czwartek, 10 listopada 2016





Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym, że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka, jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia: umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać, uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne: klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje, które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem. Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec, który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to, żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok bez zamykania oczu. Obiecuję.





***


Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty. Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem, stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus. 





niedziela, 16 października 2016



Chłodny sobotni wieczór. Ciemna opuszczona ulica. Wracam do domu po pracy. Zatopiona w myślach sunę pomiędzy blokami nie zdając sobie jeszcze sprawy, że tuż za rogiem czeka mnie spotkanie z pogranicza snu i jawy, spotkanie, którego wolałabym uniknąć, interakcja, której zaczynam żałować już w momencie podjęcia tajemniczego zaproszenia…


***


Znienacka na mojej drodze staje człowiek. To wąsaty mężczyzna po 50 – tce, w długim płaszczu, ubrany na czarno, z zapalonym papierosem w dłoni. Woła: „Hej, ty!”. Myślałam, że potrzebuje pomocy. Reaguję instynktownie: uśmiech i zainteresowanie, odpowiedź: „Słucham”. I już w momencie, w którym wyłonił się z cienia, żeby za wszelką cenę popatrzeć mi w oczy, w chwili, kiedy zobaczyłam jego drwiący półuśmiech i roziskrzone dziwnym blaskiem spojrzenie – poczułam irracjonalny strach. Pożałowałam, że się zatrzymałam, ale było już za późno. Domino już zaczęło się przewracać, a ostatni klocek upadł w momencie, w którym usłyszałam spokojnie wygłoszone proroctwo: „Już nie żyjesz”. Odeszłam nie odwracając się za siebie. Wpadłam do pustego mieszkania i płakałam przez 2 godziny jak małe, wystraszone dziecko. Czy uwierzyłam w przekaz nieznajomego? Oczywiście, że tak! Nawet jeżeli był nawiedzony, nawet jeżeli tylko chciał mnie skrzywdzić czy zepsuć nastrój bredząc bez sensu – słowa, w które wierzymy to potężne narzędzie, które ma moc kształtowania życia, jeżeli pozwolimy zakotwiczyć im się w naszej podświadomości. Nie chciałam wierzyć bezgranicznie, ale zasiane ziarno wątpliwości i pytania w stylu: „a jeśli to prawda, bo skąd mam mieć pewność, że nie?, „jeśli to Mojra skrojona na miarę naszych czasów z wiadomością od Wszechświata?”, są w stanie zburzyć spokój. Tego dnia nieznajomy skutecznie rzucił na mnie klątwę.


***


Tak często narzekam na świat, że jest w nim za mało sacrum. Tak często jestem rozczarowana ludźmi, że zachowują się bardziej jak zwierzęta niż istoty wyższe. A mimo to żal byłoby mi już teraz odchodzić. Bo na tej płaszczyźnie i w tej konkretnej czasoprzestrzeni pojawił się T. Bo wynurzył się z chaosu, a fakt, że Go poznałam uznaję za Boski akt łaski. Bo chociaż wytresowałam się w chowaniu w zakamarkach swojego umysłu jak dzikie zwierzę, to dla Niego wychodzę, choćby mieli mnie złapać i odstrzelić, pokazuję prawdziwą skórę, choćby mieli ją zedrzeć, zlicytować i sprzedać, porzucam huśtanie się na chmurze i patrzenie na świat z wysoka, choćby miało to oznaczać tarzanie się w błocie i brudzie. Bo zaczarował i pokolorował codzienność, która w moich oczach tak często bywa wyprana z blasku jak zużyte ubranie. Bo sprawił, że gwiazdy zaczęły spadać. Bo sprowadził Niebo na Ziemię. Bo wolę nieskończoność pochmurnych ziemskich dni z Nim niż całą słoneczną rajską wieczność bez Niego. Bo kocham Go i nieskończonością, i wiecznością. I już nic tego nie zmieni. Miłość jest niebiańską świątynią, świętym imperium zbudowanym na ziemskim piachu i pyle. I chociaż wiem, że zapewne nieraz zdarzy się, że ten piach i pył wzbije się w powietrze, wpadnie przez otwarte okno, dmuchnie nam w oczy i nas oślepi, to rozwiązanie i sens znajdę zawsze w tym samym miejscu – w pierwotnym miejscu bólu i radości. W miejscu, w którym umarłam i narodziłam się na nowo. W Jego oczach. 

