wtorek, 22 grudnia 2015

Skończyliśmy pracę nad ranem, było bardzo zimno. D nie pojechał do siebie, wysiadł za mną z autobusu. Powiedział, że nie mogę spotkać się na kawie z K. chociaż dzień wcześniej mu to nie przeszkadzało. Oskarżył mnie, że chcę Go zdradzić. Zarzucił mi kłamstwo. Wywnioskował tak na podstawie swoich urojonych przypuszczeń, które pomylił z prawdą. Jak na ironię to właśnie On ma za sobą przeszłość niestrudzonego imprezowicza, który co noc spał z inną dziewczyną albo nawet z kilkoma. Szedł za mną przez całą drogę do mieszkania tylko po to, żeby mnie oskarżać i raz po raz powtarzać, że to ja chciałam się rozstać. Nic takiego nie powiedziałam, to D nie chciał mnie słuchać. Kłóciliśmy się na pustej ulicy. Miałam dość, ale On nie pozwolił mi odejść. Kiedy byłam zbyt zirytowana tym, że mnie nie słucha, próbowałam zostawić Go i wrócić do domu, ale On chwytał mnie wtedy za rękę i przyciągał do siebie. Wolał przedłużać agonię. Powiedział, że już mi nie zaufa, ale nie zerwał wprost – zaproponował otwarty związek, co było jeszcze gorsze, bo chwilę potem dodał, że mnie szanuje. Był niesprawiedliwy i bezczelny. Zgwałciłam sama siebie, kiedy dałam mu przeczytać swoje sms – y z K tylko po to, żeby Go uspokoić. Nie zadziałało. Czepiał się detali, a ja zaliczyłam powtórkę z przeszłości. Nie wychodzą mi związki, choć tym razem wzięłam pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i działania. Przynajmniej zaczęłam szanować siebie na tyle, żeby nie widzieć w tym wyłącznie swojej winy. On ma inaczej, bo uznał, że był w porządku w stosunku do mnie. Stwierdził, że to ja zniszczyłam nasz związek, a On tego nie chciał. Wiedziałam, że ma depresję i problemy, którymi mógłby obdzielić kilku ludzi, ale nie przypuszczałam, że będzie tak ciężko. Miałam wrażenie, jakbym dłużej będąc z Nim traciła powoli szacunek do samej siebie i coraz bardziej obwiniała siebie, że nie jestem taka, jaką On chciałby mnie widzieć. Nie tak powinien wyglądać związek… Naiwnie wolałam bawić się w idyllicznego Prometeusza zamiast wziąć pod uwagę jak twarde, okrutne i niewdzięczne potrafi być życie. Tego zimnego poranka proza życia dodatkowo zamroziła mój umysł rozkochany w ideale, choć patrząc na siebie uczciwie nie mogę też nie przyznać, że nie podobały mi się komplementy K. Tyle że nie mógł być to flirt, bo K jest dla mnie aseksualny i nigdy nie zdradziłabym z nim D. Właśnie dlatego uznałam go za bezpieczny teren, który mogę poznać i zyskać w ten sposób dobrego kolegę. Nie przypuszczałam, że D postawi twarde warunki w postaci swojej wypaczonej wersji „oko za oko, ząb za ząb” i próby trzymania mnie na smyczy stworzonej z braku zaufania. To prawda, że nie wiem czy by nam wyszło, bo nie wierzę, że na tym świecie można o czymkolwiek powiedzieć „na zawsze”, nieważne jak bardzo bym tego chciała, ale chciałam się postarać i dać Mu to, o czym marzy. Wiem, że nie jestem idealna. Lubię samotność, lubię się izolować i stwarzać dystans, a do tego bywam nieprzystępna. Nie zawsze potrafię się dzielić, jestem niecierpliwa i nie w każdej sytuacji potrafię być wsparciem. Poza tym kocham wolność, ale dla niego postanowiłam nauczyć się kochać ją nie za wszelką cenę. Nie chciałam kończyć tej znajomości tak szybko i w ten sposób. Dostrzegałam ogromną wartość tego związku. Teraz już wiem, że nie jestem w stanie uratować całego świata, ale mogę przynajmniej starać się uratować swój własny, w którym nikogo nie ma poza mną samą. Może to zwykły egoizm, może strach przed zranieniem, a może najlepszy i najbardziej uczciwy sposób na życie, w którym nie przywiązujesz się do niczego i do nikogo i w ten sposób łatwiej jest Ci odejść?

