środa, 8 sierpnia 2018




Wydaje się, że przez całą wieczność on był jak zaklęcie, jak urok, którego nie byłam w stanie przełamać. W końcu udało mi się zrzucić go z siebie i nie czuję już obłąkańczej potrzeby bycia z nim i wzbudzania jego zainteresowania. Wszystko wskazuje na to, że tak już zostanie, bo skoro w końcu potrafiłam dostrzec świat poza E jako horyzontem, to moje ciało, umysł i zmysły zapamiętają tę zmianę kierunku postrzegania jako korzyść, której należy się trzymać, co oznacza większą przestrzeń do życia i wolność poznawania. Nie cofnę się znowu w piekło oczekiwań. Nie zacznę kolejny raz tego romansu, tej zabawy w pozorne szczęście, która odbierała mi energię. Nie będę już zabierać zabawek i walczyć o miejsce na huśtawce. W tym przypadku w końcu trafiłam na swojego wyczekiwanego Świętego Graala – odnalazłam swój utracony spokój.





Poganiana kolejnym impulsem, naelektryzowana przez gen włóczykija odbyłam sensualną podróż. Wyjechałam nad Bałtyk po to, żeby wyciszyć się mantrą fal, ukoić bezkresem królestwa Neptuna. Brodząc podczas pełni w przybrzeżnej wodzie, w jedynych fragmentach plaży, na których nie było widać odcisków stóp, próbowałam odnaleźć swój zagubiony rytm. Nie udało się od razu, ale od tej magicznej chwili z każdym kolejnym krokiem zaczęłam oddalać się od niego, a zbliżać do samej siebie. Widocznie tak już ma być, że tylko „zdarzam się” innym i nie ma sensu próba zatrzymania przy sobie określonych warunków bytowych czy ludzi. Nie ma znaczenia czy moje relacje z innymi trwają tylko chwilę, czy funkcjonują przez wiele lat. Nie liczy się ani początek, ani koniec. Tym co ma prawdziwą wartość jest sam proces trwania.





czwartek, 3 maja 2018




Rozwiązałam łamigłówkę, wymazałam niewiadome, uwolniłam liczby zaklęte w trójkącie. Format naszej historii już się wyczerpał przypominając mi, że chyba tak ma być, że inni tylko zdarzają się w moim życiu. Przychodzą niepostrzeżenie, niespodziewanie i na moment nasze drogi się krzyżują, ale tylko na moment, bo jeżeli pojawia się zwątpienie w czystość i niewinność intencji swojej czy innych, to jest to chwila graniczna i gdy ją przekroczę nic nie będzie już takie jak dawniej, a relacja ulegnie powolnej zagładzie. Powinno tak być, inaczej musiałabym iść przez życie z zamkniętymi oczami, w przepasce strachu przed samotnością nosząc w kieszeni apteczkę pierwszej pomocy składającą się z recept wyjaśnień i wymówek, aby się samooszukiwać i osłaniającego bandaża, aby co jakiś czas scalać to, co samo się rozpada. Musiałabym udawać, że moje więzy z innymi tworzy miłość i oddanie, a nie interesy, zobowiązania i przyzwyczajenie. Tymczasem to, co nazywamy miłością jest zazwyczaj miłością ego – naszego umysłu, który panicznie boi się tracić i pragnie wygody, grą o wpływy i określenie statusu samych siebie w świecie i naszej relacji z innymi.


Gdyby M nie wyznał mi miłości, gdyby nie dał do zrozumienia, że mnie pożąda, gdyby nie był zazdrosny, gdyby nie robił scen – może wszystko potoczyłoby się inaczej…? Może stworzylibyśmy relację długodystansową opartą o wzajemne wsparcie, na której tak bardzo mi zależy. Ale chociaż według mnie przyjaźń jest formą miłości, to człowiek nie jest w stanie wytrwać długo w stanie nieposiadania i wtedy nie ma mowy ani o przyjaźni, ani o miłości. I kolejny raz przekonałam się, że tak wygląda brutalna rzeczywistość. Co więcej stara ludowa prawda mówi, że miłość od nienawiści dzieli tylko jeden krok. Kiedy temperatura uczuć zmienia się o jeden stopień, wahadło przechyla się w drugą stronę. Tak działamy. Tak zachowuje się ta nieznośna i przerażająca część naszej natury, która łączy w sobie piekło i niebo. A ludzki umysł potrafi roztaczać koszmarne wizje i obiekt najwznioślejszych uczuć potrafi zamienić w najbardziej szkaradną karykaturę.


Automatycznie rozluźniając więzy z M, wycofałam się ze znajomości z E. Uratowałam swoją duszę i oczyściłam jego. Już nie musi okłamywać A, że włosy, które na nim znajduje należą do M, a ona już nie musi udawać, że mu wierzy choć dobrze wie, że M nie nosi długich włosów. Nasza historia pozostanie niedopowiedziana, a uczucie niewyrażone. Już na zawsze zostaniemy zatrzymani w niewymowności, zawieszeni pomiędzy słowami i tylko jego zamglony, rozmarzony wzrok, tylko jego dłoń dyskretnie ocierająca się o moją będzie sygnałem dla tych, którzy widzą naprawdę, że chodzi tu o coś więcej niż tylko koleżeńską sympatię. Z czasem i to się zatrze, kontury zostaną zamazane, obraz wyblaknie, bo nie da się wiecznie żonglować zaklęciem: „zbliż się – odejdź”, zwłaszcza jeśli zakwita w tobie zatrute ziarno podejrzenia, że jego uczucia to tylko zauroczenie młodością, fascynacja życiem i lęk przed starością, że jest to jakaś forma wykorzystywania twojej niewinności i łagodności, a ty jesteś dla niego seksualnym przedmiotem, uroczą zabawką, bezpretensjonalnym smakiem truskawek, o których przypominamy sobie podczas długiej, ciemnej, mroźniej zimy. Ja przeminę jak letnia bryza, a tym, co zostanie będzie A – kobieta – skała, opoka, na której on buduje swoje życie. 

piątek, 9 marca 2018



Najlepszą formą terapii i najskuteczniejszym antidotum jest detoks, bo lekarstwo przedawkowane zawsze zamienia się w truciznę, dlatego potrzebujemy dystansu, odcięcia, aby to, co najpierw nam służyło nie zamieniło się w to, co nas powoli niszczy. Błądząc w międzyludzkich relacjach próbuję znaleźć równowagę pomiędzy dostępnością a samotnością. Przyciągam i odpycham tworząc własną siłę grawitacji, zgodną kierunkiem z moimi marzeniami i z moimi fobiami. Wahadło wychyla się nieharmonicznie, złoty piasek czasu przemienia się w popiół ze spalonych nadziei. Znowu zafundowałam sobie cykliczną stratę. Znowu potrzebuję przestrzeni, interwału, alienacji. Liczę na to, że weekend w Madrycie spali te części mnie, którymi obrosłam w ciągu ostatnich miesięcy i które mi zawadzają, a tym co się spotęguje po tej przemianie będzie moja siła, moja wolność, moja pewność siebie, moja godność, moja zdolność współpracy i moja wrażliwość.

