czwartek, 24 listopada 2016



Na szczęście w miłości zaczęło się dużo lepiej układać. Przez błędy w komunikacji ostatnio zdarzało nam się irytować na siebie nawzajem, pojawił się też dystans, którego nie umieliśmy przeskoczyć od mojej pamiętnej wyprawy do Trójmiasta oraz cienie z naszych przeszłości zagrażające teraźniejszości, ale w końcu udało nam się szczerze porozmawiać i wyjaśnić kilka spraw, które ostatecznie na koniec dnia zaprowadziły nas do słodkich początków, kiedy przebywaliśmy ze sobą, nie wychodząc z krainy płynącej mlekiem i miodem. Szkoda tylko, że raju nie da się zarezerwować na wieczność, choć kiedy jeszcze trwa, nie warto myśleć o wygnaniu.


Z T spotkaliśmy się w galerii, bo przewidywałam na ten dzień babskie zakupy, które chciałam zakończyć jak najwcześniej i jak najszybciej, najlepiej z pełnym sukcesem w postaci jakiegoś trofeum. Jego współtowarzyszenie mi w tej czynności okazało się niezbyt trafionym pomysłem, bo T nie cierpi tego aktu jak większość osobników płci męskiej oraz – nie ukrywajmy tego – równie mocno jak ja, co czyni ze mnie dość ułomną kobietę pod tym względem. Buszowanie w tkaninach, wzorach i krojach celem upolowania zdobyczy, wywołuje we mnie irracjonalny stan paniki i dezorientacji, z którym nie umiem sobie poradzić. Naiwnie założyłam jednak, że Jego pomoc przyspieszy operację dokonywania wyboru. Niestety, T nie okazał się zbyt miarodajny, skoro na moje prośby pomocy przekonujące, że podczas jakże trudnej dla mnie sztuki dokonywania wyborów konsumpcyjnych branży odzieżowej, absolutnie muszę mieć przy sobie kogoś, kto mi doradzi, w czym dobrze wyglądam, odparł, że pięknie mi we wszystkim, a najlepiej wyglądam bez niczego… (!) Zbyłam ten komentarz wymownym milczeniem.


Po powrocie do mnie starałam zajmować już tylko Nim, zwłaszcza że sytuacja tego wymagała – T był zestresowany szeregiem badań, jakie miał wykonać w związku ze zmianą stanowiska. Nie uniknęliśmy jednak trudnych tematów, które prędzej czy później i tak musiały wypłynąć i chociaż targa mną ostatnio mnóstwo wątpliwości i mało optymistycznych intuicji, o których Mu opowiedziałam, to T wcale ich nie rozwiał, co mnie zaskoczyło. Mam teraz 2 wyjścia: albo zamknę się w ramach bezpiecznej powściągliwości, blokując się na przepływ w kierunku coraz bardziej szerokich wód w naszej znajomości, albo rzucę się w ten nieokiełznany i nieodgadniony nurt pomimo wszystko. Pomimo wiedzy, którą zdobyłam, pomimo niepewności i niepokojów, którym ta wiedza towarzyszy.



W bliskich związkach międzyludzkich za bardzo dążę do poczucia pewności, którego nigdy nie zdobędę, a ponieważ nikt nie może być moim wrogiem, dopóki nie potraktuję go jako zagrożenia dla tego, w co wierzę, a każde miejsce, którego bronię jest jednocześnie tym miejscem, które sprawia mi ból, to jeżeli chcę się rozwijać, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odpiąć asekuracyjne liny i skoczyć. 

