja tu właściwie robię? I oczywiście nie
znajduję satysfakcjonującej odpowiedzi, która mogłaby mnie uspokoić. Jestem tu
po to, żeby doświadczać i wyciągać lekcje – tylko tyle wiem. A gdzie mnie to
zaprowadzi? Jak zwykle nie mam pojęcia, ale to jest OK, bo życie nauczyło mnie
nie przywiązywać się zbytnio do swoich planów i oczekiwań. Może kiedyś
zrozumiem, po co to wszystko i przestanę notorycznie popełniać te same błędy. Może
kiedyś dostanę to, czego chcę albo zrozumiem, że jeśli czegoś nie mam, to jest
to fart i dar od losu, tyle że teraz tego nie dostrzegam. Życie to naprawdę
pudełko czekoladek i najlepiej jest celebrować każde wrażenie smakowe, jakie
daje, nie tylko te ulubione, czyż nie? Póki co moje współistnienie z miastem
nie jest tak do końca złe, choć nigdy nie będzie to relacja idealna i harmonijna.
Na pewno życie ma teraz swoją cenę, którą trzeba zapłacić i chociaż miło jest
smakować czy doświadczać miejskiej, czyli wygodnej rzeczywistości, to jednak
niewiele się zmieniło – najlepiej, bo najpełniej odpoczywam na łonie natury,
odseparowana od hałasów ulicy i bliskiej obecności innych homo sapiens. To daje
mi wytchnienie i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – drzewa są moimi najlepszymi
przyjaciółmi, bo to z nimi najlepiej się rozumiem, czując energetyczną
bliskość, która daje ukojenie i podczas kryzysu ogarniających mnie wątpliwości przypomina
mi, że świat jednak jest piękny, a w życiu chodzi o coś więcej niż pieniądze i
kariera. Nie po to istniejemy. Na tym polega moja osobista magia codzienności –
świat może być wartościowy mimo bieżących problemów, o ile to my sami nadamy mu
wartość, piękno i znaczenie poprzez odpowiednie ukierunkowanie swoich myśli.
Każdy może użyć czarodziejskiej różdżki swojego umysłu po to, aby zmieniać
swoją codzienność. Dla mnie najlepsze i najbardziej stabilne jest to, co zawsze
było i to, czego częścią się czuję, czyli to, co pierwotne: ziemia, która
pozwala mi się zakorzenić, drzewa, które są dla mnie wzorem siły i wytrwałości,
szum wiatru przynoszący zmiany, zwierzęta, które pokazują, że jednym z celów
życia jest nieskrępowana naturalność oraz ptaki, które rozbudzają we mnie
tęsknotę za podążaniem za marzeniami i wolnością. To mi w jakiś sposób
przypomina, że dom jest wszędzie tam, gdzie jestem, bo nie jest to wcale konkretne
miejsce na ziemi, tylko suma odczuć i
wrażeń, jakie w sobie wyzwalam. Najwyraźniej okiełznałam swój racjonalny umysł
i zdetronizowałam go jako nieomylnego Salomona, a dopuściłam do głosu swoje
wewnętrzne dziecko, dzięki czemu teraz jest mi łatwiej i swobodniej żyć. Wiem,
że umarłabym mentalnie gdybym wierzyła tylko w to, co widzę i słyszę, bez
marginesu bezpieczeństwa w postaci zaufania do pozamaterialnej wielowymiarowej
rzeczywistości. W końcu miasto jako sztuczny twór pełen zakazów i nakazów uczy
mnie niewielu wartościowych rzeczy, ale jestem tu, a więc muszę nauczyć się
sztuki przetrwania w tym swoistym więzieniu, co nieodłącznie wiąże się z
koniecznością podporządkowania ustalonym normom i regułom życia społecznego.
Muszę być konformistką, choć czasem cierpi na tym moje poczucie wewnętrznej
jedności. A może po prostu uczę się zasad, aby wiedzieć jak łamać je we
właściwy sposób oraz prawdziwej wolności, która wypływa z wewnątrz? Natura ukierunkowuje
mnie i pozwala odpocząć w tym złożonym procesie, a także pokazuje mi siłę prawdy
i uczy życia w harmonii z samą sobą, co przekłada się na moje relacje z innymi.