czwartek, 1 marca 2018


Aaacchhhh, ci mężczyźni i ich wybiórcza spostrzegawczość. Zauważył, że schudłam (minimalnie wg mojej racjonalnej i obiektywnej oceny), a nie odnotował, że zmieniłam kolor włosów. Świadoma faktu, że najwyraźniej jego wzrok przykuwają tylko określone partie mojego ciała jestem wściekła w feministycznym buncie i zbuntowana w feministycznej wściekłości, bo zaczynam podejrzewać, że może jego delikatność, troska, szacunek, oddanie i ciekawość to tylko baśniowa fasada, za którą nie kryje się nic więcej poza zwierzęcą fascynacją i dziką potrzebą prokreacji? Tymczasem we mnie za każdym razem, gdy go widzę budzi się życzenie, aby stać się jego aniołem stróżem, który ochrania i strzeże oraz słońcem, które rozświetla jego drogę.  


A może po prostu istnieje wiele rodzajów miłości? A ten wariant – pod warunkiem, że złożymy nasze odczucia w jedną wspólną całość – tworzy złożoną kompozycję, która rozwija się wielopoziomowo jak orientalne perfumy: nie brakuje w niej ani ulotnej świeżości nadmorskiej bryzy, ani niezobowiązującej cytrusowej, lekkiej woni, ani pikantnych akcentów piżma, ale tym co spaja i otula jest ciepła kadzidlano – żywiczna, bursztynowa baza. To zapach na wielkie wyjścia, który pozwala uciec od miazmatów codzienności. To zapach miłości, która nie może być spełniona, dlatego aromat jest tak urzekający i pociągający. Trudno mi jednak stwierdzić czy jest trwały…? Może utrzyma się tylko do kolejnego odurzenia… 


Wiem jedno – im więcej czasu mija, tym większy dystans zyskuję w stosunku do swoich uczuć względem E. Chyba zaczynam rozumieć, że sprawa jest przegrana i mam tylko jedno wyjście – muszę odpuścić. Z drugiej strony uzmysławiam sobie, że wcale nie muszę stać na pierwszym planie i nawet z cienia mogę szaleć za nim oraz służyć mu swoim wsparciem, jeśli będzie tego potrzebował.  


sobota, 17 lutego 2018



Przyznaję – jestem za słaba, żeby przestać o nim myśleć, kiedy w pracy ciągle na niego wpadam i nie umiem skończyć z permanentnym reanimowaniem nadziei na wspólną przyszłość.


Wiem, że anonimowa walentynka była od niego.



I jest zupełnie jak w filmie – kiedy w końcu zdobyłam pewność, że E coś do mnie czuje, kiedy wydawać by się mogło, że za chwilę czeka nas happy end, kiedy trwam w błogim stanie uskrzydlenia i upojenia miłością, karmiona wiarą, że jednak coś z tego będzie, kiedy moja nadzieja jest tuż, tuż przemiany w aksjomat – następuje zwrot akcji, a los niespodziewanie odwraca karty. Piątkowy wypad na piwo po pracy był dość traumatycznym przeżyciem, bo E przyznał, że M stracił dla mnie głowę, po czym zupełnie swobodnie stwierdził, że też się we mnie zakochał. Moja reakcja?


Znowu prawie się rozpłakałam ze współczucia zamiast z radości, bo uzmysłowiłam sobie, jak trudny trójkąt tworzymy. To równanie, którego nie sposób rozwiązać pomyślnie dla każdej ze stron, bo po podstawieniu różnych danych i tak każda ze stron coś traci. Oni są jak moi kosmiczni, bracia, moja duchowa rodzina, moje spirytualne rodzeństwo. Nasza znajomość jest dla mnie ołtarzem, sakramentem, który chcę pielęgnować i chronić, a który boję się sprofanować. I choć M kocha mnie, ja nie kocham M, z kolei chociaż pomiędzy uczuciem E i moją można postawić znak równości, to E jest w stałym kilkuletnim związku i już wiem, że nie ma w sobie tyle siły i odwagi, aby ją dla mnie zostawić bez względu na to, jak źle działoby się między nimi. Dopiero teraz zaczynam dostrzegać, jak byłam naiwna i egoistyczna sądząc, że będzie inaczej. W ogóle nie myślałam o niej, kiedy zbliżałam się do niego, w ogóle nie myślałam o nich, ani o tym, że nie odcinając się od tego faceta skazuję go na wyrwanie z korzeniami z aktualnego uporządkowanego życia, jakie sam wybrał. Ta miłość najwyraźniej musi pozostać niewypowiedziana, o czym przekonałam się wczoraj…


Umówiłam się z nim na spacer wcześnie rano, niemalże o świcie biorąc pod uwagę późną porę, o której wróciłam do domu poprzedniego dnia. Miał być z psem nad jeziorem. Miał na mnie czekać. I mieliśmy porozmawiać, nic więcej. Wstałam niewyspana, w kiepskim stanie fizycznym po piątkowym wieczorze i po ciężkim, wyczerpującym tygodniu w pracy, ale przecież choćby świat się walił i palił, ja i tak zostawiłabym wszystko i pobiegłabym do niego, bo w końcu miał stawić się w umówionym miejscu. Sam to zaproponował. Zbierałam w sobie siły, aby tego poranka zakończyć, bądź rozwinąć naszą miłosną znajomość, zależnie od jego odpowiedzi, a potrzebowałam odpowiedzi zero – jedynkowych, potrzebowałam jego „tak”, albo jego „nie”, bo wabiona pozaziemskim przyciąganiem tracę mnóstwo energii, kiedy sprawy między nami są tak niejednoznaczne, a ja zachowuję się jak mentalny satelita z myślami nieustannie trzymającymi się jego orbity. Potrzebowałam szczerze z nim porozmawiać bez świadków (a to luksus, na który już od początku znajomości nie możemy sobie pozwolić) i w całkowitej trzeźwości umysłu i zmysłów. Chciałam, żeby w końcu poczuł się przy mnie na tyle komfortowo, żeby zdjąć kolorową ekstrawertyczną maskę, za którą się chroni i pokazać swoją prawdziwą twarz. Chciałam go poznać, chciałam mu się przyjrzeć, chciałam go zrozumieć, chciałam mu pomóc. Nie podał mi swojego numeru telefonu, więc to spotkanie było dla mnie metaforą. Albo będzie czekał pomimo wszystkich ziemskich przeszkód, albo nie i wtedy w końcu dam sobie spokój.  