środa, 16 listopada 2016



T dostał awans i wyjeżdża na 3 – miesięczne szkolenie do Warszawy, co oznacza, że kiedy w końcu znalazłam w sobie odwagę, aby przyznać się samej sobie, że to co do Niego czuję jest wielkie, kiedy w końcu dojrzałam do zaangażowania, troski i bliskości, kiedy w końcu jestem gotowa tracić dla Niego i rezygnować z uroków samotności – On wyjeżdża. Czy życie nie bywa przekorne i przewrotne? Cieszę się, że T się rozwija i jest doceniany, ale zabolała mnie ta nowina, bo nie chcę rozłąki. Nie teraz. Nie w momencie, w którym mam wrażenie, że i tak już zaczęliśmy się nieco od siebie oddalać, bo dystans pomiędzy Gnieznem a Poznaniem zdaje się być większy, a my dostrzegamy mniej możliwości spontanicznego spotkania niż na początku. Z uwagi na to, że widujemy się zwykle późnym wieczorem, coraz częściej zaczyna nas łączyć głównie łóżko. Mamy tylko skrawki ukradzionego czasu dla siebie, a w tych ochłapach trudno jest się sobą nasycić i jeszcze próbować ułożyć kilka cegieł, które staną się fundamentem naszego związku. Opór nie ma jednak sensu, bo i tak nie zmieni harmonogramów naszych codziennych zajęć, zwłaszcza teraz, kiedy Jego ambicje zawodowe domagają się zaspokojenia i wiążą się z wyjazdem. Widocznie tak ma być: kiedy ośmielam się obwieścić: „chwilo trwaj!”, czujna Nemezis pyta: „czyżby?”. I akurat w tej chwili pewnie jest mi w dalszym ciągu pisane zgłębianie uroków samotności, chociaż z tak wielką odwagą podjęłam decyzję, żeby oddać Mu czas, na co nie mógł liczyć żaden inny przed Nim. Ale niech jedzie. Pomacham Mu białą chusteczką na pożegnanie, a co będzie dalej – czas pokaże.


Jeżeli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci do Ciebie, jest twoje,
jeśli nie – nigdy twoje nie było.



Nie pozostaje mi nic innego, jak puścić i czekać wiernie na Jego powrót. Wienie jak Penelopa. Oby Odyseja nie trwała zbyt długo, i oby T nie zbłądził po drodze. I obym sama nie zdystansowała się za bardzo, bo wtedy dojdzie do sytuacji, w której może mieć moje ciało, może posmakować mojej duszy, mogę go nawet wprowadzić w zawiły labirynt swojego umysłu, ale pomimo tego wszystkiego i tak nie przestanę być bardziej odległa niż latarnia na pełnym morzu. Mogłoby to być dobre dla nas, bo ta latarnia może mu wskazywać i rozświetlać kierunek powrotny, ale zalewająca fala wątpliwości czyni ją bardzo niepewną i chwiejną emocjonalnie opcją. To opcja, której rozmyte kontury mogą ulec przeobrażeniu, a kiedy z daleka ciepłe światło latarni okazuje się z bliska pirackim statkiem widmo, można oczekiwać tylko strat, lamentu, chaosu i grabieży. I niestety, dla mojego umysłu kreacja koszmarów z wyobraźni nie zna granic. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak obwieścić, że nie poddam się i jeśli będzie trzeba, to będę wychodzić poza swoje dawno ustalone, wygodne kształty, byle tylko nie dopuścić do naszego emocjonalnego, umysłowego i duchowego oddalenia, skoro cielesna bliskość jest na razie w zawieszeniu. Za bardzo mi na Nim zależy, żeby z Niego zrezygnować. I mogę czekać nawet wieki na Jego powrót dopóki wiem, że mnie kocha i dopóki mam pewność, że chce ze mną być. 