Uwielbiam obcować z tą niezakłamaną siłą i towarzyszącymi jej duchami. Dzięki
niej widzę życie wszędzie i wszystko ma dla mnie głęboko medytacyjny wymiar, bo
cała ziemia odczuwa rzeczywistość na swój unikalny sposób. Co więcej, każda
rzecz ma swoje drugie oblicze, a patrzeć można też pozazmysłowo, a iluzja
rzeczywistości polega na tym, że nie dostrzegamy innego świata poza miejskimi
murami. Tymczasem wystarczy zmienić perspektywę, aby odkryć, że niewiele
potrzeba do szczęścia i to my sami jesteśmy za nie odpowiedzialni, bo szczęście
to nie jest materia, choć z drugiej strony szczęściem może być wszystko, co nas
otacza, bo jest to odczucie mentalne, które nosi się w sobie, opromieniając i
upiększając nim swoją rzeczywistość.
czwartek, 19 listopada 2015
Nowa Era
Wszystko zaczęło się od racjonalnego postanowienia
rocznej przeprowadzki, która spłynęła na mnie jak orzeźwiające natchnienie mimo
pewnej dozy wewnętrznego oporu. Nie wiedząc na co się porywam, uznałam
niepewność za swój atut, bo mimo wszystko w obliczu zmian wolę karmić się
zaufaniem, nastrojem oczekiwania na prezent od losu i radosnym entuzjazmem niż
zatruwać lękiem i obawami o niepewną przyszłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam,
że moje plany związane z Poznaniem legną w gruzach, bo nic nie wyjdzie z kursu,
jaki obrałam za główny cel przeprowadzki właśnie pod ten adres. A mogłam jednak
wybrać góry, o czym w pewnym momencie zaczęłam nieśmiało marzyć… Pragmatyzm
wygrał, a ja poniekąd przegrałam, choć trzeba przyznać, że mój pierwszy kontakt
z miastem pozostawił niezatarte wrażenie, bo pierwszą noc w Poznaniu spędziłam
w parku. Było… no cóż – owocnie i intensywnie w doznania. Na szczęście choć byłam
pierwszy raz w obcym mieście, w dodatku na drugim końcu Polski, to wszystko
traktowałam jak przygodę, która weryfikuje mój hart ducha i odwagę, a
wyposażona na drogę dodatkowo we wrodzoną naiwność - bardziej spodziewałam się
zobaczyć wśród drzew wróżkę czy jednorożca niż zbira, który będzie chciał mi
poderżnąć gardło. W sumie dobrze, że miałam takie podejście, bo: a) kiedy
okazało się, że miałam zbyt optymistyczne założenia odnośnie bezproblemowego
znalezienia noclegu, zamiast przerazić się na śmierć alternatywą nocy w parku,
poczułam spokój, że już przynajmniej nie muszę szukać innego miejsca, ani
błąkać się po mieście, które po zmierzchu przypomina widmo; b) przecież
jakością myśli przyciągamy do siebie określone zdarzenia, a ja byłam
niewzruszenie pewna, że nic złego mi się nie stanie. Co więcej, to właśnie wyludnione
ulice przerażały mnie bardziej niż opuszczony park, choć nie przypuszczałam, że
zostanę skonfrontowana akurat z tą szczególną prawdą o sobie, skoro miałam wówczas
wyjechać z domu tylko na 2 dni i w dodatku tylko i wyłącznie po to, aby
uczestniczyć w rozmowie kwalifikacyjnej, na którą zostałam zaproszona. Na pewno
ten „survival” á la codzienność bezdomnego utwierdził mnie w przekonaniu, że już
na zawsze częścią mnie zostanie niereformowalna dzikość, bo miasto za bardzo
mnie męczy, a skutecznym remedium na to znużenie jest dla mnie kontakt z
naturą, który jest szansą na to, aby dostroić się do świata na metafizycznym
poziomie, niezafałszowanym przez pryzmat tzw. cywilizacji. Zresztą wszystko
dzieje się przecież po coś i tak też było w moim przypadku, bo okazuje się, że
najbardziej zaskakujące i niesamowite zdarzenia w życiu są tak naprawdę
najlepszym świadectwem na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i bez wyższej
ingerencji. Tak też i ja nie znalazłam się w tym parku przypadkowo. Byłam we
właściwym miejscu i o właściwym czasie, żeby poznać człowieka, który rozpocznie
nowy etap w moim życiu i będzie chciał je totalnie zrewolucjonizować… Wyreżyserowane
przypadki jednak istnieją i nie jest to stylistyczny oksymoron, a raczej niespodziewane,
cudowne etapy wyznaczające nowe rozdziały na naszej osobistej linii czasu,
które bywają niezobowiązującą przyjemnością, pouczającą metamorfozą, a nieraz
są okupowane bólem i stratą związaną ze stanem wewnętrznej śmierci. Wszystko
jest zaplanowane, a każdy człowiek, którego spotykamy coś ze sobą wnosi,
czasami coś inicjuje, a czasami coś kończy. Jak będzie w moim przypadku? Czas
pokaże, ale choć pozytywne myślenie staje się moim nawykiem, to przeczucie mówi,
że ciągnie się za mną trudna karma, jeśli chodzi o moje związki z innymi ludźmi,
bo sarkastycznie muszę przyznać, że najwyraźniej lubię uczyć się na błędach, a
więc ci, którzy wywracali moje życie do góry nogami, to byli jednocześnie moi najwięksi
nauczyciele – lustra, w których odbijało się wszystko to, co mnie złości,
irytuje i czego sama w sobie nie lubię. Wniosek? Jedyne, co mogę teraz zrobić,
to zgodzić się na wszystkie warunki, nie krzywdzić innych, szanować siebie,
mieć jasne intencje i wierzyć, że może w końcu nauczę się pokory, akceptacji,
cierpliwości i bezwarunkowej miłości do świata, która jest dla mnie ideałem
uczucia, jakim można rozświetlać tę planetę.