Nie było go. Minęliśmy się chociaż oboje na siebie czekaliśmy. I przy naszych różnych trybach życia i przy jego osobowości nieprędko nadarzy się okazja, aby znowu się spotkać. Już nie jestem królową dramatu tak jak dawniej, dlatego poczułam, że to jedna z tych sytuacji, kiedy mimo ludzkiego złamanego serca i załzawionych oczu muszę wznieść się wyżej do formuły definiującej rzeczywistość, wg której jeśli czasem czegoś tak gorąco pragniesz, jakby od tego zależało twoje życie, ale mimo tego i tak tego nie dostajesz, to nie jest to wcale koniec świata, a łut szczęścia. My ludzie – niepokorni, zaślepieni własnymi żądzami, nadziejami i oczekiwaniami – dostrzegamy tylko fragment całości. Nasze postrzeganie jest peryferyjne. Dlatego pomimo bólu i pustki, jaką odczuwam, nauczona doświadczeniem wzmocnionym intuicją, nie potrafię przestać wierzyć, że wszystko, co los mi zsyła jest dla mojego dobra i w każdym momencie życia, także w tej konkretnej sytuacji, kiedy nie tylko nie mogę mieć przy sobie tego, którego kocham, ale nawet nie dostaję okazji, aby z nim spokojnie porozmawiać, świat ma dobre intencje, a jego największą i najświętszą intencją jest moje szczęście. Muszę tylko zgodzić się na przyjście fali cierpienia i żalu. Muszę władać swoim światem w koronie wykonanej z drutu kolczastego. Muszę wtopić się swoim smutkiem w każdą kroplę, z jaką krwawi moje serce. Muszę rozpaść się na kawałki i znaleźć w sobie odwagę, aby spojrzeć w każdy połamany element, odnaleźć w nim część siebie i wyciągnąć lekcję, aby już nie upadać w ten sam sposób nigdy więcej. Muszę przeczekać umieranie.


A potem muszę się odrodzić i podziękować za wszystko, co się działo, bo jakikolwiek słodko – gorzki filtr przesłania aktualnie moją rzeczywistość i tak nie przestaję oddychać ideą, że życie jest darem.  

niedziela, 11 lutego 2018



Mój spirytualny brat nie potrafi zrozumieć, że z mojej strony nie może liczyć na nic więcej poza przyjaźnią. Jestem zdezorientowana, bo myślałam, że przeszliśmy już przez trudny i stresujący moment, kiedy dobitnie, brutalnie i po męsku wyznaczyłam granice naszej znajomości po to, aby uniknąć nieporozumień, które pojawiły się dość szybko, jak przystało na klasyczną niedookreśloną relację damsko – męską. Od początku wiedziałam, że nie chcę z nim być i to już się nie zmieni bez względu na to, jak fantastycznie się rozumiemy. Wyjaśniłam mu wszystko i byłam pewna, że jest OK. Cień niepokoju pojawił się niedawno, kiedy zabrałam go do Planetarium, a on zamiast zachwycać się gwiazdami, ciągle patrzył na mnie. Teraz po liście, który napisał już nie mam wątpliwości, że mój dystans nie stanowi jeszcze dla niego wystarczającego antidotum, które zabije wirus uczucia, jakiego nie chcę odwzajemnić. Kiedy teraz wracam do historii swoich własnych miłości i miłostek dochodzę do wniosku, że im jestem starsza, tym nabieram większej pewności, że nie istnieje dla mnie ani pierwsza miłość, ani ten „jeden jedyny”, z którym stanowiłabym doskonałą pełnię. Każdy był wybranym, kiedy po każdym kolejnym związku umierałam i rodziłam się na nowo po to, aby z czystym kontem wejść w nową relację. Każdy był pierwszy i z każdym wiązałam nadzieję, ale po wielu doświadczeniach nie potrafiłabym już teraz założyć, że ten pierwszy pozostanie tym ostatnim.

sobota, 27 stycznia 2018


Nie ukrywam, że najbardziej kreatywna jestem wtedy, gdy nie umiem sobie poradzić z jakąś sytuacją, gdy nie mam kontroli, gdy rzeczy nie idą po mojej myśli, gdy cierpię. Transformuję wtedy smutek, dysharmonię i niedosyt w ciąg wyrazów. Nikt nie wie i nikt nie widzi, bo nikomu nie mówię, że pod uśmiechem, który utrzymuję dla świata po kryjomu uwieczniam ból zapisując go w zdaniach lub chowając pomiędzy słowami. Niepokój wewnętrzny rozwiązuję najlepszą możliwą terapią – zamieniam go w twórczą paplaninę. Drążę temat do krwi i kości, piszę tak długo aż wyrzucę z siebie wszystkie możliwe słowa, zinterpretuję wszystkie zaistniałe fakty, przepowiem każdy możliwy scenariusz, wykrzyczę wszystkie myśli, wypowiem wszystkie emocje, które nie dają mi spokoju, aż jedynym co pozostanie będzie moja cisza i moje milczenie.  

sobota, 20 stycznia 2018

Watch Over You


Jak wyglądałoby nasze odbicie w lustrze, gdybyśmy uwierzyli, że każda zmarszczka jest opowieścią o tym, co udało nam się przeżyć, co udało nam się przetrwać? Może wtedy umielibyśmy spojrzeć życzliwie na siebie i z ciekawością w głąb siebie, a nie tylko pobieżnie rzucić okiem, prześlizgnąć się w poszukiwaniu każdej niedoskonałości, którą następnie powiększymy po to, żeby przesłonić nią cały obraz. Kochamy przecież obraz zafałszowany. Jesteśmy mistrzami bezlitosnej krytyki. A dlaczego tak trudno przychodzi nam wiara w to, że apetytu na życie wcale nie mierzy się ilością dni skreślonych w kalendarzu naszej ziemskiej obecności, a nasz wiek wcale nie wyznacza ram stosownego zachowania, które oscylują zero – jedynkowo w kategoriach: „wypada – nie wypada”, ani tym bardziej granic przyjemności, którą pozwalamy sobie doznawać, odnosząc się do swojej metryki, a nie do swoich pragnień? Twarz naznaczona upływem czasu to nie świadectwo słabości, a żywy tatuaż – wspomnienie utrwalone w postaci każdej nowej zmarszczki. To przypomnienie o  naszej potędze i refleksja o naszej kruchości.  Czas płynie jak rzeka, ale zawsze można wyłowić z niej grudkę złota. To właśnie tych małych, lśniących skarbów trzeba się trzymać, bo jedna z najważniejszych zasad życia mówi, że wszystko, czego szukasz – szuka ciebie, wszystko, za czym biegniesz – biegnie Ci na spotkanie, wszystko, za czym tęsknisz – umiera z tęsknoty za Tobą. I kiedyś spotkacie się w połowie drogi, to pewne. Dlatego jako osoba w pełni odpowiedzialna za siebie, za swoje wybory, za swój odbiór otoczenia i za swoje myśli codziennie dokonuję alchemicznej przemiany: wypisuję brokatowym tuszem wiarę, nadzieję i miłość jak tatuaż na swojej skórze. Dlatego karmię się promieniami Słońca i spijam światło Księżyca. Dlatego wymawiam złotymi głoskami zaklęcia, które tworzą ochronną tarczę na moich korzeniach i na moich skrzydłach, na przekór oczekiwaniom większości, która chce odrąbać korzenie i odciąć skrzydła po to, żeby mnie zmienić i dopasować do ogólnych standardów współczesnego niewolnika. Bo czasem warto jest stać poza tłumem i wierzyć tylko w swoje metafory życia bez względu na to, jak dziwacznie wyglądają w oczach świata. Bo czasem warto jest nie dorosnąć. Bo czasem warto jest gonić za marzeniami, śpiewać własną piosenkę, budować własny wewnętrzny świat, mierzyć życie swoją własną skalą, patrzeć prosto w Słońce i próbować ukraść Księżyc. I niech się śmieją, niech wytykają palcami, niech szydzą, niech nazywają to wszystko szaleństwem. To nie ma znaczenia i żadnego wpływu na mnie, kiedy moim drogowskazem jest przekonanie, że życia nie mierzy się ilością oddechów, a ilością chwil zapierających dech w piersiach. Świat jest pełen magii, którą możemy dostrzec tylko wtedy, gdy odważymy się opuścić więzienie własnego bólu i cierpienia, własnych lęków i demonów z przeszłości, które wpuściliśmy do swojego domu i które czają się pod łóżkiem tak długo, jak długo karmimy je wyrzutami sumienia, żalem, nieakceptacją i brakiem wybaczenia. Tak długo jak dajemy im prawo do istnienia, będą odbierać nam wiarę w siebie, radość życia i pasję.