piątek, 18 grudnia 2015

Może to dziwne, ale wierzę, że porządek w domu równa się uporządkowane życie, a bałagan jest czynnikiem stymulującym rozwój chronicznych chorób w naszym organizmie. Nie zmienia to faktu, że dopiero tuż przed przeprowadzką zorientowałam się, jak wiele zbędnych rzeczy skolekcjonowałam przez ostatnie 2 lata. Nie zauważyłam nawet, że jest ich tak wiele! W ramach zadośćuczynienia postanowiłam stać się minimalistką, bo nieprzywiązywanie się do rzeczy daje przynajmniej poczucie wolności. Powinnam wziąć przykład z Indian, którzy dobrze wiedzieli, że wszystko na tym świecie jest pożyczone, bo przychodzimy i odchodzimy z niego w ten sam sposób – nie posiadając niczego. Jedynym, co ja chcę ze sobą przenosić zmieniając lokalizacje, jest bagaż doświadczeń. Uświadomiło mi to wszystko także niezamierzone i nieoczekiwane wykasowanie z mojego laptopa wszystkich cennych dla mnie danych. Okazało się, że nie mam problemu ze zbytnim przywiązywaniem się do przeszłości, ale nie ufam w swoje siły w 100 % - ach, bo niepotrzebnie zapobiegawczo neutralizuję naturalny strach przed przyszłością za pomocą rozpinania asekuracyjnej pomocniczej liny, która miałaby mnie ochronić przed potencjalnym niebezpieczeństwem. Nie rzucam się z pełnym zaufaniem do otwartej wody bez kamizelki ratunkowej. Na laptopie katalogowałam swoje przemyślenia i wydarzenia z perspektywy upływającego czasu. To było kalendarium mojej przeszłości, z której wyciągałam wnioski. To mnie określało i budowało obraz wartości, w które wierzę, które wyznaję i których nikt nie mógł tak łatwo obalić, poddając w wątpliwość, bo wracając do nich nieustannie przypominały mi kim jestem i kim chcę być. Najwidoczniej byłam za bardzo zamknięta na etapie gromadzenia danych i w końcu nadszedł czas, aby zacząć wprowadzać swoje wartości w życie bez strachu przed odrzuceniem, krytyką czy wstydem. W końcu nadszedł czas, żeby zderzyć się z prawdą o sobie samej, bo na obecnym etapie swojego życia wcale nie uważam, że jestem w porządku w stosunku do innych, choć trudno mi to przyznać. Otaczam się pięknymi wzniosłymi słowami, które są przecież martwe i puste, dopóki nie zostaną wprowadzone w czyn, a ja chcę zmieniać się na lepsze, więc najwyższy czas spojrzeć na siebie i zmieniać to, co mi się nie podoba konfrontując się z nieprzewidywalną rzeczywistością. Nadszedł czas, aby przestać uzależniać się od wiecznej retoryki w postaci pytania: „kim jestem?”, ale zacząć szukać odpowiedzi na nie poprzez działanie i wyciągać własne wnioski. Pora zacząć mierzyć się z losem, bo życie dostarcza mi teraz nadmiaru takich okazji. Wokół mnie są ludzie, którzy domagają się jakiejś formy pomocy. To sprawdzian dla mnie jak budować zdrowe relacje, w których nie ma nienaturalnego przywiązania do drugiej osoby i w których nie zawsze jest wygodnie, ale jest za to obecna bezwarunkowa tolerancja, wsparcie i poświęcony czas, którego nie uznam za zmarnowany.

