wtorek, 28 lutego 2017

Słowo o przeznaczeniu



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Na pewno czujecie to w odniesieniu do konkretnych osób: tych, w których się zakochujecie i tych, z którymi zawieracie przyjaźnie lub też stowarzyszacie się w jakiś sposób. A co jeśli naszym przeznaczeniem są też te osoby, które komplikują nam życie, rzucają kłody pod nogi, unieszczęśliwiają nas, te osoby, przez które płaczemy, te, których się boimy lub te, które nas denerwują i irytują? Może one również są nam przeznaczone, a spotkanie z nimi też nosi w sobie potencjał odnowy? Może trzeba dojrzeć, aby to uchwycić, aby zrozumieć, że jeżeli boli i jest niewygodnie to znaczy to tyle, że coś nowego chce się narodzić i należy to przyjąć, otworzyć się na niedogodności zamiast wzmacniać swój opór. Nawet podczas ćwiczeń fizycznych nakładamy coraz większe obciążenie na dany mięsień po to, aby go wzmocnić – nie istnieje rozwój bez wysiłku. Trudną relację można zatem potraktować jak bodziec do zmiany w formie mobilizującej przeszkody, chociaż nie możemy też wpadać w paranoję, prawda? – jeżeli relacja jest toksyczna i destrukcyjna, wciąż mamy wolną wolę i możemy ją zakończyć, bo czasem przeznaczenie po prostu uczy nas jak wyjść z syndromu ofiary i zdobyć się na asertywność. I nawet kiedy bywa ciężko, a życie wcale nie głaszcze nas po głowie, to przecież w przyrodzie wszystko zmierza w jednym kierunku – istotą zmienności życia jest ewolucja, a ewolucja to postęp.



Każde prawdziwe spotkanie stanowi zawsze „przypadek”. Pociąg się spóźnił i nie spotkałem tego, kogo chciałem spotkać, chociaż niczego nie zaniedbałem. A kiedy indziej, chociaż zaniedbałem to i owo, a może i właśnie dlatego, spotykam. Omawiany rodzaj przypadku ma jednak pewien szczególny charakter, ponieważ gdy już się zdarzy i gdy już moje spotkanie dojdzie do skutku, doznaję natychmiast uczucia, które można by wyrazić słowami: „przecież nie mogło być inaczej”, „musieliśmy” przecież na siebie trafić, byliśmy dla siebie przeznaczeni – aż po takie metafizyczne uczucia, jakie wyraża Arystofanes w „Uczcie” Platona, gdy mówi o ziemskim rozbiciu jedności człowieka na dwie płci, które przeto muszą poszukiwać nawzajem swojej drugiej połowy, aby tę jedność osiągnąć. I w tym tkwi element „łaski”, wypełnia się coś, czego nie można wymagać, czego nie można obliczyć ani wymusić, a co przecież zawiera w sobie swój sens. To jest człowiekowi niezbędne do życia, jednocześnie jednak na to człowiek nie ma wpływu.
(Romano Guardini)



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Jedyne, co musimy zrobić, to podjąć inicjatywę, bo wykonanie kroku automatycznie oznacza naszą zgodę na powitanie tego, co ukrywa się za zakrętem, a czego nie możemy przewidzieć. Możemy wybrać drogę, którą chcemy pójść, bo przeznaczenie jest pewną przestrzenią, w której mogą się wydarzyć te wszystkie zdarzenia i spotkania, które zostały dla nas POTENCJALNIE zaplanowane jako PRAWDOPODOBNY scenariusz. Może w danym momencie istnieje dla każdego z nas wiele różnych, możliwych, dostępnych przestrzeni? I chociaż czasami faktycznie nie musimy robić absolutnie nic, nie podejmować żadnej inicjatywy, tylko po prostu być tam gdzie zawsze, to z doświadczenia wiem, że najbardziej niezapomnianych przeżyć i najbardziej rozwijających spotkań możemy doświadczyć wówczas, gdy sami wychodzimy naprzeciw swojemu przeznaczeniu, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu i działamy inaczej niż zwykle.



Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć.