piątek, 30 września 2016

Dum spiro spero


Kolejne zawirowania nieprzewidywalnego losu. I kolejna strata. Mój mały świat znowu nawiedziło trzęsienie ziemi, a żywioł zostawił po sobie obraz zniszczeń, które odciskają piętno na mojej psychice i tamują moje arterie. Kiedy znowu tracę grunt pod nogami w ważnej sferze swojego życia, kolejny raz próbuję odnaleźć i zachować siebie  pod gruzami stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Nie wiem czy jestem przeklęta, czy przeklęłam samą siebie. Wiem jedno: DUM SPIRO SPERO. Powtarzam to jak mantrę, powtarzam jak zaklęcie. 

środa, 14 września 2016

Na początku był Chaos


Ośmielił się wywrócić wartości, zakłócić proporcje. Na miejsce czarnego postawił białe, pomieszał ziemię z niebem, zmienił kierunek Yin i Yang, zawrócił bieg rzeki, sprawił, że ryby zaczęły latać, a lód płonąć. Złamał pradawny paradygmat świata. Zafascynował mnie.

Dokonał tego jednym niewinnym gestem, którego wymowy nie był świadomy.

Na naszym kolejnym spotkaniu wręczył mi jabłko. Jabłko – zakazany owoc. Jabłko – metaforę grzechu.

Kształtują mnie idee. Daję się uwodzić jednej z nich, która ma kształt T. Jest moją biblijną Ewą, chociaż wg mitu powinno być odwrotnie. To ja powinnam być kusicielką. Ale czy to Ewa zerwała jabłko? Czy to wąż nadał ludziom system wartości? Ewa. Eve. Liv. Life. Live. To nie T jest grzechem. To nie jemu się oddaję. Nie On jest kusicielem. Daję się uwieść Życiu.

„Dasz się skusić???” – trywialna sytuacja w komercyjnym Matrixie: tekst spod kapsla popularnego napoju okazał się być ironicznym pytaniem od Losu.

Wróciłam do domu i wiedziona odwieczną ciekawością doświadczania lawiny łamanych zasad, do której zdolna jest tylko Boska glina – zjadłam jabłko. Odpowiedziałam na metaforę. Owoc był słodko – kwaśny. Takie, jakie jest Życie w całym swoim okazałym spektrum. Mam ochotę zburzyć od wewnątrz twierdzę lęku, którą się otoczyłam w obawie przed zranieniem. Chcę pozwolić sobie stać się pustym naczyniem, pogodzonym i przygotowanym na to, aby wypełnić się całą złożonością Życia: światłem i mrokiem, tworzeniem i niszczeniem, materią i duchem, obfitością i pustką, miłością i furią. Jesteśmy prochem utkanym z paradoksów, wcieleniem oksymoronów. Jeżeli Życie miałoby by grzechem, to nikt nie mógłby być zbawiony. Jeżeli jest coś, co daje prawdziwe zbawienie, to jest to transformująca energia wypływająca z akceptacji paradoksów i dualizmu w nas samych. Postanowiłam wypłynąć na głęboką wodę i oddać się Życiu, zaufać, że rzeka, którą wybrałam jest tą właściwą i podobnie jak każda inna, prowadzi do tego samego pierwotnego Źródła, gdzie czeka wybawienie od wszelkich sprzeczności tego świata poprzez zrozumienie, że te sprzeczności nie są niczym innym, jak Boskim porządkiem.