środa, 9 grudnia 2015

Ghost Rider

D wniknął do mojego świata jak niepozorna trucizna i skaził go swoją niespokojną, nieukojoną, depresyjną duszą, co przyczynia się do tego, że sama coraz częściej ucieleśniam teraz roztargnienie i chaos, ale mimo to świadomie i z premedytacją godzę się na przeciągnie liny w kolejnym skomplikowanym związku, które i tak będą wracać do mnie jak bumerang, bo najwyraźniej nie odrobiłam jeszcze wszystkich lekcji. To przeklęte błogosławieństwo, bo mimo trudności i barier braku porozumienia, takie związki kształcą przecież najbardziej, a D jest nie tylko moim przyjacielem i partnerem, ale też nauczycielem i lustrem, w którym przyglądam się temu, czego w sobie nie akceptuję i co odrzucam. Może właśnie dlatego tak bardzo chcę Mu pomóc i tak bardzo chcę żeby był szczęśliwy, a pomagając Mu i będąc z Nim uczę się przy okazji pokory, cierpliwości, oddania i empatii dla innych i dla samej siebie. Szkoda tylko, że pora roku działa na mnie tak zaciemniająco i znowu zaczynam szukać po omacku dróg wyjścia, potykając się o przeszkody strachu i poczucia zniewolenia. Jesień to „upadek” (ang. „fall”), a ja żyję w otoczeniu nawiedzających mnie zjaw i duchów oraz wśród cieni, które idą za mną krok w krok i domagają się zrozumienia, pocieszenia i wysłuchania. Po co właściwie tu jestem? Czego chcę i co ostatecznie chcę osiągnąć? Dobrze to wiem, ale boję się usłyszeć głośno odpowiedź, bo to przywołuje moje demony, które udało mi się zamknąć w szafie. Na pewno doskonale zdaję sobie sprawę, że nie zrozumiałam jeszcze lekcji o sobie, bo D poznałam dokładnie tego samego dnia i miesiąca, kiedy poznałam mojego eks, tyle że trzy lata później… Już wiem, że historia lubi się powtarzać, a ten związek będzie z jednej strony czyśćcem i sądem, bo w grę wchodzą nasze niedoskonałe, typowo ludzkie uczucia, a z drugiej przeskokiem kwantowym na nowy poziom odczuwania i odbioru rzeczywistości. Na pewno nie chcę, aby ktokolwiek i kiedykolwiek poczuł się zraniony, niedoceniany i niezrozumiany, ale jeśli tak będzie, to wiem, że ja sobie poradzę, ale On za dużo w życiu przeszedł, żeby dokładać Mu zmartwień i mam nadzieję, że chociaż uwielbiam samotność, to mam już w sobie więcej odwagi, aby stawać się lepszym człowiekiem, czyli potrafię udźwignąć ciężar zobowiązań, kompromisów oraz konsekwencje związku, a także uświadomić D jego wartość i znaczenie, które nie zmienią się bez względu na to czy będziemy razem, czy nie. Najgorsze jest to, że im bardziej mi na Nim zależy, tym bardziej jestem niespokojna, tak jakby uczucie do Niego zabierało coś cennego z mojego życia – wolność i zostawiało w zamian lęk związany ze stratą i poświęceniem siebie na próżno, jeżeli nie wyszłoby nam wspólne życie. Może faktycznie jestem egoistką? Może tak właśnie jest, ale czy na pewno jestem nieuczciwa? Czy częściowo nie rozgrzesza mnie silne pragnienie serca, żeby D umiał żyć dla siebie, bo to zdejmie ze mnie odpowiedzialność za Jego los i pozwoli mi spokojnie zaczerpnąć powietrza w tej relacji bez obaw, że mój oddech zabiera Mu tlen i odbiera życie. Boję się popełnić błąd, ale