czwartek, 10 listopada 2016





Właściwie zaczęłam chorować od razu kiedy wyszedł, bo to nie było dobre spotkanie. Nie miałam nastroju, byłam przybita pracą i modliłam się tylko o to, żeby zostawił mnie już samą, bo kiedy był zbyt blisko – stał w pierwszej linii do ostrzału. Bałam się o Jego kuloodporność, o to ile serii jest w stanie znieść zanim ostatecznie pokona Go moja siła rażenia? A tak się składa, że kiedy jestem sfrustrowana wyję, gryzę i drapię pazurami. Jestem dzika, niecywilizowana i niepohamowana. I nie potrafię tego powstrzymać. Wciąż miewam kryzysy, podczas których nie mogę pogodzić się z tym, że świat nie jest słodki jak wata cukrowa, a związków nie wypełniają tylko tęczowe barwy. Zaślepiona ideałami nie potrafię przyjąć do wiadomości, że świat to przypływy i odpływy, życie i śmierć, troska i okrucieństwo, radość i cierpienie, krew i śmiech. A ja też jestem tym światem. W miłości zaczęłam uciekać, dystansować się, desperacko pożądać samotności, bo skoro nic się nie zmienia i mój osobisty cykl obumierania, przestoju, chowania się w siebie objawia się drapieżczymi skłonnościami w stosunku do innych, to postanowiłam izolować Go od siebie, bo nie chcę, żeby zbyt dobrze poznał tę część mojej natury, kiedy nie jestem już subtelną łagodną Selene, która roztacza urok i czar, a wiedźmowatą i przerażającą Hekate, która pali i niszczy. Jestem taka, jaki jest świat – w jednej chwili kreuję i otaczam ochroną, w drugiej zabijam w imię pradawnych instynktów. Pielęgnuję w sobie archetyp Persefony: raz wychodzę na światło dnia, raz schodzę do ciemności. A w momentach, w których pogrąża mnie Hades wyrzekam się siebie, swojej ciemnej strony, zmienności nastrojów i melancholii. Podczas naszego ostatniego spotkania dałam się uwieść swoim demonom. Byłam o włos od wypowiedzenia klątwy: „nic z tego nie będzie”. W imię czego? W imię irracjonalnych osądów mojego przeintelektualizowanego umysłu. W imię strachu przed miłością i bliskością. Dlatego też w trosce o nasze wspólne dobro, przygnieciona przez wątpliwości i wyrzuty sumienia, naelektryzowana przez naturalną skłonność do buntu i opiewania swojej niepodległości, w potrzebie określenia swojej roli w związku – dałam się porwać swojej dzikiej naturze, rozkochanej w nieskrępowanej wolności samotności, brutalnie odcinając się od Niego i uciekając nad morze po to, żeby dokonać rytuału przejścia: umrzeć i narodzić się na nowo. Po to, żeby zejść do Otchłani, przepłynąć Hades i przywitać się ze Śmiercią. Po to, żeby dać się utopić, spopielić, porwać, uziemić żywiołom na zewnątrz i we mnie. Po to, żeby nauczyć się panować nad różnymi aspektami swojej złożonej natury i pokochać każdą z nich, nie dając dyktatorskiej władzy nad sobą żadnej. Do tego celu wybrałam miejsce idealne: klify. Traf chciał, że spotkałam tam T. Chciałam być sama, ale i tak Go spotkałam. Akurat wysiadłam z pociągu, zastanawiając się jak dostanę się na klify, On zdaje się chciał wrócić do domu, ale zmienił zamiar, kiedy przypadkiem wpadliśmy na siebie w tunelu. W plątaninie dworców, tuneli, pociągów sprzyjającej spotkaniom znowu połączył nas patron tych miejsc – Merkury. Tak jak podczas naszego pierwszego spotkania. Jego nieoczekiwana obecność i moja choroba rozkojarzyły mnie. Nie wiedziałam jak się zachować. Z jednej strony ze względu na intencje, które towarzyszyły mi w tej podróży, pożądałam i potrzebowałam samotności, z drugiej strony całą sobą wyrywałam się do Niego z niemal psim oddaniem. Spędziliśmy chwilę razem. Poszliśmy na plażę. Narysował serce na piasku. A później rozstaliśmy się: On wrócił do domu, ja wróciłam na wyznaczony szlak ofiarny. Morze było niespokojne, upiorne, pogoda deszczowa, a ja rozpalona i przytłoczona przeziębieniem. Byłam na to przygotowana i chciałam tego. Chciałam, żeby było jak najtrudniej. To miało być moje Piekło, ale nie dążyłam do samounicestwienia. Niewygoda była moją modlitwą, prośbą usiłującą przebłagać bogów. Gotowość na poniesienie strat była opłatą dla Charona, wykazującą moją determinację i gotowość na inicjację. Może jestem szalona? A może nie, bo skoro podświadomość uwielbia metafory, to z premedytacją mogę zafundować jej prawdziwy rytuał, który wyprowadzi mnie na nowe fale odczuwania i percepcji, bo z chwilą kiedy założyłam, że każdy krok prowadzi mnie do osiągnięcia celu, spontaniczny wypad nad morze stał się symboliczną bramą otwierającą mnie na nowe kanały przepływu informacji, dzięki którym zmierzam do głębszego rozumienia świata, integracji światła i ciemności we mnie, pogodzenia wzniosłego idealizmu i pierwotnych instynktów, komunii ziemi i nieba, powiązania cywilizacji z dzikością. Zdałam sobie sprawę, że nie mogę odrzucić dzikiej strony swojej natury, bo to ona łączy mnie z ziemią. A ziemia bywa brudna, nieokiełznana i pierwotna. Naucza o przemijalności. Ziemia to krew, zęby i kości. Ziemia to także współodczuwająca istota, który przyjmie wszystko. To z niej kiełkuje i rozkwita życie. Co to dla mnie oznacza? Taniec, który od dziś doskonalę jest rytmem Życia i Śmierci, melodią pokory pogodzonej z naturalnym cyklem narodzin i przemijania, z nieustraszoną gotowością na to, żeby cyklicznie tracić i przyjmować, cokolwiek by to było. Zniosę każdy widok bez zamykania oczu. Obiecuję.