Dlatego:


Jeśli szukasz osoby, która zmieni Twoje życie, spójrz w lustro.

Jeśli szukasz odpowiedzi, spójrz w gwiazdy zamiast na drogę przed sobą.

Jeśli nie widzisz w ciemności, rozświetl swoje myśli.

Jeśli nie masz siły, aby iść, noś ze sobą tylko tyle, ile jest w stanie udźwignąć Twoje serce.

Jeśli szukasz ratunku, zanurz się w ciszę wewnątrz siebie.

Jeśli szukasz wolności, rozłóż skrzydła i przypomnij sobie, że potrafisz latać.

Jeśli szukasz spokoju, karm się wiarą, a nie lękiem.

Jeśli szukasz spełnienia, bądź dla siebie dobry.

Bądź sam dla siebie swoim Aniołem Stróżem, który strzeże, czuwa, zbawia, troszczy się i chroni.


Wtedy wszystko się ułoży. 

niedziela, 31 grudnia 2017



Koniec roku to czas porządków, podsumowań i przeróżnych zakończeń. Tym razem jest to czas, w którym rozpływam się w szczęściu i wdzięczności, co pozwala mi zrozumieć, że:


W świecie, w którym mogę mieć absolutnie wszystko,
nieważne jest czy ściągnę gwiazdkę z nieba, czy złapię złotą rybkę.
I tak nie będę czuła, że mam wszystko.
Dopóki nie nauczę się jak zbierać polne kwiaty, jak zachwycać się kamieniem na drodze, jak wnikać w piękno kropli deszczu i jak naprawiać to, co jest zepsute.


W świecie, w którym mogę kolekcjonować tysiące twarzy,
z którymi będę dzielić się swoim światem
i tak pozostanę samotna.
Nie odczuję akceptacji i miłości
i nie będę w stanie dawać akceptacji i miłości.
Dopóki nie stworzę bliskiej relacji z jedną szczególną osobą,
która jest zawsze ze mną.
Dopóki nie zaprzyjaźnię się z
odbiciem w lustrze.


W świecie, w którym mogę zajść tak daleko,
jak tylko zapragnę,
mogę przejść na drugą stronę tęczy
albo mogę wylądować na Marsie.
Mogę też znać wszystkie skróty,
ale i tak nie zajdę za daleko.
Dopóki nie nauczę się, że czasem warto jest zatrzymać się,
aby podnieść tych, którym zdarza się upaść,
a czas pozornie stracony w ten sposób
liczy się podwójnie.


W świecie, w którym garść monet w kieszeni
dodaje pewności siebie i daje poczucie władzy
mogę koncentrować swoją uwagę na przyciąganiu do siebie metalu,
mogę też metaforycznie skupiać się na pojęciu wymiany,
jaka zachodzi dzięki metalowi,
ale i tak siłą, która naprawdę się liczy,
siłą, która kruszy ściany
pozostanie 
uśmiech.


W świecie, w którym mogę być absolutnie wszystkim,
czym tylko zapragnę,
mogę uwierzyć, że jestem bohaterką z komiksu, królewną z bajki
albo mogę pretendować do miana władcy kosmosu,
ale im wyżej będę się wspinać,
tym mniej będę spełniona.
Dopóki nie zadecyduję, że w świecie,
w którym mogę być absolutnie wszystkim –

będę dobra.

sobota, 23 grudnia 2017


Stop! Już wystarczy! Moja słabość do starszych facetów odezwała się jak uśpiony wulkan. Zwabiłam go po to, by znowu mieć tę cudowną istotę na wyciągnięcie ręki, właściwie tylko dla siebie. W tej materii osiągnęłam to, czego chciałam – doświadczyłam człowieczeństwa zdejmując warstwa po warstwie kolejne warstwy E, zupełnie tak jakbym zdejmowała z niego ubranie. To był spirytualny striptiz, taniec zmysłów: intymny, bezwstydny i zachłanny. Bezkarnie nasyciłam się jego widokiem, zanurzyłam w głębię oczu, zajrzałam w najbardziej ukryte zakamarki duszy, wysłałam tyle uśmiechów, werbalnych i niemych zachwytów, ile tylko było w stanie zmieścić się w moim ciele. Byłam cała jego. Nie namawiałam go do zwierzeń, ale już przywykłam, że inni opowiadają mi o sobie absolutnie wszystko. Jestem jak ksiądz w konfesjonale albo jak barman w pubie. Przesiąkam ludzkimi intymnymi historiami, jakbym była mentalną prostytutką, która nie wybrzydza i przyjmuje absolutnie każde cudze DNA w postaci myśli. Uwielbiam go i wciąż mam mało, ale już wystarczy. Wycofuję się, bo tracę mnóstwo energii jako masochistka, która dąży do tego, aby dzielić z nim czas i przestrzeń chociaż dobrze wiem, że czas i przestrzeń dzieli już z nim ktoś inny. Dlatego nie wejdę w niego głębiej. Z szacunku dla niej, z szacunku dla E i z szacunku dla samej siebie. Moje fascynacje zawsze były jak lot Ikara i lepiej kiedy przestanę podążać w kierunku kolejnej z nich w poczuciu niedosytu niż kiedy będę uparcie ciągnąć jak ćma po to, żeby zderzyć się z nią, a następnie rozchorować z przejedzenia. Nie sprofanuję świętości związku. Nie zachwaszczę E zwątpieniem, ani nie zasieję w nim nadziei. Nie tylko nie posunę się o krok za daleko, ale zwołam też wszystkie siły, aby zadziałały wbrew grawitacji, wbrew sile przyciągania, która koncentruje moje działania na tym mężczyźnie. Moja potrzeba zaspokojenia pozostanie tylko pożądaniem w sferze myśli, małym płomykiem, którego nie będę podsycać w nadziei, że będę wystarczająco silna, aby go zdmuchnąć, kiedy już osłabnie. 