konfrontacja pojęć osobista wolność – wzajemne sprzężenie to pole minowe, szczególnie w naszym przypadku. Czuję się bardzo niekomfortowo z myślą, że D złożył mi siebie w ofierze, traktując jak swój kompas wyznaczający sens życia, który jest jedynym kołem ratunkowym chroniącym Go przed skokiem w bezkresną pustkę, z której może już nie wrócić. To szantaż, którego On nie widzi. Ja z kolei godzę się na Jego reguły gry, bo nie poradzę sobie jeśli D kolejny raz będzie chciał popełnić samobójstwo, tym razem przeze mnie. Czasami ten strach mnie paraliżuje, tak samo jak niepewność, bo póki co nie mam pojęcia, ile ten związek mi jeszcze da, ile zabierze i co najważniejsze – jak długo potrwa, ale wiem, że siedzę w nim po uszy i nie mogę się wycofać, a jeśli nam się nie uda zanim D przejdzie metamorfozę, to wyrzuty sumienia złamią mi skrzydła i doprowadzą do samobiczowania psychicznego, które zmniejszy moje poczucie wartości do punktu poniżej zera i wpędzi do piekła. Nie chcę znowu rozpaść się na kawałki i płacić zbyt wysokiej ceny za swoją słabość, arogancję i porywanie się z motyką na słońce, bo tym razem to już nie jest zabawa w dom, która skończy się kilkoma niewinnymi siniakami i połamanymi zabawkami. Tym razem konsekwencje mogą być ogromne, a On jest zbyt dobrym i mądrym człowiekiem, aby kończyć to życie przed czasem, bo wiele jeszcze może dać światu. Wiele też może jeszcze otrzymać. To przygnębiające, że D nie widzi swojej wartości i nie dostrzega jak jest cenny. Nie powinno tak być, że ludzie dewaluują swoje znaczenie. Z drugiej strony nie powinnam być dla Niego aż tak ważna. Żaden człowiek nie powinien być dla drugiego wyrocznią i mojrą, bo to gwałcenie własnego człowieczeństwa i prawa wolnej woli, ale pomimo wszystkich skaz, jakie widzę w naszej relacji - nie umiem zostawić D dopóki się nie odbuduje i może w tym czasie pokonam przy okazji własne lęki przed zaangażowaniem i utratą wolności? Suma summarum chcę z Nim być do końca. Jeszcze nie wiem jak mam się zachować, bo chcę Mu pomóc, ale On nie powinien przyjmować mojej wizji świata, tylko odkryć swoją własną. Mogę Go inspirować, ale nie chcę, żeby stawiał mnie na piedestale, pomniejszając swoją wartość. Powinnam teraz odnaleźć w sobie niewyczerpane pokłady cierpliwości, wyrozumiałości, wrażliwości, ciepła, wsparcia i oddania, bo chcę z Nim być jak najdłużej, bezgranicznie Mu zaufać i stworzyć razem coś wartościowego, ale nie zniosę symbiozy, która uzależni nas od siebie nawzajem poprzez nałożenie kajdan rutynowego przywiązania, przyzwyczajenia, prawa własności i wyrzutów sumienia. I kto wie – może kiedyś w pokojowy sposób uda mi się wyplątać z pajęczej nici emocjonalnego uzależnienia, w którą D mnie zwabił? Może nikt już nie zginie i wszystko ułoży się szczęśliwie jak w bajce? Może uzdrowimy siebie nawzajem? Jedno jest absolutnie pewne – widzieć światło w ciemności – to mój cel na najbliższe posępne tygodnie, bo lepiej jest zapalić świeczkę niż przeklinać ciemność. Tak więc unoszę się na oceanie własnych lęków, bo z chwilą, kiedy przestanę wierzyć, że potrafię chodzić po wodzie – spadnę w ciemność. 