***


Efekt oddalenia z T jest taki, że zostałam pokonana swoją własną bronią, z czym jest mi trudno się pogodzić. Jestem chora z tęsknoty. Więdnę i usycham przez Jego przedłużającą się nieobecność w moim życiu. Kocham jak pies – bezwarunkowo i wiernie. To przywiązanie i oddanie z jednej strony rozbudza we mnie jakąś wrażliwą, czułą nutę, a z drugiej – kojarzy mi się ze śmiercią, bo kiedy tak kocham osłabiam swoją wrodzoną niezależność, a ta psia miłość udomawia mnie i oswaja. Z chwilą, kiedy odwołałam straże i przestałam tak pilnie strzec swoich granic, dałam T prawo do honorowego obywatelstwa na moim terenie. Jeżeli to nie jest miłość pisana Caps Lockiem, to naprawdę jestem szalona albo nie istnieję, bo to, co teraz czuję – realne czy nie – kształtuje moje kontury i wypełnia barwą. Jeżeli to nie jest rzeczywiste, to ja też nie jestem, stając się obrazem na płótnie, w który tchnęła oddech Wenus. 





niedziela, 16 października 2016



Chłodny sobotni wieczór. Ciemna opuszczona ulica. Wracam do domu po pracy. Zatopiona w myślach sunę pomiędzy blokami nie zdając sobie jeszcze sprawy, że tuż za rogiem czeka mnie spotkanie z pogranicza snu i jawy, spotkanie, którego wolałabym uniknąć, interakcja, której zaczynam żałować już w momencie podjęcia tajemniczego zaproszenia…


***


Znienacka na mojej drodze staje człowiek. To wąsaty mężczyzna po 50 – tce, w długim płaszczu, ubrany na czarno, z zapalonym papierosem w dłoni. Woła: „Hej, ty!”. Myślałam, że potrzebuje pomocy. Reaguję instynktownie: uśmiech i zainteresowanie, odpowiedź: „Słucham”. I już w momencie, w którym wyłonił się z cienia, żeby za wszelką cenę popatrzeć mi w oczy, w chwili, kiedy zobaczyłam jego drwiący półuśmiech i roziskrzone dziwnym blaskiem spojrzenie – poczułam irracjonalny strach. Pożałowałam, że się zatrzymałam, ale było już za późno. Domino już zaczęło się przewracać, a ostatni klocek upadł w momencie, w którym usłyszałam spokojnie wygłoszone proroctwo: „Już nie żyjesz”. Odeszłam nie odwracając się za siebie. Wpadłam do pustego mieszkania i płakałam przez 2 godziny jak małe, wystraszone dziecko. Czy uwierzyłam w przekaz nieznajomego? Oczywiście, że tak! Nawet jeżeli był nawiedzony, nawet jeżeli tylko chciał mnie skrzywdzić czy zepsuć nastrój bredząc bez sensu – słowa, w które wierzymy to potężne narzędzie, które ma moc kształtowania życia, jeżeli pozwolimy zakotwiczyć im się w naszej podświadomości. Nie chciałam wierzyć bezgranicznie, ale zasiane ziarno wątpliwości i pytania w stylu: „a jeśli to prawda, bo skąd mam mieć pewność, że nie?, „jeśli to Mojra skrojona na miarę naszych czasów z wiadomością od Wszechświata?”, są w stanie zburzyć spokój. Tego dnia nieznajomy skutecznie rzucił na mnie klątwę.