(Carlos Ruiz Zafón)

piątek, 17 lutego 2017

Chodziliśmy nie szukając się, ale wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć


Działając autonomicznie w większości sfer dążę do uporządkowanego, kontrolowanego, sterylnego życia, co osiągam tylko dzięki samotności, tymczasem pojawia się problem, bo zaangażowanie w relacje i tworzenie wysokojakościowych związków to bardzo energochłonny proces, narzucający konieczność zarządzania czasem i dzielenia się nim z innymi po to, żeby budować wspólne wymiary. Co wybrać jako priorytet i jak pogodzić dążenie „ku ludziom” z potrzebą samotności? Nie mam wątpliwości – choć brzmi to okrutnie egocentrycznie – że moje życie byłoby dużo prostsze i spokojniejsze bez T i psa zagarniających przestrzeń. W każdej chwili mogłabym oddawać się luksusowi odwiedzin swojego wewnętrznego świata w poszukiwaniu natchnienia i inspiracji bez konieczności aktywnego słuchania i wypowiadania łatwych, jednowymiarowych słów po to, żeby zabawić rozmową. W każdej chwili mogłabym


zobaczyć i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.


Byłabym tak niezależna, jak tylko bym chciała i nie miałabym wyrzutów sumienia, że nie poświęcam wystarczającej uwagi temu, co mam dookoła siebie. Życie samotne jest życiem wygodnym. Jednocześnie jest też życiem uboższym, jak chodzenie po linii najmniejszego oporu, bo związki uczłowieczają. Dlatego decydując się na bliską relację, decydujemy się na kompromisy, kiedy zdarzenia wymuszają korektę naszych wyuczonych zachowań, które dawniej zapewniały jednostkową wygodę, ale które przestały być adekwatne do aktualnej sytuacji. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mam problemów z tym, żeby być kryzysową narzeczoną i dozować sobie partnera, nawet jeżeli chodzi o T, bo chociaż tęsknię za Nim, to potrafię też docenić tak trywialne codzienne czynności jak urok snu bez faceta obok. Mogę wtedy bezkarnie zawłaszczyć każdy skrawek łóżka, mogę się wiercić, zagrzebać w pościeli, chrapać, a nawet mówić przez sen – wszystko jest wybaczone, a każdy ruch dozwolony. Tak naprawdę wiele rzeczy mogę robić bez Niego, bez poczucia braku. Właściwie wszystko. Ale kiedy jest obok mnie w nocy, tuli się w łóżku i mocno oplata swoim ciałem – nie zawsze jest wygodnie, ale bywa odkrywczo, kiedy odnoszę wrażenie, że to ciało w jakiś sposób przez mnie pozyskane stało się symbiotyczną częścią mnie: Jego dłoń jest teraz moją dłonią, Jego skóra – moją skórą, Jego twarz – moją twarzą tak, jakby T został wyryty w moim DNA, tak, jakbym słyszała Go w swoim tętnie. A kiedy Go nie ma, zdarza mi się niepodziewanie ogniskować uwagę na zapamiętanych wrażeniach zmysłowych, które mi o Nim przypominają: powraca subtelność Jego zapachu, miękkość skóry, siła dotyku czy słodycz i namiętność pocałunku. Nawet kiedy nie ma Go obok, jest stale obecny. Nieustannie krąży w moich myślach, a wspólne mieszkanie chociaż rodzi nieporozumienia, konflikty i rozczarowania, tylko dowodzi, że


miłość nie jest skarbem, który się posiadło, lecz obustronnym zobowiązaniem.


Tylko czy jestem gotowa na podejmowanie zobowiązań, skoro stale wyolbrzymiam rysy na szkle do granic rozsądku i dobrego smaku, bo z T nie spijamy słów ze swoich ust, na siłę próbujemy przeforsować własne zdanie, a słowa są w naszym przypadku często źródłem nieporozumień: krążą wokół nas, irytują, prowokują i wyprowadzają z równowagi. Te słowa tworzą bariery nie do przekroczenia i góry nie do zdobycia. A ponieważ nie ukrywam tego, że osobowościowo jestem produktem współczesnych czasów – indywidualistką, dla której sensem istnienia jest niezależność i samorozwój, to nieraz pojawiają się wątpliwości związane z moją potrzebą i zasadnością bycia w związku…


Czy skupienie na rozwoju zamiast poświęcenie czasu na budowę podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina to cywilizacyjny postęp, czy regres? Czy trzeba kultywować tradycję i zakurzony relikt przeszłości – poświęcenie, służbę drugiemu człowiekowi, czy może warto korzystać z nowopowstałej przestrzeni kierowania uwagi na siebie, nawiązania relacji z samym sobą? W końcu nie jesteśmy w stanie zrozumieć innych, bo każdy z nas jako jednostka pozostaje


niewypowiedziana,


więc może naszym głównym celem jest poznanie samych siebie? Zresztą czy to ponadczasowy dogmat, że jako istota ludzka możemy spełniać się tylko w drugim człowieku? Nie jestem tego pewna, ale jestem w stanie przyznać, że:


spotkanie człowieka z człowiekiem niesie ze sobą taką siłę perswazji, że zdolne jest zmienić radykalnie stosunek człowieka do otaczającego go świata, ukształtować na nowo sposób bycia człowieka w tym świecie, zakwestionować uznawaną dotychczas hierarchię wartości.