niedziela, 6 grudnia 2015

Mądrość a inteligencja

Kiedy mieszkałam w domu rodzinnym, pokochałam to, co proste. 

Przekonałam się, że paradoksalnie to właśnie takie życie daje najwięcej satysfakcji i poczucie pełni. Tym samym jednocześnie zmieniło się moje podejście do ludzi. Wiedza akademicka nie jest już w stanie wywołać mojego podziwu. Arogancja osób wykształconych, którzy uważają się za lepszych od innych, razi mnie teraz w oczy i wywołuje sprzeciw. Wolę prostą ludową mądrość niż wyćwiczoną inteligencję. Ta pierwsza zachwyca mnie i fascynuje, bo jest w niej o wiele więcej ciepła, o wiele więcej uroku, o wiele więcej radości i o wiele więcej prawdy.  

Umysł ocenia rzeczywistość ze strachu, serce otwiera się na nią z miłości.   

czwartek, 26 listopada 2015










Kolejna przeprowadzka wiąże się z tym, że kolejny raz usiłuję zreorganizować swoje życie. Nie jest łatwo, bo jestem w Poznaniu już ponad miesiąc, ale nie udało mi się jeszcze wygospodarować wystarczającej ilości czasu dla siebie. Ciągle gdzieś gonię i mam wrażenie, że drogi, którymi się poruszam wykolejają mnie i odciągają od zaplanowanego celu. Pochłonęła mnie materialna strona życia, która wiąże się z zapewnieniem sobie warunków bytowych. Nie mam czasu biegać i nie mam czasu pomyśleć. Czasami w chwilach słabości zastanawiam się, co ja tu właściwie robię? I oczywiście nie znajduję satysfakcjonującej odpowiedzi, która mogłaby mnie uspokoić. Jestem tu po to, żeby doświadczać i wyciągać lekcje – tylko tyle wiem. A gdzie mnie to zaprowadzi? Jak zwykle nie mam pojęcia, ale to jest OK, bo życie nauczyło mnie nie przywiązywać się zbytnio do swoich planów i oczekiwań. Może kiedyś zrozumiem, po co to wszystko i przestanę notorycznie popełniać te same błędy. Może kiedyś dostanę to, czego chcę albo zrozumiem, że jeśli czegoś nie mam, to jest to fart i dar od losu, tyle że teraz tego nie dostrzegam. Życie to naprawdę pudełko czekoladek i najlepiej jest celebrować każde wrażenie smakowe, jakie daje, nie tylko te ulubione, czyż nie? Póki co moje współistnienie z miastem nie jest tak do końca złe, choć nigdy nie będzie to relacja idealna i harmonijna. Na pewno życie ma teraz swoją cenę, którą trzeba zapłacić i chociaż miło jest smakować czy doświadczać miejskiej, czyli wygodnej rzeczywistości, to jednak niewiele się zmieniło – najlepiej, bo najpełniej odpoczywam na łonie natury, odseparowana od hałasów ulicy i bliskiej obecności innych homo sapiens. To daje mi wytchnienie i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – drzewa są moimi najlepszymi przyjaciółmi, bo to z nimi najlepiej się rozumiem, czując energetyczną bliskość, która daje ukojenie i podczas kryzysu ogarniających mnie wątpliwości przypomina mi, że świat jednak jest piękny, a w życiu chodzi o coś więcej niż pieniądze i kariera. Nie po to istniejemy. Na tym polega moja osobista magia codzienności – świat może być wartościowy mimo bieżących problemów, o ile to my sami nadamy mu wartość, piękno i znaczenie poprzez odpowiednie ukierunkowanie swoich myśli. Każdy może użyć czarodziejskiej różdżki swojego umysłu po to, aby zmieniać swoją codzienność. Dla mnie najlepsze i najbardziej stabilne jest to, co zawsze było i to, czego częścią się czuję, czyli to, co pierwotne: ziemia, która pozwala mi się zakorzenić, drzewa, które są dla mnie wzorem siły i wytrwałości, szum wiatru przynoszący zmiany, zwierzęta, które pokazują, że jednym z celów życia jest nieskrępowana naturalność oraz ptaki, które rozbudzają we mnie tęsknotę za podążaniem za marzeniami i wolnością. To mi w jakiś sposób przypomina, że dom jest wszędzie tam, gdzie jestem, bo nie jest to wcale konkretne miejsce na ziemi, tylko suma  odczuć i wrażeń, jakie w sobie wyzwalam. Najwyraźniej okiełznałam swój racjonalny umysł i zdetronizowałam go jako nieomylnego Salomona, a dopuściłam do głosu swoje wewnętrzne dziecko, dzięki czemu teraz jest mi łatwiej i swobodniej żyć. Wiem, że umarłabym mentalnie gdybym wierzyła tylko w to, co widzę i słyszę, bez marginesu bezpieczeństwa w postaci zaufania do pozamaterialnej wielowymiarowej rzeczywistości. W końcu miasto jako sztuczny twór pełen zakazów i nakazów uczy mnie niewielu wartościowych rzeczy, ale jestem tu, a więc muszę nauczyć się sztuki przetrwania w tym swoistym więzieniu, co nieodłącznie wiąże się z koniecznością podporządkowania ustalonym normom i regułom życia społecznego. Muszę być konformistką, choć czasem cierpi na tym moje poczucie wewnętrznej jedności. A może po prostu uczę się zasad, aby wiedzieć jak łamać je we właściwy sposób oraz prawdziwej wolności, która wypływa z wewnątrz? Natura ukierunkowuje mnie i pozwala odpocząć w tym złożonym procesie, a także pokazuje mi siłę prawdy i uczy życia w harmonii z samą sobą, co przekłada się na moje relacje z innymi. Uwielbiam obcować z tą niezakłamaną siłą i towarzyszącymi jej duchami. Dzięki niej widzę życie wszędzie i wszystko ma dla mnie głęboko medytacyjny wymiar, bo cała ziemia odczuwa rzeczywistość na swój unikalny sposób. Co więcej, każda rzecz ma swoje drugie oblicze, a patrzeć można też pozazmysłowo, a iluzja rzeczywistości polega na tym, że nie dostrzegamy innego świata poza miejskimi murami. Tymczasem wystarczy zmienić perspektywę, aby odkryć, że niewiele potrzeba do szczęścia i to my sami jesteśmy za nie odpowiedzialni, bo szczęście to nie jest materia, choć z drugiej strony szczęściem może być wszystko, co nas otacza, bo jest to odczucie mentalne, które nosi się w sobie, opromieniając i upiększając nim swoją rzeczywistość.