***


Tak często narzekam na świat, że jest w nim za mało sacrum. Tak często jestem rozczarowana ludźmi, że zachowują się bardziej jak zwierzęta niż istoty wyższe. A mimo to żal byłoby mi już teraz odchodzić. Bo na tej płaszczyźnie i w tej konkretnej czasoprzestrzeni pojawił się T. Bo wynurzył się z chaosu, a fakt, że Go poznałam uznaję za Boski akt łaski. Bo chociaż wytresowałam się w chowaniu w zakamarkach swojego umysłu jak dzikie zwierzę, to dla Niego wychodzę, choćby mieli mnie złapać i odstrzelić, pokazuję prawdziwą skórę, choćby mieli ją zedrzeć, zlicytować i sprzedać, porzucam huśtanie się na chmurze i patrzenie na świat z wysoka, choćby miało to oznaczać tarzanie się w błocie i brudzie. Bo zaczarował i pokolorował codzienność, która w moich oczach tak często bywa wyprana z blasku jak zużyte ubranie. Bo sprawił, że gwiazdy zaczęły spadać. Bo sprowadził Niebo na Ziemię. Bo wolę nieskończoność pochmurnych ziemskich dni z Nim niż całą słoneczną rajską wieczność bez Niego. Bo kocham Go i nieskończonością, i wiecznością. I już nic tego nie zmieni. Miłość jest niebiańską świątynią, świętym imperium zbudowanym na ziemskim piachu i pyle. I chociaż wiem, że zapewne nieraz zdarzy się, że ten piach i pył wzbije się w powietrze, wpadnie przez otwarte okno, dmuchnie nam w oczy i nas oślepi, to rozwiązanie i sens znajdę zawsze w tym samym miejscu – w pierwotnym miejscu bólu i radości. W miejscu, w którym umarłam i narodziłam się na nowo. W Jego oczach. 

piątek, 30 września 2016

Dum spiro spero


Kolejne zawirowania nieprzewidywalnego losu. I kolejna strata. Mój mały świat znowu nawiedziło trzęsienie ziemi, a żywioł zostawił po sobie obraz zniszczeń, które odciskają piętno na mojej psychice i tamują moje arterie. Kiedy znowu tracę grunt pod nogami w ważnej sferze swojego życia, kolejny raz próbuję odnaleźć i zachować siebie  pod gruzami stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Nie wiem czy jestem przeklęta, czy przeklęłam samą siebie. Wiem jedno: DUM SPIRO SPERO. Powtarzam to jak mantrę, powtarzam jak zaklęcie. 

środa, 14 września 2016

Na początku był Chaos


Ośmielił się wywrócić wartości, zakłócić proporcje. Na miejsce czarnego postawił białe, pomieszał ziemię z niebem, zmienił kierunek Yin i Yang, zawrócił bieg rzeki, sprawił, że ryby zaczęły latać, a lód płonąć. Złamał pradawny paradygmat świata. Zafascynował mnie.

Dokonał tego jednym niewinnym gestem, którego wymowy nie był świadomy.

Na naszym kolejnym spotkaniu wręczył mi jabłko. Jabłko – zakazany owoc. Jabłko – metaforę grzechu.

Kształtują mnie idee. Daję się uwodzić jednej z nich, która ma kształt T. Jest moją biblijną Ewą, chociaż wg mitu powinno być odwrotnie. To ja powinnam być kusicielką. Ale czy to Ewa zerwała jabłko? Czy to wąż nadał ludziom system wartości? Ewa. Eve. Liv. Life. Live. To nie T jest grzechem. To nie jemu się oddaję. Nie On jest kusicielem. Daję się uwieść Życiu.

„Dasz się skusić???” – trywialna sytuacja w komercyjnym Matrixie: tekst spod kapsla popularnego napoju okazał się być ironicznym pytaniem od Losu.