środa, 20 grudnia 2017

Kolejna fala zmian, jaka przeszła przez moje życie przekonała mnie, że coraz lepiej radzę sobie jako surfer, mimo że nie umiem pływać. Może właśnie nieświadomość dyletanta niezdającego sobie sprawy z powagi sytuacji pozwala mi trzymać się powierzchni zamiast pójść na dno? A może chodzi o coś innego i to garść odwagi zmieszanej proporcjonalnie z pokorą, ubogacona o ważny składnik w postaci zaufania, spojona całym morzem wiary i zachwytu – oto przepis na żeglowanie współczesnego homo viator poszukującego swojej Itaki. Jako nowa – stara ja, na nowym – startym lądzie utwierdzam się w przekonaniu, że tak długo jak pielęgnuję w sobie niezachwianą wiarę w słuszność drogi, którą podążam i zasadność moich codziennych wyborów, tak długo nie tyle nie zderzam się z murem cudzych spojrzeń pełnych znaków zapytania, co raczej ten mur nie jest dla mnie na tyle materialny, że jest w stanie mnie zatrzymać. Tak długo jak wybieram wiarę, że umiem przechodzić przez ściany i tak długo jak zachowuję suwerenne spojrzenie na sprawy oraz niezachwiany własny kodeks wartości – tak długo cudza opinia, malkontenctwo czy szyderstwo nie jest w stanie zachwiać czy złamać obrazu rzeczywistości, który pielęgnuję jak zaczarowany ogród. Tak długo jak nie pozwalam sobie wmówić, że subtelny, ale jednocześnie słoneczny obraz świata wokół, który kreuję z oddaniem, czułością i troską jest fatamorganą – tak długo nie jest w stanie dosięgnąć mnie zimne i bezlitosne ostrze wszechobecnej krytyki. Może zachowuję się jak Alicja, która zabłądziła w psychodelicznej krainie czarów i próbuje uciekać od szarej – według wielu – codzienności. A może wolę jasnowidzieć magię codziennych prostych chwil, postrzegając je przez pryzmat służby, wdzięczności i wyższych ideałów zamiast skupiać się na pojęciu poddaństwa, braku, biedy, ofiary i niesprawiedliwości, jakimi przesiąknięte jest spojrzenie lokalnej społeczności. Pełniejszy wymiar odwagi to ten, w którym to ty wytyczasz własny szlak, zachowując świeże spojrzenie zamiast podążać za tłumem i zlewać się z nim poprzez adopcję bezpiecznych i powszechnie mile widzianych myśli – schematów. Taki rodzaj odwagi, gdzie to ty jesteś wojownikiem wymykającym się spod władzy cudzych przekonań, daje wolność. Tak pojętej wolności uczę się każdego dnia. 

środa, 6 grudnia 2017

Wydaje nam się, że życie jest linią prostą, a więc dążymy do tego, aby iść cały czas naprzód, bo przecież tylko tak żyje się właściwie, czyli bez żalu, bez strat i bez powtórek, ale za to dynamicznie i ze wzrokiem utkwionym w wyłaniającym się horyzoncie niepoznanych jeszcze nadziei i niedookreślonych pragnień. Każdy krok wstecz oznacza regres i jest przypisywany jednostkom słabym i nieukształtowanym. A co jeśli życie wcale nie jest linią prostą? A może jest spiralą, gdzie każda sytuacja powracająca do nas jak bumerang to nie zeszłoroczny śnieg, niepotrzebny nadbagaż, zaklęte koło, powtarzający się schemat i monotonia, a raczej okazja do zrozumienia, że każde zdarzenie zawiera w sobie taką ilość prawdy, jaką jesteśmy w stanie w danej chwili odkryć i na jaką jesteśmy w danej chwili gotowi. Może cykle i powroty są nieuniknione, bo potrzebujemy lustra, w którym przyjrzymy się swojej przeszłości, odtworzymy własne ślady utrwalone na piasku i otworzymy się na poznanie nowych sensów i nowych definicji. Może każda sytuacja jest wielopoziomowa i składa się z różnych warstw, które odkrywamy wraz z rosnącym doświadczeniem. Z indywidualnego punktu widzenia każda jednostka to tylko punkt na peryferiach, ale im bogatsza wewnętrznie się staje, tym większe zyskuje pojęcie o całości i tym bliżej prawdy się znajduje. Człowiek, który idzie i powraca, a mimo to wspina się coraz wyżej, wychodzi na zewnątrz i koncentruje się w środku – wie więcej o otaczającym go świecie. Wie więcej o innych. Wie więcej o sobie samym.

piątek, 28 lipca 2017

Nie możesz uniknąć tego, że ptaki trosk i zmartwień fruwają nad twoją głową, ale możesz nie pozwolić im zbudować gniazd w twoich włosach (przysłowie chińskie)