Inni ludzie poszerzają nasze perspektywy i dzięki nim dojrzewamy. W takim razie jak zachować niezależność, a jednocześnie współzależeć z innymi? Jak rozpoznać, które mosty przekraczać, a które palić? Jak pogodzić sprzeczne wartości: pragnienie wspólnoty i potrzebę odosobnienia? Jak się porozumieć, jeśli nasze umysły komunikują się za pomocą różnych funkcji poznawczych? Czy ekstrawertyk jest w stanie zrozumieć introwertyka? Czy osoba doświadczająca świata za pomocą emocji i intuicji jest w stanie dogadać się z racjonalistą posługującym się percepcją? Jak żyć z innymi nie zapominając o sobie? I czy jest to w ogóle możliwe??? 

środa, 1 lutego 2017



Życie zawsze było dla mnie sztuką dokonywania wyborów. Aktualnie, przy okazji melancholii związanej z kolejną rocznicą, dochodzę do wniosku, że życie to raczej sztuka rozwiązywania problemów. Tak jak mówił Karl Popper – wszystko co żyje, poszukuje lepszego świata, a najbliżej odkrycia są ci, którzy najaktywniej mierzą się z problemami, ci, którzy nie boją się trudów związanych z poszukiwaniem.



***



Problemy są stale obecne i tego nie zmienię, ale mam wpływ na swój odbiór sytuacji. Mogę żywcem zagrzebać się w problemach albo mogę próbować uprościć sobie życie i zyskać w ten sposób więcej spokoju nawet wtedy, kiedy wydaje mi się, że tracę grunt pod stopami. Im mniej mam, tym mniej mam do stracenia, im bardziej selekcjonuję wartości, tym bardziej jestem oddana tym, które pozostają. 

czwartek, 24 listopada 2016



Na szczęście w miłości zaczęło się dużo lepiej układać. Przez błędy w komunikacji ostatnio zdarzało nam się irytować na siebie nawzajem, pojawił się też dystans, którego nie umieliśmy przeskoczyć od mojej pamiętnej wyprawy do Trójmiasta oraz cienie z naszych przeszłości zagrażające teraźniejszości, ale w końcu udało nam się szczerze porozmawiać i wyjaśnić kilka spraw, które ostatecznie na koniec dnia zaprowadziły nas do słodkich początków, kiedy przebywaliśmy ze sobą, nie wychodząc z krainy płynącej mlekiem i miodem. Szkoda tylko, że raju nie da się zarezerwować na wieczność, choć kiedy jeszcze trwa, nie warto myśleć o wygnaniu.


Z T spotkaliśmy się w galerii, bo przewidywałam na ten dzień babskie zakupy, które chciałam zakończyć jak najwcześniej i jak najszybciej, najlepiej z pełnym sukcesem w postaci jakiegoś trofeum. Jego współtowarzyszenie mi w tej czynności okazało się niezbyt trafionym pomysłem, bo T nie cierpi tego aktu jak większość osobników płci męskiej oraz – nie ukrywajmy tego – równie mocno jak ja, co czyni ze mnie dość ułomną kobietę pod tym względem. Buszowanie w tkaninach, wzorach i krojach celem upolowania zdobyczy, wywołuje we mnie irracjonalny stan paniki i dezorientacji, z którym nie umiem sobie poradzić. Naiwnie założyłam jednak, że Jego pomoc przyspieszy operację dokonywania wyboru. Niestety, T nie okazał się zbyt miarodajny, skoro na moje prośby pomocy przekonujące, że podczas jakże trudnej dla mnie sztuki dokonywania wyborów konsumpcyjnych branży odzieżowej, absolutnie muszę mieć przy sobie kogoś, kto mi doradzi, w czym dobrze wyglądam, odparł, że pięknie mi we wszystkim, a najlepiej wyglądam bez niczego… (!) Zbyłam ten komentarz wymownym milczeniem.