czwartek, 19 listopada 2015

Nowa Era


Wszystko zaczęło się od racjonalnego postanowienia rocznej przeprowadzki, która spłynęła na mnie jak orzeźwiające natchnienie mimo pewnej dozy wewnętrznego oporu. Nie wiedząc na co się porywam, uznałam niepewność za swój atut, bo mimo wszystko w obliczu zmian wolę karmić się zaufaniem, nastrojem oczekiwania na prezent od losu i radosnym entuzjazmem niż zatruwać lękiem i obawami o niepewną przyszłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że moje plany związane z Poznaniem legną w gruzach, bo nic nie wyjdzie z kursu, jaki obrałam za główny cel przeprowadzki właśnie pod ten adres. A mogłam jednak wybrać góry, o czym w pewnym momencie zaczęłam nieśmiało marzyć… Pragmatyzm wygrał, a ja poniekąd przegrałam, choć trzeba przyznać, że mój pierwszy kontakt z miastem pozostawił niezatarte wrażenie, bo pierwszą noc w Poznaniu spędziłam w parku. Było… no cóż – owocnie i intensywnie w doznania. Na szczęście choć byłam pierwszy raz w obcym mieście, w dodatku na drugim końcu Polski, to wszystko traktowałam jak przygodę, która weryfikuje mój hart ducha i odwagę, a wyposażona na drogę dodatkowo we wrodzoną naiwność - bardziej spodziewałam się zobaczyć wśród drzew wróżkę czy jednorożca niż zbira, który będzie chciał mi poderżnąć gardło. W sumie dobrze, że miałam takie podejście, bo: a) kiedy okazało się, że miałam zbyt optymistyczne założenia odnośnie bezproblemowego znalezienia noclegu, zamiast przerazić się na śmierć alternatywą nocy w parku, poczułam spokój, że już przynajmniej nie muszę szukać innego miejsca, ani błąkać się po mieście, które po zmierzchu przypomina widmo; b) przecież jakością myśli przyciągamy do siebie określone zdarzenia, a ja byłam niewzruszenie pewna, że nic złego mi się nie stanie. Co więcej, to właśnie wyludnione ulice przerażały mnie bardziej niż opuszczony park, choć nie przypuszczałam, że zostanę skonfrontowana akurat z tą szczególną prawdą o sobie, skoro miałam wówczas wyjechać z domu tylko na 2 dni i w dodatku tylko i wyłącznie po to, aby uczestniczyć w rozmowie kwalifikacyjnej, na którą zostałam zaproszona. Na pewno ten „survival” á la codzienność bezdomnego utwierdził mnie w przekonaniu, że już na zawsze częścią mnie zostanie niereformowalna dzikość, bo miasto za bardzo mnie męczy, a skutecznym remedium na to znużenie jest dla mnie kontakt z naturą, który jest szansą na to, aby dostroić się do świata na metafizycznym poziomie, niezafałszowanym przez pryzmat tzw. cywilizacji. Zresztą wszystko dzieje się przecież po coś i tak też było w moim przypadku, bo okazuje się, że najbardziej zaskakujące i niesamowite zdarzenia w życiu są tak naprawdę najlepszym świadectwem na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i bez wyższej ingerencji. Tak też i ja nie znalazłam się w tym parku przypadkowo. Byłam we właściwym miejscu i o właściwym czasie, żeby poznać człowieka, który rozpocznie nowy etap w moim życiu i będzie chciał je totalnie zrewolucjonizować… Wyreżyserowane przypadki jednak istnieją i nie jest to stylistyczny oksymoron, a raczej niespodziewane, cudowne etapy wyznaczające nowe rozdziały na naszej osobistej linii czasu, które bywają niezobowiązującą przyjemnością, pouczającą metamorfozą, a nieraz są okupowane bólem i stratą związaną ze stanem wewnętrznej śmierci. Wszystko jest zaplanowane, a każdy człowiek, którego spotykamy coś ze sobą wnosi, czasami coś inicjuje, a czasami coś kończy. Jak będzie w moim przypadku? Czas pokaże, ale choć pozytywne myślenie staje się moim nawykiem, to przeczucie mówi, że ciągnie się za mną trudna karma, jeśli chodzi o moje związki z innymi ludźmi, bo sarkastycznie muszę przyznać, że najwyraźniej lubię uczyć się na błędach, a więc ci, którzy wywracali moje życie do góry nogami, to byli jednocześnie moi najwięksi nauczyciele – lustra, w których odbijało się wszystko to, co mnie złości, irytuje i czego sama w sobie nie lubię. Wniosek? Jedyne, co mogę teraz zrobić, to zgodzić się na wszystkie warunki, nie krzywdzić innych, szanować siebie, mieć jasne intencje i wierzyć, że może w końcu nauczę się pokory, akceptacji, cierpliwości i bezwarunkowej miłości do świata, która jest dla mnie ideałem uczucia, jakim można rozświetlać tę planetę. 