Myślę, że przemianę w poważnego, dorosłego osobnika Homo sapiens sapiens najłatwiej rozpoznać po tęsknocie. Tęsknota jest produktem ubocznym życiowych wyborów. To substancja emocjonalna, która uwalnia się i zaczyna krążyć w naszym organizmie wraz z realizacją każdego rewolucyjnego planu, w którym wartością najbardziej pewną jest zmiana. To tęsknota za tym, co minęło, przywiązanie do tego, co zostawiliśmy za sobą, nostalgia połączona z wyidealizowanym obrazem przeszłości, poczucie straty – zawisają nam smętnie i złowieszczo nad głową, zsyłając wątpliwości, niepewność i żal za tym, co było, a do czego nie możemy wrócić. W pewnym momencie naszego życia zaczynamy przecież budować, otaczać się, ukorzeniać w swojej rzeczywistości. To cechy dorosłego, który ewolucyjnie preferuje osiadły tryb życia, bo tylko taki daje mu bezpieczeństwo i wrażenie panowania nad rzeczywistością. Taki dorosły nie jest sojusznikiem zmian i boi się ich. Nie interesuje go to, co stoi za zakrętem, skoro swój wzrok skupia już tylko na stałej wartości, na tym, co zawsze w takim samym przewidywalnym kształcie widzi przed sobą, na tym, co z takim mozołem stara się zbudować wokół siebie i czemu poświęca swój czas i uwagę. Taki dorosły, kiedy już podejmie jakąś decyzję, która jest w stanie chociażby lekko zachwiać stałą rzeczywistość – ma tendencję do przemyśleń typu: czy decyzja, którą podjąłem jest słuszna? Czy na pewno właśnie tego chcę? Co by było, gdyby…? Wątpliwości plus nieustanne oglądanie się za siebie marnotrawią cały potencjał, jaki kryje w sobie każda zmiana, kiedy wbudowujemy w siebie przekonanie, że każda zmiana jest zmianą na gorsze i nie damy sobie z nią rady. Tymczasem wiecie, jaka jest prawda? Prawda jest taka, że za każdą decyzją kryje się strata i za każdym zakrętem czai się niewiadoma. To nieoswojony przez nas fakt, którego nie da się pominąć. Ale za każdą decyzją czeka również radość, rozwój i spełnienie, jeśli wybór staje się źródłem siły, a nie wątpliwości. Jeżeli marzysz o tym, aby zmienić swoje życie na lepsze, ale boisz się zmian: boisz się rzucić pracę, zmienić miejsce zamieszkania czy w jakikolwiek sposób przemeblować swoje życie, bo masz obawy, że Ci się nie uda, kiedy stoisz na progu zmiany, ale prześladują Cię emocje niepewności i żalu – skup się na jakości swoich myśli, bo to one tworzą twoją siłę i jakość twojego życia. Każda myśl to cegiełka, która buduje rzeczywistość. I to zupełnie naturalne, że dopada Cię obawa o przyszłość, ale dopiero, kiedy te emocje zadomowią się w Tobie na tyle, że staną się filtrem, przez który wypływają twoje zniekształcone destrukcyjnie myśli o porażce, to zamiast kreować zaczynasz niszczyć, podkopywać swoją wiarę w siebie i powodzenie Twojego śmiałego planu. Sam uśmiercasz idee, które miały Cię ożywić. Już rozumiesz? Mogę przecież doświadczyć porażki w jakiejś dziedzinie życia, np. mogę rozstać się z partnerem. I to zupełnie normalne, że czuję brak, pustkę, dysharmonię, gorycz czy smutek, ale dopiero kiedy mój udręczony umysł zaczyna produkować destrukcyjne myśli typu: „to wszystko moja wina”, „mogłam się domyśleć, że nic z tego nie będzie”, „jestem beznadziejna i to ja jestem problemem”, „na pewno już nikogo nie znajdę” – wtedy zaczyna się problem, bo myśl, w którą uwierzę staje się moją prawdą i odzwierciedlam ją na zewnątrz. W tej samej sytuacji, tuż po rozstaniu, jedna osoba może zamknąć się w sobie, a jej wewnętrzny krytyk może siać w niej spustoszenie przekonując, że jest niewystarczająco dobra i chociaż nikt inny tak nie myśli, to ona jest absolutnie przekonana, że tak właśnie jest. Inna osoba może otrząsnąć się z rozstania i zamknąć ten rozdział swojego życia, nie tracąc ani wiary w siebie, ani wiary w innych ludzi, odważnie przeć naprzód w przekonaniu o swojej wartości. Zależnie od tego jaki scenariusz wybierzesz – w taki sposób kreujesz swoją rzeczywistość. Możesz być ofiarą danej sytuacji, która pogrąży Cię w przekonaniu o własnej niemocy, a możesz być zwycięzcą, który pomimo trudności idzie dalej z podniesioną głową. To jest Twój autonomiczny wybór. Absolutnie ZAWSZE możesz wybrać sposób, w jaki manifestujesz swoją reakcję, bez względu na to, jakim typem charakteru jesteś.


***


Wszystko co nas spotyka: każda sytuacja, każde okoliczności pozostają naszym wyborem pod kątem reakcji na zaistniałą rzeczywistość, dlatego kiedy podejmujesz życiową decyzję albo kiedy życie podejmuje ją za Ciebie, kiedy czujesz się winny, przytłoczony czy niepewny, dopuść do siebie emocje, ale skup się na swoim myśleniu. Niech emocje przechodzą przez pryzmat twojego umysłu – pozwól im na to i nie próbuj ich wypierać czy blokować, ale jednocześnie postaraj się, aby to co z niego wychodzi było wiązką jasnego światła, która przetransformuje zmianę na zmianę na lepsze. Bo tylko na taką zasługujesz. 

piątek, 5 maja 2017


Kolejny raz umarłam, roztrzaskałam się na miliony kawałków i znowu stoi przede mną wyzwanie: muszę pozbierać się do kupy. Muszę odnaleźć wszystkie porzucone części, takie jak poczucie własnej wartości, wiara we własne siły i szacunek do siebie. Muszę odnaleźć zmysł wzroku, który wskaże mi kierunek i nada sens codzienności. Już przestałam liczyć śmierci, jakimi karmi mnie życie, ale do nekropolii pogrzebanych złudzeń dołączyło przeczucie, że nie poznam nikogo, w czyich oczach zobaczę dom. Chcę szybko zapomnieć o T, ale szybkie zapomnienie ma swoją cenę: najpierw muszę utopić się we wspomnieniach i odciąć każdą niewidzialną linę, jaka mnie z Nim wiąże. Im mocniej kochasz, tym bardziej odcinanie lin przywiązania przypomina odcinanie swojego własnego ciała, kawałek po kawałku. Jestem jednak zdeterminowana, bo nic innego mi nie pozostało – zacieram wszystkie ślady T: wyrzucam pamiątki, kasuję numer telefonu i wszystkie powiązane zdjęcia, usuwam ze znajomych na Facebook’u. Tylko kiedy nikt nie widzi pozwalam sobie na odrobinę słabości: wykrwawiam się wtedy, zatapiam w bólu po cebulki włosów, wypłakuję oceany. A później z szalonym zacięciem piromanki powracam do palenia mostu, a wraz z nim płoną moje wspomnienia, oczekiwania i plany. Razem z nim pali się moja przyszłość.


J dziwiło dlaczego wyjeżdżam sama w góry i śpię w lesie pod namiotem podczas ulewy, czemu jadę nad morze i wspinam się po klifach z 39 – stopniową gorączką. Hartuję się – to fakt. Ale nie zawsze. Czasami po prostu usiłuję sobie z czymś poradzić. Kiedy czuję ból, fizyczne zmęczenie i kiedy zbliżam się do granic wytrzymałości – wtedy nie słyszę swoich myśli, wtedy odpoczywa mój umysł. A czasem kiedy boli serce, dokonuję przeniesienia części bólu na ciało. Chociaż skutki nie są całkiem takie, jakich oczekuję, bo choćby moje buty przesiąkały krwią po wyniszczającym marszu, serce zawsze krwawi mocniej i tylko jego cierpienia jestem w pełni świadoma, tylko ta rana mi przeszkadza. To rana, o której nigdy nie mówię, rana, o której nikt się nigdy nie dowie i nie pozna, jaka jest głęboka.