Wróciłam do domu i wiedziona odwieczną ciekawością doświadczania lawiny łamanych zasad, do której zdolna jest tylko Boska glina – zjadłam jabłko. Odpowiedziałam na metaforę. Owoc był słodko – kwaśny. Takie, jakie jest Życie w całym swoim okazałym spektrum. Mam ochotę zburzyć od wewnątrz twierdzę lęku, którą się otoczyłam w obawie przed zranieniem. Chcę pozwolić sobie stać się pustym naczyniem, pogodzonym i przygotowanym na to, aby wypełnić się całą złożonością Życia: światłem i mrokiem, tworzeniem i niszczeniem, materią i duchem, obfitością i pustką, miłością i furią. Jesteśmy prochem utkanym z paradoksów, wcieleniem oksymoronów. Jeżeli Życie miałoby by grzechem, to nikt nie mógłby być zbawiony. Jeżeli jest coś, co daje prawdziwe zbawienie, to jest to transformująca energia wypływająca z akceptacji paradoksów i dualizmu w nas samych. Postanowiłam wypłynąć na głęboką wodę i oddać się Życiu, zaufać, że rzeka, którą wybrałam jest tą właściwą i podobnie jak każda inna, prowadzi do tego samego pierwotnego Źródła, gdzie czeka wybawienie od wszelkich sprzeczności tego świata poprzez zrozumienie, że te sprzeczności nie są niczym innym, jak Boskim porządkiem.


I was standing
You were there
Two worlds collided

And they could never tear us apart

wtorek, 6 września 2016


Znam Go od 20 dni, a kiedy przedwczoraj w uroczy nieśmiały sposób, pełen wątpliwości i nadziei, zapytał o status naszego związku, w przebłysku kolejnej fascynacji czasem pędzącym na złamanie karku, a jednocześnie głęboką, intensywną treścią i ogromem doświadczeń, jaką da się skondensować i ukryć w najkrótszej z chwil, zorientowałam się, że kocham Go tak mocno i dojrzale, jakbyśmy znali się całe wieki. Jakby był częścią mnie już od Wielkiego Wybuchu. To pierwsza osoba, przy której czas nie zwalnia, ale przyspiesza w zastraszającym tempie. To pierwsza osoba, przy której nie chcę uciekać do swojego najwygodniejszego i najbardziej ulubionego świata, w którym króluje samotność i transcendencja. To pierwsza osoba, z którą chcę się scalić w jedność, choćbym miało to oznaczać poświęcenie części siebie.

Oczywiście nie powiedziałam Mu tego. Wspięłam się na oratorskie wyżyny zdaniem: „no chyba jesteśmy w związku”. Przynajmniej było to stwierdzenie, a nie pytanie.


***
Życie jest cudowną nieprzewidywalną niespodzianką, które stale rewiduje moje – wydawać by się mogło – dogmatyczne poglądy na świat. Tym razem, po 29 latach życia w sceptycznej obojętności, w końcu zrozumiałam, że jednak możliwe jest dopełnienie drugą osobą, które nie oznacza straty czy ograniczenia wolności, ale wnosi nową jakość. Daje pełnię i absolut. Co więcej – wydaje mi się, że przy Nim jestem lepszym człowiekiem. W jakiś niepojęty sposób udaje Mu się wywabić mnie ze skorupy zbudowanej z pełnej ironii obojętności do ludzkiego świata, z emocjonalno – psychicznego dystansu, z wyniosłego i jawnie demonstrowanego niezaangażowania w pewien rodzaj haniebnie bliskich, niesmacznie intymnych, zarezerwowanych tylko dla plebsu ze względu na przesadną emfazę – międzyludzkich relacji, i wystawić na widok publiczny hiperwrażliwość, troskę i oddanie, jakie boję się ujawniać zewnętrznemu światu.

T jednak nie działa tylko na moją psychikę i osobowość. On tańczy z moimi zmysłami. Prześladuje mnie Jego zapach i wabiące spojrzenie. Urzeka dotyk, a bez reszty pochłania i oszałamia moment tuż przed pocałunkiem, kiedy udaje mi się opanować i Jego, i siebie, bo w geście masochistycznego odurzenia, wynikającego z zachwytu nad powolnym poznawaniem – gram na zwłokę, nie chcąc, żeby wszystkie karty zostały odkryte, a każda góra zdobyta zbyt wcześnie. Odwlekam moment, kiedy do naszych drzwi zapuka codzienność i rutyna, próbując wyprzeć magię.

Odwlekam ten moment na później. Na miesiąc. Na rok. Na 100 lat. Na zawsze.

Wolę żyć w otoczce błogiej nieświadomości i stanu poddania.


***

I już nie próbuję analizować, czemu nie potrafię przestać się uśmiechać, kiedy jest blisko…?