Po powrocie do mnie starałam zajmować już tylko Nim, zwłaszcza że sytuacja tego wymagała – T był zestresowany szeregiem badań, jakie miał wykonać w związku ze zmianą stanowiska. Nie uniknęliśmy jednak trudnych tematów, które prędzej czy później i tak musiały wypłynąć i chociaż targa mną ostatnio mnóstwo wątpliwości i mało optymistycznych intuicji, o których Mu opowiedziałam, to T wcale ich nie rozwiał, co mnie zaskoczyło. Mam teraz 2 wyjścia: albo zamknę się w ramach bezpiecznej powściągliwości, blokując się na przepływ w kierunku coraz bardziej szerokich wód w naszej znajomości, albo rzucę się w ten nieokiełznany i nieodgadniony nurt pomimo wszystko. Pomimo wiedzy, którą zdobyłam, pomimo niepewności i niepokojów, którym ta wiedza towarzyszy.



W bliskich związkach międzyludzkich za bardzo dążę do poczucia pewności, którego nigdy nie zdobędę, a ponieważ nikt nie może być moim wrogiem, dopóki nie potraktuję go jako zagrożenia dla tego, w co wierzę, a każde miejsce, którego bronię jest jednocześnie tym miejscem, które sprawia mi ból, to jeżeli chcę się rozwijać, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odpiąć asekuracyjne liny i skoczyć. 

środa, 16 listopada 2016



T dostał awans i wyjeżdża na 3 – miesięczne szkolenie do Warszawy, co oznacza, że kiedy w końcu znalazłam w sobie odwagę, aby przyznać się samej sobie, że to co do Niego czuję jest wielkie, kiedy w końcu dojrzałam do zaangażowania, troski i bliskości, kiedy w końcu jestem gotowa tracić dla Niego i rezygnować z uroków samotności – On wyjeżdża. Czy życie nie bywa przekorne i przewrotne? Cieszę się, że T się rozwija i jest doceniany, ale zabolała mnie ta nowina, bo nie chcę rozłąki. Nie teraz. Nie w momencie, w którym mam wrażenie, że i tak już zaczęliśmy się nieco od siebie oddalać, bo dystans pomiędzy Gnieznem a Poznaniem zdaje się być większy, a my dostrzegamy mniej możliwości spontanicznego spotkania niż na początku. Z uwagi na to, że widujemy się zwykle późnym wieczorem, coraz częściej zaczyna nas łączyć głównie łóżko. Mamy tylko skrawki ukradzionego czasu dla siebie, a w tych ochłapach trudno jest się sobą nasycić i jeszcze próbować ułożyć kilka cegieł, które staną się fundamentem naszego związku. Opór nie ma jednak sensu, bo i tak nie zmieni harmonogramów naszych codziennych zajęć, zwłaszcza teraz, kiedy Jego ambicje zawodowe domagają się zaspokojenia i wiążą się z wyjazdem. Widocznie tak ma być: kiedy ośmielam się obwieścić: „chwilo trwaj!”, czujna Nemezis pyta: „czyżby?”. I akurat w tej chwili pewnie jest mi w dalszym ciągu pisane zgłębianie uroków samotności, chociaż z tak wielką odwagą podjęłam decyzję, żeby oddać Mu czas, na co nie mógł liczyć żaden inny przed Nim. Ale niech jedzie. Pomacham Mu białą chusteczką na pożegnanie, a co będzie dalej – czas pokaże.


Jeżeli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci do Ciebie, jest twoje,
jeśli nie – nigdy twoje nie było.



Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić i czekać wiernie na Jego powrót. Wienie jak Penelopa. Oby Odyseja nie trwała zbyt długo, i oby T nie zbłądził po drodze. I obym sama nie zdystansowała się za bardzo, bo wtedy dojdzie do sytuacji, w której może mieć moje ciało, może posmakować mojej duszy, mogę go nawet wprowadzić w zawiły labirynt swojego umysłu, ale pomimo tego wszystkiego i tak nie przestanę być bardziej odległa niż latarnia na pełnym morzu. Mogłoby to być dobre dla nas, bo ta latarnia może mu wskazywać i rozświetlać kierunek powrotny, ale zalewająca fala wątpliwości czyni ją bardzo niepewną i chwiejną emocjonalnie opcją. To opcja, której rozmyte kontury mogą ulec przeobrażeniu, a kiedy z daleka ciepłe światło latarni okazuje się z bliska pirackim statkiem widmo, można oczekiwać tylko strat, lamentu, chaosu i grabieży. I niestety, dla mojego umysłu kreacja koszmarów z wyobraźni nie zna granic. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak obwieścić, że nie poddam się i jeśli będzie trzeba, to będę wychodzić poza swoje dawno ustalone, wygodne kształty, byle tylko nie dopuścić do naszego emocjonalnego, umysłowego i duchowego oddalenia, skoro cielesna bliskość jest na razie w zawieszeniu. Za bardzo mi na Nim zależy, żeby z Niego zrezygnować. I mogę czekać nawet wieki na Jego powrót dopóki wiem, że mnie kocha i dopóki mam pewność, że chce ze mną być. 

czwartek, 10 listopada 2016





Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym, że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka, jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia: umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać, uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne: klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje, które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem. Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec, który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to, żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok bez zamykania oczu. Obiecuję.