I was standing
You were there
Two worlds collided

And they could never tear us apart

wtorek, 6 września 2016


Znam Go od 20 dni, a kiedy przedwczoraj w uroczy nieśmiały sposób, pełen wątpliwości i nadziei, zapytał o status naszego związku, w przebłysku kolejnej fascynacji czasem pędzącym na złamanie karku, a jednocześnie głęboką, intensywną treścią i ogromem doświadczeń, jaką da się skondensować i ukryć w najkrótszej z chwil, zorientowałam się, że kocham Go tak mocno i dojrzale, jakbyśmy znali się całe wieki. Jakby był częścią mnie już od Wielkiego Wybuchu. To pierwsza osoba, przy której czas nie zwalnia, ale przyspiesza w zastraszającym tempie. To pierwsza osoba, przy której nie chcę uciekać do swojego najwygodniejszego i najbardziej ulubionego świata, w którym króluje samotność i transcendencja. To pierwsza osoba, z którą chcę się scalić w jedność, choćbym miało to oznaczać poświęcenie części siebie.

Oczywiście nie powiedziałam Mu tego. Wspięłam się na oratorskie wyżyny zdaniem: „no chyba jesteśmy w związku”. Przynajmniej było to stwierdzenie, a nie pytanie.


***
Życie jest cudowną nieprzewidywalną niespodzianką, które stale rewiduje moje – wydawać by się mogło – dogmatyczne poglądy na świat. Tym razem, po 29 latach życia w sceptycznej obojętności, w końcu zrozumiałam, że jednak możliwe jest dopełnienie drugą osobą, które nie oznacza straty czy ograniczenia wolności, ale wnosi nową jakość. Daje pełnię i absolut. Co więcej – wydaje mi się, że przy Nim jestem lepszym człowiekiem. W jakiś niepojęty sposób udaje Mu się wywabić mnie ze skorupy zbudowanej z pełnej ironii obojętności do ludzkiego świata, z emocjonalno – psychicznego dystansu, z wyniosłego i jawnie demonstrowanego niezaangażowania w pewien rodzaj haniebnie bliskich, niesmacznie intymnych, zarezerwowanych tylko dla plebsu ze względu na przesadną emfazę – międzyludzkich relacji, i wystawić na widok publiczny hiperwrażliwość, troskę i oddanie, jakie boję się ujawniać zewnętrznemu światu.

T jednak nie działa tylko na moją psychikę i osobowość. On tańczy z moimi zmysłami. Prześladuje mnie Jego zapach i wabiące spojrzenie. Urzeka dotyk, a bez reszty pochłania i oszałamia moment tuż przed pocałunkiem, kiedy udaje mi się opanować i Jego, i siebie, bo w geście masochistycznego odurzenia, wynikającego z zachwytu nad powolnym poznawaniem – gram na zwłokę, nie chcąc, żeby wszystkie karty zostały odkryte, a każda góra zdobyta zbyt wcześnie. Odwlekam moment, kiedy do naszych drzwi zapuka codzienność i rutyna, próbując wyprzeć magię.

Odwlekam ten moment na później. Na miesiąc. Na rok. Na 100 lat. Na zawsze.

Wolę żyć w otoczce błogiej nieświadomości i stanu poddania.


***

I już nie próbuję analizować, czemu nie potrafię przestać się uśmiechać, kiedy jest blisko…? 