I oto jestem – zdezorientowana, pokiereszowana, niewiedząca czego chcę i do czego dążę, próbująca zrozumieć, usiłująca zapomnieć. Ocali mnie przerażająco cudowna własność czasu – moment, w którym piasek w klepsydrze w końcu zasypie większość obrazów, a ja zacznę wierzyć w nowe. Zostawię sobie tylko tę szczyptę nostalgii, która jak pieprz piecze język. Zachowam moment, kiedy T powiedział, że płatki śniegu rozbijające się o szybę jadącego auta są jak gwiazdy przelatujące przed statkiem kosmicznym w Gwiezdnych Wojnach. To ze mną zostanie. To wrażenie, kiedy spada pierwszy śnieg, a ja w pierwszym bezwarunkowym odruchu myślę o Nim. Myślę wtedy o jego gwiazdach i o wspólnym niebie, którego nie udało nam się stworzyć i które pozostało jedynie ideą w naszych głowach.

niedziela, 2 kwietnia 2017




„Minęli się jak obcy, bez gestu i słowa (…)
może w popłochu
albo roztargnieniu
albo niepamiętaniu,
że przez krótki czas
kochali się na zawsze.”


(Wisława Szymborska)


My, ludzie XXI wieku traktujemy związki jak produkty jednorazowego użytku, bo łatwiej jest nam wyrzucić coś do kosza niż próbować to naprawić. W romantycznych podrywach serca poszukujemy miłości idealnej, tego przeznaczonego nam wybranka, który będzie gwiazdką z nieba, drugą połówką jabłka, czyli wytworem jeden do jednego skrojonym na naszą miarę. A kiedy pojawia się problem wymagający kompromisów i empatii albo przygasa początkowa fascynacja i pożądanie – wycofujemy się i uciekamy w poczuciu zranienia lub rozczarowania, bo jako pokolenie indywidualistów bliżej nam do góry lodowej niż do drugiego człowieka. Mamy niewykształcone współodczuwanie. A przecież tak szaleńczo pragniemy być kochani… Niestety pragniemy być kochani przez wytwory naszej wyobraźni, produkty naszego umysłu, nasze własne duplikaty, a nie przez żywego człowieka, dlatego nie potrafimy różnić się i akceptować różnic między nami i nie dostrzegamy tym samym, że właśnie na tym polega tworzenie pełni – na uzupełnianiu się poprzez różnice, jakie są między nami, a odmienne spojrzenie na tę samą sprawę jest naszą największą siłą. Najtrudniejszą sztuką jest budowanie mostów porozumienia w oparciu o te różnice zamiast palenia za sobą tych, które już zdążyliśmy zbudować. Największą sztuką jest aktywne słuchanie. Może niektórzy z nas zrozumieją zanim będzie za późno, że ten jeden, jedyny nie istnieje. To my sami, drogą wyboru nadajemy drugiej osobie status bycia tym jednym, jedynym. To nasz wybór czyni daną osobę wyjątkową już w momencie podjęcia decyzji o wejściu w związek. Tak szybko jednak rezygnujemy z tego co mamy, goniąc ślepo za platońską ideą, która nie istnieje w tym świecie. Nie dostrzegamy, że każdy nasz związek ma potencjał, aby być naszym upragnionym i wyśnionym, o ile damy z siebie trochę wysiłku i będziemy go pielęgnować. A pielęgnowanie wymaga czasu, jest inwestycją i wymaga wyrozumiałości. I tylko poprzez zaangażowanie i oddanie tworzymy prawdziwą wartość i jakość. Oddając czas drugiej osobie, oddajemy jej to, co najcenniejsze. Na tym polega odpowiedzialność i dojrzałość. I tylko w ten sposób można budować więź i bliskość.



Pantofelek
Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek
no to co
milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.


(Andrzej Bursa)

niedziela, 26 marca 2017


„Słowa staniały. Rozmnożyły się, ale straciły na wartości. Są wszędzie. Jest ich za dużo. Mrowią się, kłębią, dręczą jak chmary natarczywych much. Ogłuszają. Tęsknimy więc za ciszą. Za milczeniem. Za wędrówką przez pola. Przez łąki. Przez las, który szumi, ale nie ględzi, nie plecie, nie tokuje.”


(Ryszard Kapuściński)




Nie można rozmawiać z kimś, kto nie słucha. Nie da się obudzić kogoś, kto tylko udaje, że śpi. Właśnie kona część mnie i nie potrafię zrobić nic, aby powstrzymać ocean bólu, w którym tonę.  




Drobne Ogłoszenia

UCZĘ milczenia 
we wszystkich językach 
metodą wpatrywania się 
w gwieździste niebo, 
w żuchwy sinantropusa, 
w skok pasikonika, 
w paznokcie noworodka, 
w plankton, 
w płatek śniegu.


(Wisława Szymborska)

sobota, 18 marca 2017


Celem odnalezienia zagubionego świadectwa pracy, zostałam zmuszona do bardziej niż pobieżnych porządków już na przedwiośniu, które doprowadziły do zaskakującego odkrycia – odgrzebały przeszłość sprzed 17 lat i przywróciły pamięć. Pretekstem stały się pamiętniki, które prowadziłam jako dziewczynka, tuż po wejściu w wiek „nastu” lat. Płacz i śmiech towarzyszyły mi podczas wertowania stron, które zapisywałam z takim rozczulającym wdziękiem i dbałością o estetykę, na jaką może sobie pozwolić tylko niewinne i czyste dziecko, przebywające w swoim własnym niewinnym i czystym świecie.  



10 VI 2001 r.
Moi bracia naoglądali się filmu „MacGyver” i teraz noszą ze sobą podręczny zestaw MacGyvera, znajduje się w nim m.in. sznurek, śrubokręt, drut i coś tam jeszcze oraz cukier w temperówce mający dwa zastosowania:
1)      w razie gdy złapią ich agenci obcych wywiadów ma posłużyć za cyjanek
2)      gdyby zaproszono ich na przyjęcie mieliby już cukier do herbaty.
Ostatnio dużo oglądali też „Power Rangers”, dlatego często wchodzą do szafy, która służy im za Zorda.



15.IX.2001 r.
Nie mogę już, chodząc do biblioteki, dekorować moich wpisów do zeszytu odwiedzin w czytelni kwiatkami, bo zabroniła mi bibliotekarka po wizycie kontrolerów. Na szczęście ona myśli, że ja naprawdę pisząc, stawiam takie wielkie na trzy kratki zawijasy.




30 V 2000 r.
Piesek
Jakieś 2 miesiące temu tatuś i mamusia zapytali czy nie chcielibyśmy jeszcze jednego pieska. Naturalnie zgodziliśmy się. Psiaka mieliśmy wziąć od wujka N. Czekałam na niego z utęsknieniem. Jest śliczny, nieposłuszny i strasznie przez nas rozpieszczony.
Nazwaliśmy go Rocky.



Wpis z 30 maja 2000 r. jest ostatnim z mojego pierwszego pamiętnika. Wpis ten jest dla mnie tym cenniejszy, bo mój pies już nie żyje. Był z nami do 2014 r. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czas mija, ale czasami zdarza się coś takiego, co nam to uświadamia w całej swej brutalnie nieuchronnej pełni, dlatego rozpłakałam się jak dziecko, kiedy dotarło do mnie, że doświadczam na własnej skórze jak czas nie tylko mija, ale też zmienia perspektywę, zaciera ślady, osłabia więzi i zabiera ze sobą to wszystko, co kiedykolwiek pokochało moje serce.