sobota, 11 lipca 2015
Bez komentarza
Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł mój
promotor pracy magisterskiej i chociaż studia to dla mnie zamierzchły czas, do
którego nigdy nie wracam, to jednak tak nieoczekiwane wywołanie duchów
przeszłości dość mocno mną wstrząsnęło, mimo że głęboko wierzę w pokrzepiającą
w odczuciu wielu reinkarnację. Nie wiem czemu, ale najwyraźniej wydawało mi
się, że profesor B. jest niezniszczalny… Takie przynajmniej zawsze sprawiał
wrażenie, tylko czy istnieje jakieś trwałe „zawsze”…? A może po prostu im
więcej piasku przesypuje się w mojej prywatnej klepsydrze, tym bardziej
zwiększa się świadomość na temat Jeźdźców Apokalipsy, którzy zaczynają nabierać
coraz bardziej namacalnych kształtów? I nie chodzi wcale o to, że kształt
kostuchy jest jakby coraz bliżej mnie, co wywołuje przerażenie, ale o rodzaj
odwagi, na jaką zdobywam się, kiedy przyznaję sama przed sobą, że ten poniekąd mroczny
kształt naprawdę istnieje! Życie jest krótkie i życie jest ulotne, dlatego tym
bardziej powinniśmy czuć się odpowiedzialni za jego jakość. Śmierć profesora
była dla mnie jednym z momentów przełomowych w tym dość trudnym dla mnie
czasie, kiedy wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że znowu nadszedł
czas na kolejne zmiany i podjęcie – w moim odczuciu skrajnej, bo zerojedynkowej
– decyzji w sprawie przyszłości, którą to decyzję wymusza na mnie życie i
chociaż niedawno intuicyjnie odrzuciłam kuszącą ofertę, to jednak wciąż miałam wątpliwości czy zrobiłam dobrze nie podpisując
cyrografu, zwłaszcza że w pracy zaczęły się dla mnie ciężkie dni odpokutowywania
swojego wyboru w oparach krytyki, niezrozumienia i zdziwienia ze strony
środowiska. Wiadomość o profesorze była obok mojego niereformowalnego idealizmu
jednym z impulsów, dzięki którym znowu uwierzyłam we własną ścieżkę i
przypomniałam sobie, że warto ryzykować i żyć w zgodzie z samym sobą, na
przekór dążeniom i oczekiwaniom innych ludzi. Wiem, że wiele stracę, ale choć
cena jest wysoka, to wiele też zyskam i jedno jest pewne – nie chcę
podporządkowywać się realiom świata wyznaczonym przez kult monety, ani pozwolić
zakuć się w niewolnicze kajdany narzucone przez szeroko pojęty System, który
zabija relację wywyższając transakcję. Nie chcę wchodzić do takiej świątyni. Cały
czas uczę się za to jak odróżniać pożądanie od konieczności i przekonuję się,
że wcale nie potrzebuję wiele, więc odkładam na bok karierę, ambicję, przesadny
intelektualizm oraz wykalkulowany materializm. To nie na tę drabinę chcę się
wspinać. Szkoda mi na to życia. Mówią, że nie ma nic za darmo i nie można mieć
wszystkiego, a ja wolę przegrać świat, ale wygrać duszę niż odwrotnie, dlatego
wierzę, że nawet z pozoru najbardziej chaotyczne, pogmatwane i schizofreniczne
poszukiwanie siebie nigdy nie może być stratą czasu. Ważne, aby nie złożyć się
w ofierze czemuś, w co nie wierzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