wtorek, 23 sierpnia 2016







Postanowiłam wyjechać całkiem sama na weekend w góry. Cel był dwuczłonowy. Po pierwsze miałam przekroczyć swoją granicę komfortu po to, żeby zdobyć zaufanie do samej siebie, wiarę we własne siły oraz hart ducha i pewność siebie. Po drugie – chciałam spojrzeć na swoje życie z dystansu po to, żeby obrać kierunek na przyszłość, który będzie uwzględniał moje potrzeby oraz czynniki, które dadzą mi poczucie szczęścia i satysfakcji. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co może mi się przydać w górach? Doszłam do jednego prostego wniosku: latarka. Niewiele więcej przyszło mi do głowy (a latarka suma summarum w ogóle mi się nie przydała…). Szkoda tylko, że nie wzięłam pod uwagę np. wcześniejszej rezerwacji noclegu… W dzień wyjazdu kolejny raz w życiu stanęłam przed dylematem: zaryzykować, że może nie będę miała gdzie spać i jednak wyjechać, czy zostać i zjawić się w Karkonoszach w innym terminie, w którym tym razem zapnę wszystkie formalności na ostatni guzik? Co wybrałam? Oczywiście pierwszą opcję. Nie mogłam nie pojechać, choćby świat się walił i palił. Ograniczyłam się tylko do zakupu śpiwora, tak na wszelki wypadek. Tak, jestem lekkoduchem. I pierwszy raz w życiu przeraziłam się tym faktem, bo pomimo różnych bezmyślnych sytuacji, jakie tworzę, wciąż żyję i mam się świetnie tak, jakbym żonglowała z losem przeciągając linę na swoją stronę, zawsze spadając jak kot na cztery łapy. Z drugiej strony, lubię oddawać się życiu i działać intuicyjnie. Wtedy każda godzina jest naznaczona głębszym sensem, a wydarzenia obfitują w niecodzienne zwroty akcji. Wtedy w moim życiu dzieją się cuda, kiedy wychodzę ze strefy komfortu z pełnym zaufaniem do świata. Ale wracając do historii z górami w tle: oczywiście brak noclegu to nie był koniec mojego rozkojarzenia. Nie byłabym sobą, gdyby na tym miało się skończyć. Kolejnym wyzwaniem, z którym miałam się zmierzyć był wybór złego pociągu, o czym oczywiście nie miałam zielonego pojęcia, do czasu przybycia konduktora, który sprawdzał bilety, a tak się składa, że czekałam na niego z utęsknieniem, bo chciałam wyjaśnić, czemu ktoś siedzi na moim zarezerwowanym miejscu? Nie uśmiechało mi się okupowanie korytarza przez 6 godzin, w dodatku bez szansy na sen. No cóż, wsiadłam do złego pociągu, a tak bardzo zależało mi na tym, żeby udowodnić samej sobie dobrą organizację. Nie wyszło. Najgorsze było jednak coś innego. To spojrzenie, jakim obdarzył mnie konduktor, kiedy wysłuchał mojej historii o przemyśleniach, jakie chcę zrobić w górach i o sile oraz harcie ducha, jakie chcę w sobie wzmocnić oraz jego stwierdzenie, że chce mnie objąć, przytulić i ochronić przed całym światem. A ja przecież nie potrzebuję opiekuna. Nie potrzebuję księcia na białym koniu, który uratuje mnie z każdych opresji. Nie jestem ani Dziewczynką z zapałkami, ani Czerwonym Kapturkiem. Jak długo jeszcze mam to wszystkim udowadniać? Jadę SAMA w góry i nie tylko zamierzam przetrwać nocując „pod chmurką”, ale planuję też dobrze się bawić. W sumie to wcale nie planuję, ja WIEM, że tak właśnie będzie, bo jestem silniejsza i bardziej zahartowana niż inni są w stanie zauważyć na pierwszy rzut oka. Tylko – no cóż – wsiadłam do złego pociągu, ale czy aby na pewno to była taka zbrodnia i zdrada mojej nieomylnej intuicji, skoro znalazłam w tym