Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy
wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita
pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt
blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o
to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła
rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię
pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego
powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym,
że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko
tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat
to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i
cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam
uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie
zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie
objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam
izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej
natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i
czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka,
jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w
imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę
na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża
mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i
melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim
demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię
czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię
strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne
dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana
przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w
potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej
naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając
się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia:
umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades
i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać,
uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad
różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając
dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne:
klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go
spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na
klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem
wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej
spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego
pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły
mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje,
które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z
drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy
chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później
rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze
było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem.
Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To
miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była
moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat
była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może
jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z
premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na
nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok
prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się
symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki
którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności
we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii
ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie
mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A
ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to
krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie
wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec,
który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej
z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to,
żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok
bez zamykania oczu. Obiecuję.
***
Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana
swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty.
Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak
pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony
rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze
śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia
miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam
tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na
moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem
szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje
moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem,
stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus.
