***


Ale może ten pył, jaki stanowimy w kosmosie, może ta sekunda naszego istnienia, ta chwila na osi czasu w nieosiągalnej dla nas skali wieczności, może ta chwila – chociaż ulotna i krucha – mimo wszystko jest absolutnie bezcenna, bo kochając to wszystko, czym los nas obdarował i co postawił na naszej drodze, a co jest równie ulotne i kruche jak my – to wszystko staje się nasze, ulubione, wybrane, ukochane, ważne i nie ma znaczenia,  że jest nasze, ulubione, wybrane, ukochane, ważne tylko przez tę krótką chwilę. Żyjemy dla tego, za co gotowi bylibyśmy umrzeć. Żyjemy dla miłości, a miłość stanowi własną kategorię i nie poddaje się niewoli upływającego czasu.  

wtorek, 7 marca 2017



Weekend w domu na Mazurach. Zdążyłam już zapomnieć, że tutaj niebo łączy się z ziemią. Znowu jestem zakochana po uszy, a kiedy odwiedzam wszystkie swoje opuszczone zakamarki i kiedy karmię oczy widokiem tych samych krajobrazów, które kiedyś miałam zachłannie na co dzień, czuję się tak jakbym zostawiła tę okolicę tylko na chwilę tak, jakby to było wczoraj, tak jakbym nie widziała jej tylko przez tę króciutką sekundę, kiedy zamykam powieki i mrużę oczy. Pracowitość i służba moich rodziców, jazgotliwa radość moich psów, smukłość leśnych brzóz, rozkoszna wygoda mojego łóżka, wilgotny zapach mojej ziemi i niepowtarzalny smak domowego jedzenia –  wszystko wróciło albo po prostu nic nie odeszło – jestem wykarmiona solą tej ziemi i to ona buduje mnie od podeszwy stóp po końce moich włosów. Może nie jest to świat idealny, ale tutaj w szczególny sposób doświadczam odczucia, że niebo jest wszędzie tam, gdzie patrzę. 

sobota, 4 marca 2017



I powiedział kiedyś, że nie boi się samotności, ale przeraża go samotność we dwoje. Nie zrozumiałam go wtedy, ale zapamiętałam jego słowa. Teraz przypomniałam je sobie i zrozumiałam, co I miał wtedy na myśli. Aktualnie przerabiam dokładnie to samo. Should I stay or should I go?

wtorek, 28 lutego 2017

Słowo o przeznaczeniu



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Na pewno czujecie to w odniesieniu do konkretnych osób: tych, w których się zakochujecie i tych, z którymi zawieracie przyjaźnie lub też stowarzyszacie się w jakiś sposób. A co jeśli naszym przeznaczeniem są też te osoby, które komplikują nam życie, rzucają kłody pod nogi, unieszczęśliwiają nas, te osoby, przez które płaczemy, te, których się boimy lub te, które nas denerwują i irytują? Może one również są nam przeznaczone, a spotkanie z nimi też nosi w sobie potencjał odnowy? Może trzeba dojrzeć, aby to uchwycić, aby zrozumieć, że jeżeli boli i jest niewygodnie to znaczy to tyle, że coś nowego chce się narodzić i należy to przyjąć, otworzyć się na niedogodności zamiast wzmacniać swój opór. Nawet podczas ćwiczeń fizycznych nakładamy coraz większe obciążenie na dany mięsień po to, aby go wzmocnić – nie istnieje rozwój bez wysiłku. Trudną relację można zatem potraktować jak bodziec do zmiany w formie mobilizującej przeszkody, chociaż nie możemy też wpadać w paranoję, prawda? – jeżeli relacja jest toksyczna i destrukcyjna, wciąż mamy wolną wolę i możemy ją zakończyć, bo czasem przeznaczenie po prostu uczy nas jak wyjść z syndromu ofiary i zdobyć się na asertywność. I nawet kiedy bywa ciężko, a życie wcale nie głaszcze nas po głowie, to przecież w przyrodzie wszystko zmierza w jednym kierunku – istotą zmienności życia jest ewolucja, a ewolucja to postęp.



Każde prawdziwe spotkanie stanowi zawsze „przypadek”. Pociąg się spóźnił i nie spotkałem tego, kogo chciałem spotkać, chociaż niczego nie zaniedbałem. A kiedy indziej, chociaż zaniedbałem to i owo, a może i właśnie dlatego, spotykam. Omawiany rodzaj przypadku ma jednak pewien szczególny charakter, ponieważ gdy już się zdarzy i gdy już moje spotkanie dojdzie do skutku, doznaję natychmiast uczucia, które można by wyrazić słowami: „przecież nie mogło być inaczej”, „musieliśmy” przecież na siebie trafić, byliśmy dla siebie przeznaczeni – aż po takie metafizyczne uczucia, jakie wyraża Arystofanes w „Uczcie” Platona, gdy mówi o ziemskim rozbiciu jedności człowieka na dwie płci, które przeto muszą poszukiwać nawzajem swojej drugiej połowy, aby tę jedność osiągnąć. I w tym tkwi element „łaski”, wypełnia się coś, czego nie można wymagać, czego nie można obliczyć ani wymusić, a co przecież zawiera w sobie swój sens. To jest człowiekowi niezbędne do życia, jednocześnie jednak na to człowiek nie ma wpływu.
(Romano Guardini)



Wierzę w to, że pewne spotkania są w naszym życiu zaplanowane, a przejście z punktu A do punktu B oznacza poddanie się temu przeznaczeniu, gdzie z kolejnego zakrętu niespodziewanie wyłania się osoba, która posiada potencjał, aby w jakiś sposób wstrząsnąć naszym życiem i wprowadzić je na nowe tory. Jedyne, co musimy zrobić, to podjąć inicjatywę, bo wykonanie kroku automatycznie oznacza naszą zgodę na powitanie tego, co ukrywa się za zakrętem, a czego nie możemy przewidzieć. Możemy wybrać drogę, którą chcemy pójść, bo przeznaczenie jest pewną przestrzenią, w której mogą się wydarzyć te wszystkie zdarzenia i spotkania, które zostały dla nas POTENCJALNIE zaplanowane jako PRAWDOPODOBNY scenariusz. Może w danym momencie istnieje dla każdego z nas wiele różnych, możliwych, dostępnych przestrzeni? I chociaż czasami faktycznie nie musimy robić absolutnie nic, nie podejmować żadnej inicjatywy, tylko po prostu być tam gdzie zawsze, to z doświadczenia wiem, że najbardziej niezapomnianych przeżyć i najbardziej rozwijających spotkań możemy doświadczyć wówczas, gdy sami wychodzimy naprzeciw swojemu przeznaczeniu, gdy przekraczamy swoją granicę komfortu i działamy inaczej niż zwykle.



Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć.

(Carlos Ruiz Zafón)