pociągu coś innego. Coś, czego nawet nie szukałam. Coś, przed czym uciekałam. Czy ten wypad będzie okazją do zaplanowania życia w pojedynkę, jak pierwotnie zakładałam, czy też moje rozbiegane myśli będą stale wracać do Niego? – „Jeden uśmiech mi nie wystarczy” – obwieścił kilkukrotnie. Zapłaty za pomoc nie życzył sobie jednak odbierać w postaci uśmiechów, ale w formie zaproszenia na kawę. Nie chciał, żebym dziękowała – „Robię to dla siebie” – powiedział z rozbrajającą szczerością. Może mogłam z Nim nie flirtować? Ale był tak przystojny i czarujący, że nie mogłam się powstrzymać. Jemu też nie za bardzo się to udawało, bo rozmawialiśmy przez 4 godziny: T nie mógł wykonywać swojej pracy, ja nie mogłam zbierać sił przed górskimi przechadzkami w pełnym ekwipunku. I stało się. Poddałam się, chociaż chciałam stać się niewzruszoną twierdzą, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęłam i o jakiej myślałam był nowy facet w pobliżu mnie. W dniu, w którym bazując na swoim niedawanym rozstaniu stwierdziłam, że jestem stworzona do samotności, a co najlepsze – dobrze mi z tym, dałam się uwieść przez umysł i hormony, a najgorsze jest to, że być może dałam się także uwieść przez swoje serce, bo pierwszy raz w życiu flirtując z facetem w jednej sekundzie czułam, że chciałabym robić z nim i dla niego wszystko: rozmawiać, dotykać, przytulać się, spacerować, całować, kochać, wspierać, opiekować się, obserwować, słuchać i milczeć, wychowywać razem dzieci, tworzyć dom, robić zakupy, gotować mu obiady, sprzątać, robić drugie śniadanie do pracy, spełniać potrzeby zanim zostaną zwerbalizowane, śmiać się razem i razem płakać. Utonęłam w Jego oczach. I może to tylko moje złudzenia. Może znowu spotkałam tylko kolejną wersję siebie, swojego ego. Nie potrafię przecież zbyt długo żyć w stanie zakochania, bo nie umiem się oszukiwać i karmić iluzją. Nie chcę nałożyć Mu maski, w jakiej chciałabym Go zobaczyć. Tylko na tym etapie jest mi cholernie ciężko się wyciszyć, bo Jego obraz zdominował całą przestrzeń i władczo zagarnął ją dla siebie. I już mogę wyrzucić do kosza niedawną pewność, że jestem zdolna do wyższych uczuć tylko wtedy, kiedy jestem sama, bo związki są dla mnie zbyt ograniczające i nienaturalne. Uznałam, że taki właśnie jest paradoks mojej natury – nie potrafię zdobyć się na zaangażowanie, poświęcenie, kompromis i wsparcie, kiedy mam kogoś zbyt blisko, świetnie wychodzi mi natomiast kochanie z siłą czynnego wulkanu…, ale na odległość. Dzień przed wyjazdem zastanawiałam się nawet, po co w ogóle wchodzę w związki? Do wyboru miałam kilka opcji: bo wmawiam sobie, że jestem słaba i nie poradzę sobie w pojedynkę; bo wzniosły idealizm zaślepia mnie i karmi nadzieją, że istnieje taka forma jak „ten jeden jedyny”, z którego żebra powstałam; bo nasuwa mi się myśl, żeby spróbować żyć tak jak inni, gdyż to jest właściwe, bo tradycyjne; bo moja przekorna, dziecinna natura włóczykija cieszy się na myśl o oderwaniu od rzeczywistości poprzez ekstazę emocji, koktajl myśli, jakie wywołuje wejście w nową relację, gdzie istnieje możliwość przyciągnięcia do siebie drugiego człowieka i odkrywania go kawałek po kawałku. Wygląda na to, że los ze mnie zadrwił, zsyłając istotę, która podważyła moje dogmaty albo jestem po prostu nienasyconym obserwatorem relacji: samopoznania poprzez poznawanie innych.