sobota, 11 lipca 2015

Bez komentarza

Dzisiaj dowiedziałam się, że zmarł mój promotor pracy magisterskiej i chociaż studia to dla mnie zamierzchły czas, do którego nigdy nie wracam, to jednak tak nieoczekiwane wywołanie duchów przeszłości dość mocno mną wstrząsnęło, mimo że głęboko wierzę w pokrzepiającą w odczuciu wielu reinkarnację. Nie wiem czemu, ale najwyraźniej wydawało mi się, że profesor B. jest niezniszczalny… Takie przynajmniej zawsze sprawiał wrażenie, tylko czy istnieje jakieś trwałe „zawsze”…? A może po prostu im więcej piasku przesypuje się w mojej prywatnej klepsydrze, tym bardziej zwiększa się świadomość na temat Jeźdźców Apokalipsy, którzy zaczynają nabierać coraz bardziej namacalnych kształtów? I nie chodzi wcale o to, że kształt kostuchy jest jakby coraz bliżej mnie, co wywołuje przerażenie, ale o rodzaj odwagi, na jaką zdobywam się, kiedy przyznaję sama przed sobą, że ten poniekąd mroczny kształt naprawdę istnieje! Życie jest krótkie i życie jest ulotne, dlatego tym bardziej powinniśmy czuć się odpowiedzialni za jego jakość. Śmierć profesora była dla mnie jednym z momentów przełomowych w tym dość trudnym dla mnie czasie, kiedy wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że znowu nadszedł czas na kolejne zmiany i podjęcie – w moim odczuciu skrajnej, bo zerojedynkowej – decyzji w sprawie przyszłości, którą to decyzję wymusza na mnie życie i chociaż niedawno intuicyjnie odrzuciłam kuszącą ofertę, to jednak wciąż miałam  wątpliwości czy zrobiłam dobrze nie podpisując cyrografu, zwłaszcza że w pracy zaczęły się dla mnie ciężkie dni odpokutowywania swojego wyboru w oparach krytyki, niezrozumienia i zdziwienia ze strony środowiska. Wiadomość o profesorze była obok mojego niereformowalnego idealizmu jednym z impulsów, dzięki którym znowu uwierzyłam we własną ścieżkę i przypomniałam sobie, że warto ryzykować i żyć w zgodzie z samym sobą, na przekór dążeniom i oczekiwaniom innych ludzi. Wiem, że wiele stracę, ale choć cena jest wysoka, to wiele też zyskam i jedno jest pewne – nie chcę podporządkowywać się realiom świata wyznaczonym przez kult monety, ani pozwolić zakuć się w niewolnicze kajdany narzucone przez szeroko pojęty System, który zabija relację wywyższając transakcję. Nie chcę wchodzić do takiej świątyni. Cały czas uczę się za to jak odróżniać pożądanie od konieczności i przekonuję się, że wcale nie potrzebuję wiele, więc odkładam na bok karierę, ambicję, przesadny intelektualizm oraz wykalkulowany materializm. To nie na tę drabinę chcę się wspinać. Szkoda mi na to życia. Mówią, że nie ma nic za darmo i nie można mieć wszystkiego, a ja wolę przegrać świat, ale wygrać duszę niż odwrotnie, dlatego wierzę, że nawet z pozoru najbardziej chaotyczne, pogmatwane i schizofreniczne poszukiwanie siebie nigdy nie może być stratą czasu. Ważne, aby nie złożyć się w ofierze czemuś, w co nie wierzę.