***


Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty. Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem, stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus. 





niedziela, 16 października 2016



Chłodny sobotni wieczór. Ciemna opuszczona ulica. Wracam do domu po pracy. Zatopiona w myślach sunę pomiędzy blokami nie zdając sobie jeszcze sprawy, że tuż za rogiem czeka mnie spotkanie z pogranicza snu i jawy, spotkanie, którego wolałabym uniknąć, interakcja, której zaczynam żałować już w momencie podjęcia tajemniczego zaproszenia…


***


Znienacka na mojej drodze staje człowiek. To wąsaty mężczyzna po 50 – tce, w długim płaszczu, ubrany na czarno, z zapalonym papierosem w dłoni. Woła: „Hej, ty!”. Myślałam, że potrzebuje pomocy. Reaguję instynktownie: uśmiech i zainteresowanie, odpowiedź: „Słucham”. I już w momencie, w którym wyłonił się z cienia, żeby za wszelką cenę popatrzeć mi w oczy, w chwili, kiedy zobaczyłam jego drwiący półuśmiech i roziskrzone dziwnym blaskiem spojrzenie – poczułam irracjonalny strach. Pożałowałam, że się zatrzymałam, ale było już za późno. Domino już zaczęło się przewracać, a ostatni klocek upadł w momencie, w którym usłyszałam spokojnie wygłoszone proroctwo: „Już nie żyjesz”. Odeszłam nie odwracając się za siebie. Wpadłam do pustego mieszkania i płakałam przez 2 godziny jak małe, wystraszone dziecko. Czy uwierzyłam w przekaz nieznajomego? Oczywiście, że tak! Nawet jeżeli był nawiedzony, nawet jeżeli tylko chciał mnie skrzywdzić czy zepsuć nastrój bredząc bez sensu – słowa, w które wierzymy to potężne narzędzie, które ma moc kształtowania życia, jeżeli pozwolimy zakotwiczyć im się w naszej podświadomości. Nie chciałam wierzyć bezgranicznie, ale zasiane ziarno wątpliwości i pytania w stylu: „a jeśli to prawda, bo skąd mam mieć pewność, że nie?, „jeśli to Mojra skrojona na miarę naszych czasów z wiadomością od Wszechświata?”, są w stanie zburzyć spokój. Tego dnia nieznajomy skutecznie rzucił na mnie klątwę.


***


Tak często narzekam na świat, że jest w nim za mało sacrum. Tak często jestem rozczarowana ludźmi, że zachowują się bardziej jak zwierzęta niż istoty wyższe. A mimo to żal byłoby mi już teraz odchodzić. Bo na tej płaszczyźnie i w tej konkretnej czasoprzestrzeni pojawił się T. Bo wynurzył się z chaosu, a fakt, że Go poznałam uznaję za Boski akt łaski. Bo chociaż wytresowałam się w chowaniu w zakamarkach swojego umysłu jak dzikie zwierzę, to dla Niego wychodzę, choćby mieli mnie złapać i odstrzelić, pokazuję prawdziwą skórę, choćby mieli ją zedrzeć, zlicytować i sprzedać, porzucam huśtanie się na chmurze i patrzenie na świat z wysoka, choćby miało to oznaczać tarzanie się w błocie i brudzie. Bo zaczarował i pokolorował codzienność, która w moich oczach tak często bywa wyprana z blasku jak zużyte ubranie. Bo sprawił, że gwiazdy zaczęły spadać. Bo sprowadził Niebo na Ziemię. Bo wolę nieskończoność pochmurnych ziemskich dni z Nim niż całą słoneczną rajską wieczność bez Niego. Bo kocham Go i nieskończonością, i wiecznością. I już nic tego nie zmieni. Miłość jest niebiańską świątynią, świętym imperium zbudowanym na ziemskim piachu i pyle. I chociaż wiem, że zapewne nieraz zdarzy się, że ten piach i pył wzbije się w powietrze, wpadnie przez otwarte okno, dmuchnie nam w oczy i nas oślepi, to rozwiązanie i sens znajdę zawsze w tym samym miejscu – w pierwotnym miejscu bólu i radości. W miejscu, w którym umarłam i narodziłam się na nowo. W Jego oczach.