Ten weekend był owocny w zmiany, jakich się nie spodziewałam: zakochałam się bez pamięci w Karkonoszach i wygląda na to, że chociaż chciałam się zintegrować, to znowu się podzieliłam: moje niewzruszone serce złamało się i zostało ukryte na górskich szlakach, w Jego pięknych przenikliwych oczach i w Jego kokieteryjnym zuchwałym uśmiechu. 









wtorek, 2 sierpnia 2016


Podcinałam sobie żyły z premedytacją po to, żeby Go nakarmić. Oszukiwałam samą siebie, że nie ma w tym nic złego, że tylko przechodząc przez bagno można wspinać się na wyżyny, a im trudniej, tym większe wyzwanie i pewność, że droga jest słuszna, a gra warta świeczki. Nasz wspólny wampiryzm odbierał mi siły i uwięził w poczuciu winy i wyrzutach sumienia. To mnie zabijało. Przekonałam się, że D chciał, żebym była jego poddaną, a nie oddaną. Nie ma większej zbrodni. To bardziej boli niż ciosy, które mi wymierzył i zdrada, której się dopuścił, chociaż przez kobiety, z którymi sypiał dla rozrywki stał się dla mnie obrzydliwy i nie umiałam tego w sobie przełamać. Nie potrafiłam Go dotknąć, odkąd razem zamieszkaliśmy. Teraz to już bez znaczenia. D już nie istnieje w moim życiu. Zdradził mnie, okłamał, kilka razy uderzył w przypływie alkoholowego szału, groził, że mnie zabije, nie pozwolił spać, a następnego dnia dziwił się, że chcę odejść. Nie ma dla mnie większej hipokryzji niż kontynuowanie takiego „związku”. Kiedyś obiecałam, że z Nim zostanę, ale nie za cenę rezygnacji z własnego szczęścia. Nie uznaję takiej ofiary i nie poświęcę się dla człowieka, którego mroczna strona mnie upadla, mimo że dobra – wywyższa. Podobno to nasi wrogowie są naszymi najlepszymi nauczycielami. Przy D uczyłam się szacunku dla ludzkiej słabości i poskramiania destrukcyjnej emocjonalności, ale suma summarum sama jestem kowalem swojego losu, więc uznaję, że Jego rola w moim życiu już się wypełniła. Teraz chcę się odciąć od człowieka, który mnie skrzywdził po to, żeby wyciszyć się i żyć tak, jak dawniej, wierząc i udowadniając sobie samej, że nie jestem takim złym człowiekiem, jakim D nazywał mnie w przypływie nienawiści, oskarżając, że jestem taka sama jak jego wyrodna matka, która się nad Nim znęcała. Jeżeli czegoś jeszcze nie potrafię się pozbyć, żeby zamknąć ten rozdział w swoim życiu, to są to wyrzuty sumienia, że opuszczam człowieka słabego, bo z problemami psychicznymi i wątpliwości czy czasem nie z premedytacją eskalowałam słownie Jego agresję, co byłoby zamierzonym działaniem, które miałoby mnie ostatecznie skłonić do odejścia z dobrym usprawiedliwieniem…? Z drugiej strony nie planowałam i nie chciałam tego, żeby mnie bił, straszył śmiercią i czy to nie głupota zostać z damskim bokserem wierząc, że jeszcze się zmieni, skoro teraz tak bardzo żałuje? Nie przypuszczałam, że D jest zdolny do tego, żeby podnieść na mnie rękę… On ma w sobie spory potencjał i dużo światła, ale ma też równie silny mrok, którego się boję. Nie wejdę z Nim do tej ciemności. To nie moja bajka. Poza tym już wiem, że nie potrafię kochać nikogo miłością z setkami motylami w brzuchu, a moje uczucie i fascynacja raczej płynie falą w kierunku bezpłciowego człowieczeństwa niż indywidualnej jednostki. Albo to ja jestem nienormalna, albo cały świat wokół mnie.



Ostatni raz weszłam w związek z drugim człowiekiem z taką nonszalancją i beztroską oraz z tak ryzykowną egocentryczną pewnością, że osoba obok mnie zmieni się pod moje dyktando, a ja mam w sobie na tyle siły, świadomości i współczucia, żeby rozświetlić mrok, który ta osoba nosi w sobie.